Kilka godzin wcześniej, gdy jechali zimnym świtem przez ulice miasta, Aurelia przypatrywała się Pergamończykom, niby wiwatującym na cześć zdobywców i powiewającym barwami Seleukidytów. Jeszcze entuzjastyczniej wiwatowali byli amidańczycy na Placu Attylidów — wszyscy z sześcioma palcami u rąk. Skoro tyle widać w ich ciele, to co pozostało z Czarnoksiężnika w umysłach Pergamończyków? Trzeba wyrugować z narodu Formę okupanta. Jak jednak to uczynić, jeśli Kryształowe Floreum pozostanie puste i w kerosie kraju nadal będą się ze sobą ścierać korony Siedmiopalcego i Czarnoksiężnika?
Można oczywiście oddać się dobrowolnie w anthos jednego z nich, a ponieważ Wdowiec nie wchodzi w grę…
Istniała wszakże jeszcze jedna ewentualność.
Nikt nie rodzi się strategosem, nikt nie rodzi się victorem i tyranem — i nie wszyscy kratistosi rodzą się kratistosami.
— Kyrios — szepnęła Aurelia, nachyliwszy się nad ramieniem esthlosa Berbeleka — to jest spisek Siedmiopalcego i Czarnoksiężnika, chcą związać cię z Pergamonem, żebyś już nie —
Strategos spojrzał na nią i zamilkła.
Skinął na kanclerza.
— Za kilka dni wrócę do Amidy i osobiście omówię tę kwestię z Mariuszem. W każdym razie może być pewien, że jego królestwo nie pozostanie już dłużej pod morfą okupantów. A teraz racz mi wybaczyć, mam tu pilne sprawy do załatwienia. Aurelia, ze mną.
Wyszedł szybkim krokiem do atrium na tyłach pałacu.
— Zapominasz się! — warknął na rytera, zatrzymawszy się tam pod wodną palmą. — Nie po to cię zabrałem na Ziemię, żebyś mi udzielała politycznych rad!
Zacisnęła pięści — aż zawyły w pędzie rozpuchnięte wirkawice — zacisnęła pięści i nie ustąpiła przed gniewem strategosa.
— A po co mnie zabrałeś, esthlos? Abym stała u twego boku i swoją milczącą obecnością sankcjonowała w imieniu Pani każdą twą decyzję — aby oni myśleli, że Pani je sankcjonuje? Nie będę tego robić! Skoro zamierzasz ją zdradzić —
Hieronim Berbelek roześmiał się.
Aurelia stanęła w ogniu.
— Panie! Błagam cię! Machnąwszy lekceważąco ręką, strategos przysiadł na marmurowym murku otaczającym impluvium. W basenie pływały drobne, czerwone rybki; przez chwilę śledził w zamyśleniu ich pląsy.
— Uspokój się — mruknął do Księżycanki. — Skąd ci w ogóle przyszła do głowy ta zdrada?
— Myślisz, że ja tego nie widzę? Wszyscy już widzą! Jesteś Strategosem Księżyca, o Księżyc powinieneś się troszczyć. Czyżby Hierokharis ci nie powiedział? Nawet ja wiem z plotek na „Podgwiezdnej”: adynatosi znowu próbowali wylądować na Drugiej Stronie. Pani dała ci złoto, Pani dała ci wojsko, Pani dała ci potęgę, abyś zabił arretesowego kratistosa. A ty co robisz?
— Co ja robię? — uniósł brew. Lewą dłonią mącił wodę impluvium.
— Czarnoksiężnik — rozumiem, musisz jakoś ich zjednoczyć, przekonać do Illei, zwrócić przeciwko Skrzywieniu. Ale ty już nawet nie myślisz serio o uderzeniu na Ural, prawda? Co dopiero o wojnie aetherowej! Po prostu wykorzystujesz
— O! A można wiedzieć, skąd taki wniosek?
— Janna mnie oświeciła — parsknęła z sarkazmem Aurelia. — Każdy człowiek wystarczająco silny, by zabić kratistosa, zwłaszcza adynatosowego, jest zarazem wystarczająco silny, by wykroić sobie na Ziemi jakąś potęgę porównywalną z kratistosową.
— To prawda.
— W imię czego więc miałby z tego rezygnować? A teraz Mariusz przysyła kanclerza i otwarcie prosi, byś został protektorem Czwartego Pergamonu. W istocie już nim jesteś bez twojego Horroru nie przetrwa on ni miesiąca. Naprawdę myślałeś, że kogokolwiek zmyli to przedstawienie w Amidzie? Składając Mariuszowi hołd, ty go koronowałeś! Kyrios!
Strategos podniósł wzrok. W przejściu za kolumnadą atrium tłoczyli się pałacowi doulosi; pod spojrzeniem Berbeleka cofnęli się pośpiesznie. Esthlos wskazał mokrą dłonią napis wykuty na łuku nad wejściem do reprezentacyjnej części pałacu. Ethos antropou daimon.
— Charakter człowieka jest jego losem. Ciekawe, dlaczego nasz były namiestnik pozwolił tu zachować tę mądrość Heraklita. Pięknie się sprawdziła w jego przypadku. Jak sądzisz, Aurelio, czy tak jest w istocie? Charakter człowieka jego losem.
Aurelia wyraźnie czuła, jak strategos wciąga ją w formę błahej, przyjacielskiej pogawędki. Nie mogła nic poradzić; jakże odpowiedzieć krzykiem na takie słowa? To już by była bezrozumna histeria.
— Nie wiem — wymamrotała.
— Masz dobre serce, silny charakter. Czego się boisz? Postępuj, jak nakazuje ci twoja natura.
Przez otwarte compluvium spojrzał na bladoszare niebo, zasnute ciemnymi pasmami dymu.
— Nie ma jeszcze południa. Zdejm tę zbroję, koniec części oficjalnej. Przejdziemy się po mieście, zawołaj Obola.
— Kyrios…
— Co, mam ci może złożyć przysięgę? Pokręciła głową.
— Nie, wiem, że nie może być między nami żadnego honoru. Dopóki mogę ci wierzyć, muszę ci wierzyć.
Zaśmiał się ponownie. Złapawszy jedną z rybek, przyglądał się jej, trzepoczącej panicznie na dłoni.
— Pani ci wynagrodzi.
Posąg Ateny Polias leżał w kałuży oleistego błota, ukruszony na wysokości kolan; Atena nie miała także głowy. Na osmalonym korpusie bogini siedziała horrorna w rozprutym węglowym napierśniku i pomagając sobie zębami, lewą ręką bandażowała rękę prawą. Na widok strategosa poderwała się do salutu, bandaż spadł w błoto. Esthlos Berbelek wskazał rozżarzoną ryktą w dół wzgórza, na ruiny gymnazjonu, nad którymi nadal unosiły się kłęby czarnego dymu.
— Tam przeniesiono lazaret.
Portyk Biblioteki Pergamońskiej zniszczony został prawie w dwóch trzecich, stały tylko kolumny najbardziej oddalone od Świętego Kręgu. A raczej od tego, w co pod anthosem Czarnoksiężnika zamieniono Święty Krąg: plac z fontanną i kilkoma rzeźbami pośrodku kompleksu urzędniczego. Na północ od placu znajdował się główny budynek Biblioteki Pergamońskiej, na zachód — świątynia Ateny, za którą półokręgi kamiennych stopni schodziły po szerokim stoku ku miastu. W świątyni Ateny za rządów Uralu mieściły się biura milicji. Pozostała z nich jeno kupa osmalonych gruzów: spadła tu jedna z owych naprędce spreparowanych bomb „Urkai”. Większość najstarszej części Biblioteki, wzniesionej jeszcze za Attalidów Alexandryjskich, przetrwała w niewiele lepszym stanie. Esthlos Berbelek chciał wejść przez zachodni portyk i trafił na spiętrzone powyżej głowy zawalisko. Wszystko tu było mokre, oślizgłe od brudnej wilgoci, woda zbierała się w pęknięciach płyt.
Obeszli kolumnadę naokoło.
— Czego znowu, może byście lepiej pomogli, zamiast… Aaa! No o co chodzi?
Kilkanaście osób wynosiło tu na zewnątrz stosy książek i pergaminowych zwojów, doulosi układali je na dziedzińcu. Mężczyzna kierujący operacją, wysoki starzec byzantyńskiej morfy, ujrzał najpierw horrornych towarzyszących strategosowi (Berbelek zabrał ze sobą czworo żołnierzy), dopiero potem samego strategosa. Nie znał go, lecz oczywiście rozpoznał morfę. Skłonił się sztywno.
— Esthlos. O co chodzi?
— Tyś jest Meton Mesyta?
— Tak.
— Poszukuję pilnie pewnych tekstów, wasza biblioteka posiada ich kopie. Kto zarządza katalogami?
— Jak widzisz, esthlos, nie jest to najlepszy moment… Wyższe magazyny spłonęły, podziemia są zalane… Całą noc gasiliśmy pożary, czego nie strawił ogień, to zniszczyła woda. Nie wiemy jeszcze, ile uda się ocalić. Gdyby nie te ciągłe burze od morza, spłonęłoby wszystko. Sama odbudowa Biblioteki