Kykur odetchnął głośno, a następnie teatralnym gestem otarł pot z czoła, rozmazując przy tym po twarzy szary popiół.
— No, skoro to przeżyliśmy, odtąd może się nam tylko szczęścić. Pozwolisz, esthle? — Po czym zwrócił się do Urcza i Zabachaja. — A jak nam jednak tymczasem ukradli te szkapy, łby pourywam. Swoją drogą, musicie mi kiedyś wyjaśnić, skąd nasz victor niezłomny zna parę takich hultajów jak wy.
Spojrzeli po sobie, skonsternowani.
— Nigdy wcześniej go nie widzieliśmy, esthlos. Przecież byśmy nie zapomnieli.
— Hyakinthos, młodzieniec wielu cnót i niezwykłej uroznany był ze swych przymiotów w całym Lakademonie.
Rozbudzał gorące uczucia zarówno pośród śmiertelnych, jak i nieśmiertelnych; nie oparł się jego urokowi sam Apollo. Przyjaźń i miłość między śmiertelnikiem i bogiem nawet jeśli jest prawdziwa, nigdy nie jest dla śmiertelnika bezpieczna. Zdarzyło się, iż Hyakinthos i Apollo popisywali się wzajem przed sobą biegłością w rzucaniu dyskiem. Hyakinthos cisnął go wysoko i daleko, lecz bóg jeszcze dalej. Młodzieniec, chcąc czym prędzej powtórzyć rzut i zaimponować kochankowi, pobiegł ku miejscu upadku dysku. Ten, spadłszy, odbił się od gruntu pod takim kątem, że trafił Hyakinthosa w skroń. Hyakinthos padł z roztrzaskaną głową. Krew tryskająca z rany zrosiła płatki rosnących tam kwiatów; keros ugiął się pod ciężarem rozpaczy boga i plamy krwawej czerwieni weszły na stałe do morfy owych roślin. Spójrz. Dlatego je tak nazywamy.
— Piękne.
— Proszę. Nie spal przypadkiem.
— Dziękuję.
— W innej wersji legendy to zazdrosny o Hyakinthosa Zefir nagłym podmuchem wiatru spowodował fatalną zmianę toru lotu dysku. Mhm, czy wiesz, dlaczego ci to opowiedziałem?
— Och, domyślam się. Wszyscy mu to mówią, Janna najgłośniej: jeszcze żaden śmiertelnik nie wyszedł dobrze na konszachtach z Potęgami, niech nie popełnia samobójstwa dla planu Pani, i tak dalej, i tak dalej. Ty następny, Kykur?
— Nie, nie, ja martwię się o ciebie, nie o strategosa Berbeleka, co mnie on obchodzi. Mówisz, że cię lubi, że cię szanuje, że zaprzyjaźniłaś się z jego córką. Możliwe. Wierzę, że tak jest. Na koniec wszakże — na koniec oni nas poetycznie opłakują, a to nasza krew wsiąka w ziemię.
— Jestem ryterem!
— Wiem, powtarzasz to bez przerwy, jakbyś sama bała się zapomnieć. Bo przecież przede wszystkim jesteś Aurelią; gdybyś tylko miała wolę, wyrwałabyś się z tej Formy i —
— Precz!
Odskoczył, te płomienie naprawdę paliły, zatliły mu się rękawy koszuli, jeszcze nawet nie zapiętej.
— Więc tak! Rozumiem. — Rozglądnął się po kwietnej łące. Odnalazłszy drgającą kurtynę kolorowego światła, podszedł i zanurzył się w tęczy, aż rozpłynęła się w niej prawa część jego ciała. Mrużąc oczy, obejrzał się na Aurelię. — Nie powinienem był wątpić, gdy mówiłaś, że nie jesteś aristokratką. Nie jesteś. — Tu kichnął potężnie. — Nabawiłem się przez ciebie kataru — mruknął, wytarłszy nos — przyprawiasz mnie o gorączkę. — Uśmiechnął się krzywo. — Potem przez cały dzień drżę z zimna. — Po raz ostatni rozglądnął się po łące. — Kiedyś rosnąć tu będą ogniste aureliosy. — To rzekłszy, zniknął w tęczy.
Aurelia do końca nie podniosła wzroku na Kykura. Siedziała na ziemi ze skrzyżowanymi nogami, obracając w palcach hyakinthos. Nad rozciągającą się w nieskończoność słoneczną łąką tańczyły motyle. Jeden przysiadł na jej czaszce, błękitne skrzydełka rozpostarły się na gładkiej ciemnej skórze. Aurelia wąchała zerwany kwiat. Te rosnące dokoła niej były zgniecione i spalone, hyppyres przed chwilą kochała się tu z babilońskim aristokratą. Aszamader płacił słono kustoszom Floreum, nie tylko by wpuszczali go o dowolnej porze dnia i nocy, ale głównie aby właśnie nie zwracali uwagi na owe drobne wandalizmy. Ani przez moment nie sądziła, że ją pierwszą tu przyprowadzał.
Zaśmiała się cicho do siebie — do hyakinthosa — przypomniawszy sobie, z jaką zachłannością Kykur wypytywał ją o szczegóły życia na Księżycu. Była pewna, że zmieni je i ubarwi, gdy będzie o nich, o niej opowiadał. Bo będzie opowiadał; widziała, jak, słuchając, delektuje się tymi przyszłymi satysfakcjami, widziała ten syty uśmiech, który nie był skierowany do niej. Nie potrafił się powstrzymać.
Rzecz w tym, że ona także nie potrafiła się powstrzymać. Mogła polecieć ze strategosem do Amidy, ale wolała zostać w zrujnowanym Pergamonie, pławić się w radosnym pożądaniu ziemskiego aristokraty. Cokolwiek w niej widział, było to zupełnie coś innego, niż ona widziała w sobie dotychczas. Satysfakcje Aurelii nie będą może szlachetniejsze, lecz nie mniej sycące.
Zawiązawszy aegipską spódnicę, Aurelia wyszła przez tęczę na piaskowy szlak wijący się między geometrycznymi nieskończonościami światła. Korytarz, tę jedną długą spiralę tysiąca barw, przemierzyła, nie spotkawszy żywego ducha. Floreum od czasu rozpoczęcia oblężenia pozostawało zamknięte dla gości; zresztą i wcześniej kustosze nie wpuszczali do środka przypadkowych przechodniów. Aurelia w zamyśleniu przysuwała kwiat do twarzy. Hyakinthos był akurat jedną z pospolitszych roślin porastających te łąki. Wczoraj spędziła kilka godzin, wędrując przez pola najdzikszego kwiecia, pobudzona do tych daremnych poszukiwań kolejną legendą opowiedzianą jej przez Kykura, legendą o ukrytych komnatach kratisty, do których trafić może tylko ślepiec. W owych komnatach spoczywać miał między innymi Testament Jezebel i słynne Klejnoty Światła: niematerialna biżuteria starożytnych mistrzów Ognia, której blasku nie może znieść żaden śmiertelnik.
Kryształowe Floreum Jezebel Łagodnej zostało wzniesione w 599 roku Ery Alexandryjskiej przez teknitesa Baraxydesa Peulypę w oparciu o komentarze Provegi do Aristotelesowskich Studiów optycznych tudzież prawdziwą Euklidesową Teorię zwierciadeł, Archimedesowy traktat 0 oku i świecy i rozmaite pisma uczniów Provegi z dziedziny optyki matematycznej i optyki fizycznej. Floreum składało się ze stu szesnastu wielkich sal, których ściany i stropy stanowiły kryształowe zwierciadła o niespotykanej czystości i gładkości. Geometria ich wzajemnych relacji i architektura światła przeszywającego Floreum została obliczona przez Baraxydesa i jego sofistesów w ten sposób, by wewnątrz każdej z sal jej granice pozostawały dla człowieka niedostrzegalne — nieskończoność odbijała się w nieskończoności. Wchodziło i wychodziło się przez załomy i szczeliny między zwierciadłami, maskowane grą światła i jaskrawych odbić.
We Floreum zawsze panowało letnie południe: żelazna kopuła odcinała dostęp prawdziwym promieniom słonecznym, światło pochodziło skądinąd. Szklaną hydrauliką międzyzwierciadlaną płynęły nieprzerwanie strumienie oślepiającej mgły: pary wodnej przemorfowanej ku Formie Światła. Nawet jeśli Floreum nie ucierpiało bezpośrednio podczas tego oblężenia Pergamonu, przez tyle wieków żadna Substancja nieożywiona nie obroni się przed rozpadem i degradacją. Pękło kilkanaście luster, niszcząc iluzję tuzina łąk. Kykur pokazał Aurelii jedną z takich saclass="underline" świat roztrzaskany, skolioza światła i obrazu — wyciągasz rękę przed siebie i ręka znika, pojawiając się, wykręcona w nieprawdopodobne kakomorfie, na setce odległych horyzontów. Kykur pokazał jej również łąki, gdzie uszkodzeniu uległa kryształowa hydraulika, pęknąć musiały niewidoczne szklane rury. W godzinie zmierzchu, gdy zimny cień przykrywał żelazną kopułę Floreum, różnica temperatur powodowała chwilowe naprężenie konstrukcji, otwierały się wówczas drobne pęknięcia w szkle i nad jasną łąkę, na kwiaty, motyle, ptaki i ciepłą ziemię, wprost z błękitnej nieskończoności wylewały się obłoki płynnego światła.