Komnaty — za dużo powiedziane. Mały gabinet przy bezokiennym korytarzu, z nie większą sypialnią za bocznymi drzwiami. W gabinecie zastała esthlosa Berbeleka, pochylonego nad stołem, piszącego coś pośpiesznie węglowym rysikiem.
— Aa, jesteś! — Odwrócił się, rozpromieniony, i przez moment zdawało się jej, że zamierza uściskać ją na powitanie. Zaraz wszakże Forma się cofnęła. — Chciałem ci zostawić list; wiem przecież, że nie śpisz teraz. Jak tam esthlos Aszamader?
Machnęła ręką.
— Janna mówi, że wyjeżdżamy.
— Tak, jeszcze przed południem. Wstąpiłem tylko na chwilę, nie mam czasu nawet spotkać się z bazyleusem. Działo się tu coś, o czym powinienem wiedzieć?
— Wczoraj przybył poseł od Jana Czarnobrodego. Jest oficjalne pismo. Z uwagi na neutralność Babilonu, z którym Macedonię łączą więzy świeżego sojuszu — i tak dalej, bla bla bla. W skrócie: nie wtrąci się do wojny z Czarnoksiężnikiem, a jeśli chodzi o Nabuchodonozora, to owszem, chętnie nawet pomoże.
— Wyśmienicie. Ha, Alitei rzeczywiście może się powieść ten plan! A to diablica! Muszę do niej napisać. — Przypomniał sobie o liście właśnie pisanym; zmiął go i schował do kieszeni. — Tak czy owak, dzisiaj wyjeżdżamy. Pożegnaj się ze swoim Adonisem i wio.
— Dokąd? Widziałam, że odsyłasz Horror. Sądzisz, że Czarnoksiężnik nie upomni się o swoje? Jaki jest plan? Dokąd ich przerzucasz?
— Nie musisz wiedzieć.
— Muszę! Esthlos.
Westchnął, podrapał się w nos.
— Zamknij drzwi. Zamknęła.
— Godzina przed świtem — mruknął — budzą się upiory szczerości. No dobra, co chcesz wiedzieć?
Skłamie mi, pomyślała.
— Kiedy nastąpi atak na Ural.
— Atak na Ural. To oczywiście niemożliwe, nie będzie żadnego ataku na Ural. I nie krzycz mi o zdradzie, tylko pomyśl przez chwilę, jak by to niby miało wyglądać. Na pewno masz tu gdzieś mapy — o, daj. Nie tę. Spójrz, jak wielki obszar kontroluje Maksym Rog. Zaiste, to jest imperium. Europa, Azja, gdyby nie Dziadek Mróz, sięgnąłby tam Północnego Herdonu przez Cieśninę Ibn Kady; a tu — sięga prawie Afryki. Teraz wyobraź sobie, że rzeczywiście rozpoczynam taką kampanię. Czarnoksiężnik siedzi w swoich twierdzach uralskich. I powiedzmy, że wszystko układa się po mojej myśli, zwycięstwo za zwycięstwem. Samo zagarnięcie tych ziem, rozgromienie wszystkich jego wojsk i zamknięcie go w Uralu zajmie — ile? dziesięć, dwadzieścia lat? Imperia upadają jak elefanty: może i ziemia się zatrzęsie, gdy w końcu padną, ale tymczasem to trwa i trwa, i trwa. A przecież byłoby szaleństwem z mojej strony spodziewać się samych gładkich zwycięstw. Nawet zliczywszy wszystkich aliantów, nie będziemy mieli wielkiej przewagi. A oblężenie Uralu! Na Szeol, on zmienił w fortecę cały łańcuch górski!
— Bardzo przekonująco argumentujesz za niemożnością zwycięstwa, esthlos — stwierdziła sucho Aurelia.
— Jakiego zwycięstwa? Ty chyba rzeczywiście zbyt wiele przebywasz w moim towarzystwie. O co w końcu chodzi: o Czarnoksiężnika czy o Skrzywienie?
— Nie pójdą za tobą na wojnę w aetherze, zostawiając za plecami Wdowca. Zwłaszcza teraz, gdy już im wmówiłeś, że to on odpowiada za Skoliodoi. A przecież po to właśnie wmawiałeś.
— Nie pójdą. Zgaś ten gniew! Ależ ty jesteś popędliwa! Trochę więcej wiary. Już są zjednoczeni, to najważniejsze, już nie uciekają na byle wspomnienie Illei. Teraz — teraz popatrz. Ofensywa pójdzie od linii Vistuli, od Gaelicji Vistulskiej. Tu, tu i tu. Kazimir, Thor, Goci, Celtowie, Hunowie, część mojego Horroru.
— Przecież mówiłeś —
— Bo też nie po to, by zdobywać ziemie i rzucać na kolana armie Imperium. Jej celem jest jedynie takie związanie sił Wdowca i stworzenie pozorów takiego dlań zagrożenia by podjął decyzję wspomożenia swych wojsk i przesunięcia anthosu bardziej na zachód. Zrobi to, co poprzednio: przeniesie się do Moskwy. A Moskwa — Moskwa już nie jest nie do zdobycia, to nie twierdze uralskie.
— Od Vistuli do Moskwy długa droga, nie będzie przecież czekał.
— Nie będzie. Toteż nie w tym rzecz, by przedzierać się stadion po stadionie przez armie pod anthosem Wdowca, lecz by właśnie od razu pozbawić je —
Z prawej, zza drzwi do sypialni dobiegło stłumione kichnięcie. Obrócili głowy. Przez jedno uderzenie serca — bezruch katatoniczny. Potem Aurelia skoczyła — hyppyres w bitewnej koronie ognia — szarpnęła za drzwi, huknęły o ścianę, jeden z zawiasów wyskoczył z ościeżnicy.
W sypialni stał esthlos Kykur Aszamader, półnagi, w samych szalwarach. Wycierając nos, spoglądał charakterystycznie szeroko rozwartymi oczyma na płonącą Aurelię.
— Chciałem — zająknął się — chciałem cię przeprosić, myślałem, że wrócisz wcześniej, zasnąłem, przepraszam, no nie gniewaj się, Auri.
— Właściwie nie mieliśmy się okazji poznać — rzekł niskim głosem strategos zza pleców Aurelii. — Esthlos Hieronim Berbelek-z-Ostroga.
Kykur podszedł doń, uścisnął rękę.
— Esthlos Kykur Aszamader, to zaszczyt dla mnie, naprawdę.
Hieronim Berbelek pokiwał głową.
— Nie wątpię, nie wątpię. Aurelia, jesteś pewna, że nie ma tam nikogo więcej? Pod łóżkiem na przykład, co?
Aurelia padła przed strategosem na kolana.
— Kyrios. Błagam o wybaczenie.
Kykur wodził spojrzeniem od dziewczyny do Berbeleka i z powrotem.
— Najlepiej będzie — mruknął, cofając się ku drzwiom na korytarz — jak ja już sobie —
Strategos podniósł nań wzrok.
— A możesz mi powiedzieć, piękny młodzieńcze, kiedy ty się tam obudziłeś? Nie na dźwięk swego nazwiska aby?
Kykur sięgnął za siebie, otworzył drzwi i nadal cofając się, zgięty w jakimś przedziwnym półukłonie, już nawet nie patrząc na Berbeleka, począł jękliwie mamrotać:
— Ja naprawdę nic nie słyszałem, zresztą co ja się na tym znam, co mnie to obchodzi, niby dlaczego miałbym, nie słyszałem, mogę przysiąc, a do Babilonu i tak, przecież to głupie, sam pomyśl, esthlos, jakie to ma znaczenie, czy…
Strategos przyglądał się mu z zainteresowaniem.
Lewą dłoń położył na głowie Aurelii, przesunął palcami po roziskrzonej skórze Księżycanki. Uniosła nań oczy. Strategos nie odwracał wzroku od Kykura.
Aurelia wstała z kolan.
— No przecież mówię, że nie słyszałem, na krew Marduka, o co wam chodzi, oszaleliście, Auri, co to wszystko…
Berbelek patrzył jak hyppyres podąża bezszelestnie za cofającym się w cień korytarza Babilończykiem — miękkie stąpnięcia nagich stóp Aurelii, jej biodra falujące hipnotycznie jak nigdy dotąd — zniknęli mu z oczu w tym cieniu. Niczego więc nie zobaczył i niczego nie usłyszał — tylko po chwili uderzył go w twarz krótki podmuch siarczystego gorąca, jakby tam w ciemności uchyliły się na moment wrota piekieł.
Φ
Oczy wdowca
Moskwa, czarny świt. Sami pośród wrogów, anthos Czarnoksiężnika na gardle. Z nieba ma spaść Horror, ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie pod tym słońcem; może nigdy. Aurelii do reszty rozleciała się prawa wirkawica, ucinając przy tym dwa palce. Zbyt długo już żyje na Ziemi, to nie jej sfera, nie jej żywioł, nie powinna była opuszczać na tyle miesięcy ojczystego kraju…
Aleale! (I na samą myśl pyr pali żyły). Ale dzisiaj zabiją kratistosa!
O ile zabiją. Drapiąc rany po palcach, Aurelia wpatrywała się w niebotyczne wieże kniaziowego kremla, białe czapy śniegu kontrastowały z zaskorupiałą na tynku wież tłustą sadzą.
— A jeśli to zajmie parę dni? — spytała. — Nie zabrałam ze sobą wahadłówki, powiedziałeś, esthlos, że żadnego bagażu. Amatorskie strojenie też już nie pomaga, tu trzeba co najmniej demiurgosa uranoizy. No ale teraz nie bardzo mogę to zdjąć. Następnym razem pewnie urwie mi głowę.