— Proponowałem przecież, żebyś została z Janną i Horrorem.
— Wtedy tym bardziej byłbyś przekonany, że Pani przeznaczyła cię na straty.
— Nic takiego nie twierdzę.
— Oczywiście. Przepraszam. Kyrios.
Sarkazm był dozwolony.
Aurelia odwróciła się od okna, od panoramy zimowego miasta, i obejrzała na strategosa, który siedział, zgarbiony, na drewnianej skrzyni, przy otwartej klapie nad schodami. Musiał siedzieć, na stojąco nie był w stanie się wyprostować, pochyły dach strychu zawieszono zbyt nisko. Aurelia również poruszała się tu ostrożnie, przypadkowe zahaczenie aetheryczną zbroją o drewnianą konstrukcję mogło mieć katastrofalne skutki; zmuszona została do ścisłej kontroli nad nastrojami, nad uczuciami i odruchami, przekładającymi się przecież natychmiast na pęd i kształt morfoczułej zbroi.
Strategos zabrał ze sobą jeszcze tylko dwóch horrornych, ale im pozwolił wziąć jeno krótkie keraunety, tak zwane herdonówki, produkowane w zaokeanosowych fakturach Gustawa — posiadające po trzy, cztery, pięć luf. Zresztą i tę broń zostawiali tu na strychu, gdy esthlos wysyłał ich na miasto, by nawiązali kontakt z tym czy innym człowiekiem. Wybrał był ich ze względu na znajomość moskiewskiego.
— Gdybyś jej wierzył — stwierdziła Aurelia — w ogóle by cię tu nie było. To głupota tak się narażać. Trzy dni w cieniu kremla, w sercu anthosu Roga. Prosisz się o kłopoty, esthlos.
— Muszę się osobiście spotkać z tym Babuczkinem.
— Taa, bo spojrzysz na niego i z miejsca rozpoznasz kłamstwo i prawdę.
Sarkazm był dozwolony, zdobyła sobie prawo do kpiny i sarkazmu owej nocy, owego dusznego pergamońskiego przedświtu, pół roku temu. Nie znaczyło to jednak, że mogła okazywać strategosowi brak szacunku, zwłaszcza wobec osób trzecich.
— Spojrzę i poznam człowieka. Ucisz się wreszcie. Chyba ktoś idzie.
Jeszcze głębiej pochylił się nad otworem w podłodze.
Aurelia przeszła bardzo powoli na drugą stronę otworu, za uniesioną klapę, skinęła też na horrornych, by zajęli pozycje. Przyklęknąwszy w ciemnych kątach między niskim sufitem i krzywą ścianą, odciągnęli młoteczki ciężkich herdonówek, położyli palce na wymyślnie kutych językach. Oni też poruszali się niczym zanurzeni w miodzie lub zamarzającym błocie: podłoga strychu trzeszczała bowiem głośno przy każdym kroku, stare deski strzelały pod stopami, a lokatorzy z parteru, rodzina Bardionnych, mieli słuch aż nazbyt wyczulony. Budynek składał się z trzech kondygnacji i teoretycznie w całości należał do esthlosa Berbeleka, jako że stanowił część wiana jego pierwszej żony. Od lat znajdował się wszakże w zarządzie moskiewskiej kancelarii jurydycznej, a ostatnim pragnieniem strategosa byłoby ogłaszanie wtem swego tytułu własności i ujawnienie się tu pod prawdziwym imieniem. Niemniej esthlos Berbelek posiadał wszystkie klucze i znał dobrze okolicę, wiedział, jak dostać się na strych po dachach sąsiednich domów, wiedział także, że główna klatka schodowa budynku jest otwarta na ulicę i można tu dość swobodnie wchodzić i wychodzić; nie wiedział tylko, jak potwornie głośno trzeszczą deski podłogi strychu.
Tak samo trzeszczały stopnie schodów pod stopami Garuszy Babuczkina z Babuczkinów Knijporoskich. Łysy skryba dworski wychylił głowę z kwadratowego otworu w podłodze — i spojrzał w ciemne wyloty siedmiu luf. Co gorsza, i spojrzał prosto w oczy pochylającego się nad nim strategosa Berbeleka i w naturalnym odruchu rzucił się w tył — a że stał na stromych schodach, prawie drabinie, zleciał z nich na łeb, na szyję, łamiąc przy tym dwa szczeble i zapewne niejedną kość w swym ciele, z hukiem i łomotem. Nie krzyczał, to trzeba mu przyznać.
Aurelia, która nie zdążyła swą bezaetheryczną prawicą złapać za kołnierz skryby, skoczyła teraz za nim i pociągnęła go z powrotem na strych. Horrorni opuścili i zaryglowali klapę. Następnie wszyscy zamarli w bezruchu, nasłuchując.
Babuczkin usiłował tymczasem umknąć gdzieś w głąb strychu. Po pierwszym kroku drewno strzeliło mu pod obcasem — obejrzeli się na niego wszyscy, lufy keraunetów horrornych poruszające się w synchronii z ich głowami, Aurelia w irytacji pęczniejąca jasną uranoizą, strategos z pięścią zaciśniętą ponad głową. Babuczkin zatrzymał się z nogą wpółuniesioną, niebezpiecznie wychylony. Aurelia tym razem zdążyła chwycić go za biedźwiedzią szubę. Tak znieruchomieli na kilkanaście minut.
Cisza.
— Wyście Garusza Babuczkin, służaszyj Ministra Zachodu — szepnął wreszcie w grece esthlos Berbelek, nie podnosząc się ze skrzyni.
— Tak — odparł Babuczkin. Aurelia puściła kołnierz szuby.
Strategos nie pozwolił skrybie odwrócić wzroku.
— Księżycowy pies, bezimienne dziecię Pani, sługa wierny, zaprzysiężony przez Nanu Agilatylę w wiosenną ekwinocję osiemdziesiątego szóstego roku, na wodę, miód, krew i topór.
Babuczkin niespodziewanie potrząsnął głową, zagryzł zęby i postąpił ku strategosowi.
— Ja — warknął. — Ja!
Strategos Berbelek wyciągnął długie ramię, zacisnął dłoń na karku łysego skryby i przyciągnął go do siebie, prawie zginając w pół.
— A wiecie, kim ja jestem?
— Powiedzieli mi.
— Co wam powiedzieli?
Babuczkin oblizał wargi.
— Przybyłeś go zabić. Hieronim Kolenicki. Pani posłała cię byś niósł wojnę. Esthlos.
— Wy się mnie boicie, Babuczkin?
Babuczkin spróbował się zaśmiać i zabrakło mu oddechu.
— Oczywiście — odkaszlnął wreszcie. — Puść mnie, esthlos.
— Wyjaśnijcie mi coś, Babuczkin. Jakim cudem taki tchórz, jak wy, może ukrywać się wśród najwyższych oficjeli Wdowca, wśród jego szczurów i zauszników, a teraz już w sercu jego anthosu, pod bokiem samego kratistosa — i pozostać wiernym Illei Okrutnej?
— Nie jestem tchórzem!
— Oj, Babuczkin, Babuczkin. Codziennie liżecie im dupy.
— Puszczaj!
— Siedzicie przy tym waszym biurku, w stosach papierów, od rana do wieczora przepisujecie kolumny liczb, urodziliście się pod morfą Roga, sprzeciwić się zwierzchnikowi
— to nie do pomyślenia, jesteście najpospolitszym karaluchem biurokracji, nawet sny macie symetryczne, zbilansowane i patriotyczne, perwersje mieszczańskie, marzenia papierowe i nałogi statystyczne, Babuczkinową rżniecie, gdy Czarnoksiężnika zbierze chuć, Babuczkinową bijecie, gdy nad Uralem zagrzmią burze, płodzicie Babuczkinięta o ślepiach wdowich, raz opowiedzieliście antykratistosowy dowcip, jeszcze się wam łapki trzęsą — jak taka moskiewska ukraka mogłaby się w ogóle zdobyć na Zdradę?
Skryba rzucił się na strategosa, wierzgając i wymachując rękoma. Strategos trzymał go w żelaznym uścisku.
Babuczkin zaczął jednak przy tym kląć Berbeleka, po moskiewsku, grecku i uralsku, z każdą inwektywą coraz głośniej, i Aurelia musiała zatkać mu usta. Ugryzł ją w dłoń
— zaraz wrzasnął niemo, gdy płomień liznął mu język i podniebienie.
Esthlos Berbelek i hyppyres wymienili pytające spojrzenia.
— Mhm, może jednak, może mimo wszystko… — mruknął strategos.
— Twardy jest — stwierdziła Aurelia.
— Teraz tak, ale wobec Czarnoksiężnika?
— Przecież nigdy go nawet na oczy widział.
— Tyle lat w kremlu… Mhm…
— Twardy jest — powtórzyła Aurelia. — Na uralski sposób.
— Puść go. Puściła.
Babuczkin dyszał ciężko.