— To właściwie jest Allah, Bóg muzułmanów — wtrącił pan Berbelek. — Prawda?
Kristoff złapał się za głowę.
— Kriste! Co wy opowiadacie! Muhammad przecie nam Go ukradł, pomieszało mu się w głowie pod anthosem AlKaby, no i tak to wyszło dla izmaelitów, wszystko poprzekręcane.
— Aa, więc to jest jednak Bóg Aristotelesa? — dopytywała się Szulima. — No to już nic nie rozumiem. Jak On mógłby mieć syna? Po co? Jaki sens? To się kupy nie trzyma. — Wydawszy wargi, schrupała resztę tulipana.
Kristoff prychnął głośno. Zaraz zacznie sobie rwać z głowy te rude kłaki, pomyślał Hieronim.
— Zawsze mi się wydawało — wtrącił się Ihmet, mrużąc oczy, gdy spoglądał w zamyśleniu ponad głowami Berbeleka i Amitace na zachodzące Słońce — od dzieciństwa właściwie… to jak z kulistością Ziemi albo z przepływem krwi w ciele, każdy człowiek prędzej czy później dochodzi do tego, po prostu obserwując świat i wyciągając wnioski. Także ludzie przed Aristotelem. Pytania są zawsze takie same. Dlaczego świat jest, jaki jest? Dlaczego jest w ogóle? Co było przedtem, skąd się wziął, jakie są Przyczyny? Czy mógłby być inny, a jeśli tak, to jaki, a jeśli nie, to dlaczego nie? Widzimy, jak z form prostych wyłaniają się formy złożone, jak z pustki rodzi się myśl, pod dłonią demiurgosa z bezkształtnego surowca powstaje skomplikowany artefakt. Więc i dla świata musi istnieć Cel, Forma doskonała, przyczyna ostateczna, która sama nie posiada przyczyny, albowiem wówczas cofać musielibyśmy się w nieskończoność. Jeśli zatem wszechświat, czas, byt posiada w ogóle początek, jest to właśnie taki początek: bezprzyczynowy, zupełny, zamknięty w sobie, doskonały. Z niego pochodzą wszystkie Formy, on przyciąga pierwotnie bezkształtną Materię ku kształtom coraz mu bliższym: planety, gwiazdy, księżyce — skąd bowiem by się wzięły w swych idealnych kulistościach, na idealnie kolistych orbitach, jeśli nie z narzuconej morfy tego kratistosa kratistosów? — morza i lądy, błoto i kamienie, rośliny i zwierzęta, i ludzie, i ludzie myślący, a pośród nich demiurgosi, teknitesi, kratistosi, coraz bliżsi Jemu. Wszyscy żyjemy w Jego anthosie, cały wszechświat znajduje się we wnętrzu Jego aury i z każdą chwilą bardziej podobny jest do Formy docelowej, coraz bardziej konkretny, ukształtowany, doskonały, boski. Na koniec bowiem istnieć będzie tylko jedna Substancja: On.
Pers mówił cicho, często zatrzymując się w poszukiwaniu odpowiedniego słowa, a kiedy skończył, uśmiechnął się przepraszająco.
— Ooo, to ja nie wiedziałem, że z pana taki sofistes! — pokręcił głową Kristoff.
— Tygodnie, miesiące pośrodku okeanosu… — wzruszył ramionami nimrod. — Cóż pozostaje? Gapić się w horyzont? Człowiek albo oszaleje, albo jednak dojdzie do pewnej eudajmonii, spokoju ducha, mhm, mądrości.
— No dobrze — westchnęła Szulima, łamiąc krzepnącą morfę chwili — ale co z tym Bogiem kristjan? Doskonałość nie miesza się w sprawy śmiertelników, wystarczy, że jest.
— Aha! — Njute wzniósł wyprostowany palec. — Czy doskonałość może posiadać uczucia? Litość na przykład? Współczucie, miłosierdzie, miłość?
Esthle Amitace skrzywiła się powątpiewająco.
— No i znowu zaczynamy dodawać do abstrakcji cechy ludzkie. Skończymy na Dzeusie lub Herze.
— Bo ty, esthle, mówisz o Bogu, który byłby spójny logicznie, a ja mówię o Bogu, w którego się wierzy.
Szulima wykonała wachlarzem niejasny gest.
— Przecie to jedno i to samo. Kto uwierzy w kwadratowe kołlo? Zresztą, o jakim Bogu mówił przed chwilą pan Zajdar?
— Przyznaję, że jako dziecku zoroasteryzmu — rzekł nimrod — bliższy jest mi Bóg Muhammada niż Kristosa. Ta cała historia z posłaniem na Ziemię Jego dziecka, i to niby na śmierć, w każdym razie w cierpienie, w niebezpieczeństwo
— Och, w tym akurat dostrzegam okrutną prawdę! — zaśmiała się szyderczo Szulima, kryjąc twarz za błękitnym wachlarzem. — Problem leży gdzie indziej. Otóż wpierw trzeba by zaakceptować właśnie Boga już uczłowieczonego, nie absolutną Formę Aristotelesa, która stanowi domysł najbardziej oczywisty — lecz coś raczej z owych bajek starożytnych, Surowego Starca, Matkę Miłości i Płodności, Krwawego Wojownika. I jeden człowiek posiada umysł skłaniający się bardziej ku geometrycznym mądrościom, drugi — ku pięknym opowieściom, od których przechodzi dreszcz po skórze. Lecz żaden Bóg nie może być taki i taki równocześnie.
— A skąd nam, śmiertelnym, wiedzieć, jaki Bóg może być, a jaki nie, co? — żachnął się ryter.
— My w ogóle wiemy niewiele — przyznała Szulima. — Lecz posuwamy się od niewiedzy ku doskonałości nie przez przyjmowanie hipotez irracjonalnych, lecz tych, które w naszej ignorancji wydają się nam ze wszystkich najprostsze i najrozsądniejsze.
— Ale ja nie przyjmowałem żadnej hipotezy, esthle — rzekł Kristoff, już wyraźnie zrezygnował z tonu lekkiej przekory i dystansu, w jakim prowadzona była dotąd dyskusja. — Ja uwierzyłem.
— Miałeś prawo, mocno się odcisnął i wielu porwał za sobą, nikt nie przeczy, że był to potężny kratistos. Nawet jeśli faktycznie umarł na tym krzyżu. Czy stanowi to jednak powód, by czynić zeń symbol religii? A jakby go skazali na poćwiartowanie i tak umarł? Co? Toporami, piłami, nożami?
— Nie rozumiesz! — Njute, sfrustrowany, wstał i usiadł, szarpnął się za brodę, za wąsa, znowu wstał, znowu usiadł. — To było odkupienie! Zginął za nasze grzechy!
— No to już jest kompletny absurd! — Amitace również utraciła dotychczasowy spokój, ostra irytacja zabrzmiała w jej głosie. — Wyobraź sobie takiego króla, władcę absolutnego: wasale łamią jego prawo, wasale sprawiają mu przykrość, więc zamiast nich — karze swoje dziecko. Czy stoi ktoś ponad nim, narzuca zasady, wyznacza kwotę koniecznego cierpienia? Nie, słowo króla zawsze stanowi wyrok ostateczny. Jaki więc jest jedyny powód męki syna? Bo król tego chciał. Widać przyjemność mu dało.
Twarz Kristoffa, i tak obficie skroplona potem, jeszcze poczerwieniała, gdy otworzył usta do niedźwiedziego ryku:
— Co za febryczne idiotyzmy ty mi tu —
— Dosyć! — syknęła Szulima, składając z trzaskiem wachlarz; ręka zakreśliła poziomy łuk, gest wygładzenia kerosu.
I proszę, oto ryter jeruzalemski zamilkł. Wypuściwszy z płuc powietrze, rozparł się szeroko na krześle, momentalnie rozluźniony, roztargnionym wzrokiem wodząc po przeciwległej części widowni cyrku. Rodzina Njute patrzyła w milczeniu, skonsternowana.
Kristoff po chwili wyjął z rękawa chustę, otarł czoło.
Gdy z powrotem podniósł wzrok na Szulimę, nie dało się już z jego oblicza niczego wyczytać.
— Esthle. — Skłonił głowę.
Odpowiedziała uprzejmym odwróceniem wachlarza.
Co to było? — zastanawiał się tymczasem pan Berbelek. Wymienił z Ihmetem zdumione spojrzenia. Nimrod na dodatek wydawał się być rozbawiony całą sytuacją. Być może teknitesa takie rzeczy śmieszą — a być może owo rozbawienie też stanowi tylko maskę — pan Berbelek zbyt dobrze jednak pamiętał łamiący kości i rozbijający myśli mróz Czarnoksiężnika. Kim ona, u licha, jest? Z taką morfą istotnie może naginać do swojej woli ministrów i aristokratów. Czy Bruge naprawdę jest jej wujem, czy też po prostu przekonała go, by tak utrzymywał? I ja sam — czy wtedy ja naprawdę chciałem zaprosić ją do iberyjskiej villi? A teraz — pożądam, pożądam, jest piękna — czy teraz odważyłbym się wystąpić przeciwko niej, złamać formę, na przykład zadać jakieś pytanie — bardzo niestosowne, bardzo bezpośrednie, bardzo niegrzeczne — potrafiłbym czy nie?