Выбрать главу

— Skoro w to wierzysz, esthlos — dlaczego w ogóle przybyłeś do Moskwy?

— Czy muszę się powtarzać? Najlepsze plany, plany kratistosów i strategosów, nie wymagają od nas niczego, czego i tak nie zrobilibyśmy z własnej woli.

— To mosze lebiej ja jetnak sobie bójdę

— Za późno. Już są. Kopnij mi tu który ten stołek. Strategos Berbelek odrzucił niedopałek i wspiął się na okno, wychodząc na lekko pochyły dach. Gonty zazgrzytały pod jego jugrami, posypał się śnieg, ceglastoczerwone poły humijowego płaszcza łopotały na zimnym wietrze. Spod stosu skrzyń dały się słyszeć gwałtowne postukiwania, Bardionni dobijali się na strych, nie obejrzał się nawet.

Aurelia wyskoczyła za nim, wiatr wyrwał z epicykli jej zbroi wstęgi lepkiej pary. Podążyła wzrokiem za spojrzeniem strategosa.

„Urkaja” schodziła ku nim po łagodnym łuku, wynurzywszy się spośród skotłowanych chmur, zawisłych nisko na brudnym, zimowym niebie. Z częściowo rozłożonymi aetherycznymi skrzydłami wyglądała bardziej jak koścista harpia — płonąca jasnobłękitnym ogniem harpia, wielka na ponad stadion. Skrzydła zwijały się w locie, ściągane do długiego karku gwiezdnego skorpiona, w otwarte skrzela, tuż przed kołnierzem uranoizowego pancerza. Bo w miarę jak „Podgwiezdna” zwalniała i opadała nad miasto, w coraz większym stopniu polegała w swym locie na spiralnym ogonie wirującym tak szybko, że dla ludzkiego oka rozmytym w obłok jasnej poświaty.

Niebieski blask padał na pokryte śniegiem dachy, ulice, drzewa i nie tak odległe wieże kremla. Otworzyło się kilkanaście okien, ciekawscy moskwianie zaraz cofnęli się, oślepieni. Na dach kamienicy wspięli się obaj horrorni, wciągnęli za sobą trzy ciężkie torby i Babuczkina. „Urkaja” była już tak blisko, że wichura wzbudzana przez rozpędzony ogon skorpiona podnosiła tumany śniegu, czyszcząc do naga ciemne mury i dachy — tak odkrywała się toporna, boleśnie regularna i ascetyczna architektura wdowiej Moskwy. Przerażony służaszyj zaczął się zsuwać, wrzasnął, zamachał rękoma; Aurelia po raz drugi chwyciła go za kołnierz szuby.

— Dogąd my właszcziwje

— No jakże! — zaśmiał się rubasznie strategos, zapinając herdoński płaszcz i naciągając rękawice ze skóry bazyliszka. — Na kreml, na kreml, ubić Czarnoksiężnika!

Księżycowa łódź jeszcze bardziej zwolniła i w końcu zatrzymała się, zawisając w powietrzu trzydzieści pusów nad zaśmieconym tylnym podwórzem kamienicy, śmieci ulatywały wysoko nad ziemię, złapane w śnieżny cyklon. Skorpion rozwarł gębę, buchnęła z niej gorąca jasność. Aurelia — ona jedyna — widziała tam, w głębi korytarza światła, swego wuja, Omixosa Żarnika, pośród innych ryterów, szeregi hyppyroi w rozpędzonych zbrojach, z aetherycznymi keraunetami i sztandarami Księżyca z czerwonego pyrpłótna, gorejącymi symbolami Labiryntu.

Horrorni przerzucili Babuczkina, cisnęli w ślad za nim bagaż i broń, potem skoczyli sami, następnie skoczył strategos, na koniec Księżycanka. Skorpion już unosił się i obracał, nawet nie zamykając gęby, Moskwa przemykała pod Aurelią rozmazaną plamą. ……..

Omixos podał jej rodowy keraunet. Ujęta pewnie ciężki oręż. Wuj — twarz prawie niewidoczna za rozpęcznialym okółhełmem — poklepał ją po ramieniu, aether zazgrzytał ostro w starciu z aetherem.

— W bój.

* * *

— Teraz! Teraz, teraz, teraz!

Skorpion wali ogonem w mury Arsenału. Kreml trzęsie się w posadach. Baszta Timura, uderzona pierwsza, gdy otworzono z niej ogień do „Urkai”, zapada się pod własnym ciężarem w grzmocie kruszących się kamieni, w osuwającej się lawinie tysięcy lithosów gruzu. Poza tym nie strzela jeszcze nikt, nawet nie odzywają się pyresidery i kartaczownice z kremlowych koszar Bułaszków Iwana Karła — nie minęła minuta, jeszcze nie zagrały na trwogę rogi z Wieży Zegarowej.

Skorpion rozpruwa południowy mur Arsenału, uderzając w mekanicznym rytmie, raz i raz, i raz. Na wysokości czwartego piętra powstaje wyłom szeroki jak łeb skorpiona. „Urkaja” wsuwa się weń.

Łódź księżycowa w czas bitwy pulsuje takim blaskiem, taki żar bucha z jej pyraetherycznego pancerza, że zalegający okoliczne płaszczyzny śnieg topi się z sykiem i spływa po gmachu krystalicznymi strumykami, woda zmienia się w srebrną mgłę. Korpus „Podgwiezdnej” ginie w niej bez reszty, tylko jasność okrutna bucha z gorącej chmury.

Z tej jasności wypadają do wnętrza Arsenału płonący Jeźdźcy Ognia, Aurelia w pierwszym tuzinie; w sumie Hierokharis oddał bowiem do tej misji dwadzieścioro siedmioro ryterów pyru, pełny enneon. Wypadają już rozpędzeni, pchnięci impetem ciężkich epicykli uranoizy, obejmujących ich uda, kolana, barki.

Aurelia znajduje się w tryplecie dowodzonym przez wuja, jako trzeci ryter uzupełnia go kuzyn Krzosów, Tymoteusz Faeton. Omixos wskazuje na lewo. Biegną ku zachodnim drzwiom sali, w dwudziestopusowych susach, każdym stąpnięciem otwierając w posadzce gwiaździste rany. Marmur fruwa w powietrzu, odłamki rykoszetują od śmigłego aetheru, raz, drugi, trzeci, na koniec głęboko kalecząc grube ściany, niszcząc pokrywające je freski i wota żałobne.

Inny tryplet przebija się od razu piętro niżej: przyklęknąwszy, hyppyroi wwiercają w podłogę pięści w wyjących przeraźliwie wirkawicach, momentalnie otacza ich szary pył mielonego kamienia.

Trzy inne tryplety w ogóle nie zatrzymują się w pędzie i przebijają się przez okna w przeciwległej ścianie, wypadając na zewnątrz i rozwijając tam w powietrzu gigantyczne epicykle okółramiennej uranoizy: spadając, rozprują mur północny.

Tryplet skierowany ku wschodnim drzwiom mija w biegu czterech wartowników w mundurach sołdatów barłaskich. Nie zatrzymując się, ryterzy rozszarpują składających się do strzału Moskwian, przemielone przez aether mięso, kości i barłaskie futra strzelają na wszystkie strony. Tryplet pozostawia za sobą chmurę wilgotnej czerwieni.

Tymczasem Omixos dopada drzwi. Nie przystanie, by otworzyć — kopniakiem rozpruwa ciężkie wierzeje. Hyppyroi przeskakują, połykając w epicykle swoich zbroi tornada trocin, które zresztą zaraz się zapalają.

Na ścianach jeszcze więcej obrazów i starożytnej broni. Żarnik pokazuje: ku schodom. Na schodach pojawia się kilku sołdatów. Tymoteusz chwyta lewą ręką naturalnej wielkości posąg Tamerlana z brązu — zamachowa uranoiza opisuje Faetona grubymi kręgami — i ciska nim w żołnierzy. Posąg miażdży ich o mur, w murze wybija dziurę.

Biegną ku schodom. Im dłuższe susy, tym mniejsze znaczenie ma dół i góra. Z impetem przejmowanym od uranoizowych kół odbijają się od ścian, mebli, postumentów, poręczy, kolumn, wgryzając się wirbutami w drewno, żelazo i kamień. Towarzyszy im nieustanny zgrzyt i świst odłamków, po przejściu ryterów unosi się w powietrzu gęsta zawiesina ostrych drobin z przemielonych materiałów, smród spalenizny.