Na trzecim piętrze wysypują się już na korytarz drużyny Bułaszków. Grzmią keraunety. Rozpędzone do maksimum zbroje hyppyroi odbijają kule zgodnie ze skrętem swych epicykli. Bułaszkowie wrzeszczą, dziesiętnicy dmą w gwizdki, eksploduje pyros, Arsenał dygocze pod ciosami skorpiona i Jeźdźców, sypie się tynk. Za oknami po drugiej stronie korytarza rozmazana plama: spadający hyppyres ciągnący za sobą czerwoną grzywę ognia.
Ombcos biegnie na sołdatów — podłoga, posąg, skrzynia, sufit — w piątym susie spada na nich z rozpostartymi ramionami, w rozpęczniałej na szerokość korytarza zbroi, w aureoli ognia — prrrrrrfstsch! — ochłapy płonącego mięsa uderzają o boazerie, mozaiki i płótna mistrzów.
Aurelia i Tymoteusz przebijają się do pomieszczeń po lewej i prawej. Aurelia za drugą zdemolowaną ścianą trafia do części mieszkalnej kremla, do izby łaziebnej, nagie kobiety podnoszą się z parującej wody. Nawet nie zdążyły zobaczyć rozpędzonej Księżycanki za zasłoną pyłu, dymu, ognia i aetheru — pochyłe orbity zamachowej uranoizy zahaczają je, gdy hyppyres przebija się do następnego pomieszczenia. Kilka odciętych kończyn, rozłupana głowa, rozpruty brzuch — to za Aurelią, nie widzi, nie słyszy. Z rozdartej hydrauliki bucha zimna woda.
Aurelia jest już w przejściu między Arsenałem i Basztą Chana. Zza zamkniętych żelaznych drzwi, przez wąskie otwory, wali w rytera grad kul. Z żelazem mogą być kłopoty. Aurelia wyrywa kratę z okna po prawej, wyskakuje, wgryza się wirkawicą w pokryty lodem mur (lód zmienia się w parę). Wirbuty mielą starożytne kamienie, puryniczny aether przeciwko nieczystemu ge — i żywioł najniższy ulega żywiołowi najwyższemu. Płomienny ryter przebiega ku baszcie, pozostawiając za sobą na pionowej ścianie szeroką smugę spalenizny.
Wpada do środka razem z całym oknem, z ramą i kratami, i ułamkami muru. Od żaru hyppyresa zajmują się kobierce i arrasy. Sołdaci obracają się ku niej, organizując się w ciasnej przestrzeni w trzy szeregi, kilkanaście luf celuje w Aurelię. Aurelia, przykucnięta na ścianie nad małym rubiowym popiersiem Czarnoksiężnika, gryzie się głęboko w język i zieje ogniem. Pyr mknie w rozszerzających się wirach, wypchnięty z orbity okółhełmu, czerwone spirale dosięgają i obejmują żołnierzy. Ostatnia salwa — bo już wszyscy płoną, śmiertelne wrzaski wypełniają pasaż, ludzie tarzają się po podłodze, biegną na oślep przed siebie, jeden wyskakuje przez wyrwę pookienną, spada, ciągnąc za sobą warkocz ognia.
Aurelia nie poświęca im uwagi. Obraca się i skacze w głąb baszty, to jest jej zadanie.
Na trzecim piętrze — dwoje ludzi. Uciekają, rozcina ich w biegu.
Na drugim piętrze — nikogo.
Na pierwszym piętrze — kilkoro urzędników. Podpala biura razem z nimi.
Na parterze — żołnierze umykający przez otwarte wrota główne. Pozwala im umknąć. Potem rygluje wrota i zwala za nimi część sufitu, do reszty blokując wejście. Tak samo postępuje z furtą tylną.
Sprawdza podziemia. Znajduje tam, schowane w piwnicy za zmurszałymi regałami, dwie przerażone aristokratki wraz z kilkoma doulosami. Po sekundzie zastanowienia zostawia je przy życiu, zawalając za sobą schody piwniczne.
Wraca do Arsenału.
Hyppyroi opanowali najwyraźniej wszystkie wyższe kondygnacje, zamknięto górne przejścia. Trwa bój na parterze, gdzie przedarli się z odsieczą Bułaszkowie z ciężkim uzbrojeniem i uralskimi morfezoonami wojny, spuszczonymi teraz z łańcuchów. Jest z nimi dwoje aresów.
— Mamy ofiary — mówi ryter Żarnik. — Zbroja nie zatrzyma salwy z kartaczownic, uważaj też na gnojołazy, plują jakimś kwasowym jadem.
Wyglądają przez okno z aksamitnego antyszambru na trzecim piętrze Arsenału. Zza złotej kopuły Chramu Ziemiojada bije błękitny blask, przetacza się ponad kremlem rytmiczny huk, od którego dzwonią szyby. Szyba, przez którą patrzą, pęka po trzecim grzmocie. To „Urkaja” obraca tam w gruz budynki koszar bułaszkowych.
— Tymoteusz?
Omixos wskazuje płomieniem kciuka w dół.
Po śliskich od krwi schodach, przez dym i szary pył schodzi strategos Hieronim Berbelek; najpierw widać ceglastoczerwone poły jego herdońskiego płaszcza.
— Gdzie ta Sala Porożna?
Ryter Żarnik zwalnia obroty swej zbroi i skłania głowę przed strategosem.
— Proszę za mną, esthlos.
Idąc, Berbelek wyrównuje mankiety rękawów płaszcza i koszuli. Zapina ostatni guzik pod szyją, z barków strzepuje popiół. Teraz Forma będzie najważniejsza. Aurelia przypatruje mu się przez uspokojony okółhełm. Esthlos przechwytuje jej spojrzenie.
— Powinienem był kazać Babuczkinowi wypolerować mi jugry, przydałby się na coś. — Posyła Aurelii krzywy uśmiech —
Aurelia nie odpowiada uśmiechem.
— Nie było zdrady — mówi. — Jesteś chory na kłamstwo, kyrios.
— Ależ była. Na szczęście to nie mnie zdradzono.
Wychodzą do wyłożonego hyexowym drewnem holu pełnego starożytnych zbroi i chorągwi. Drewno jest w większości posiekane i połamane, zbroje rozłupane, chorągwie spłonęły lub płoną. Przez wybite okna wpada zimny wiatr.
W ścianach holu znajduje się sześcioro drzwi; wszystkie są otwarte lub wyrwane z futryn z wyjątkiem północnych środkowych — wykonanych z brązu i likotu, pokrytych skomplikowanymi płaskorzeźbami. Nad nimi wisi poroże nienazwanego kakomorfa.
Przed drzwiami, z przyłożonymi do ramion keraunetami i w wyjących potępieńczo zbrojach, czuwa czworo Jeźdźców Ognia.
— Dwoje weszło i dotąd nie wróciło — rzecze ryter Ablazos. — On został tam w środku, na drugie drzwi zawaliliśmy północne krużganki, nie mógł umknąć.
— Zamknięte?
— Same się zamykają. Ukryte mekanizmy w murze. Kyrios?
— Tylko mnie przez przypadek nie ustrzelcie — rzuca strategos, wygładzając fałdy płaszcza. — Nie zdziwcie się, jak tamta dwójka na was wyskoczy: przez ten czas pewnie zdążyli go szczerze pokochać. Aurelia, otwórz.
— Pójdę z tobą, kyrios. Nie.
— Przyrzekłam. Nie wejdziesz sam.
Strategos przygląda się jej przez chwilę, to znaczy przez dwa uderzenia niewidocznej „Urkai”, gdy sypie się tynk i dygoczą mury.
— Zostaniesz przy drzwiach. Nie ruszysz się, choćby mi serce wyrywał. Daj słowo rytera.
— Kyrios…
— Daj słowo.
Aurelia zaciska szczęki, płomień strzela wokół jej głowy.
— Nie mogę. Nie dam. Nie. Strategos kiwa głową.
— Dobrze. Możesz wejść.
Aurelia odciąga młoteczek keraunetu, sprawdza pyros na kowadełku. Wuj Żarnik pozdrawia ją uniesieniem dłoni. Aurelia szepcze modlitwę do Pani. Staje w ogniu, pyr zapala się w jej żyłach.
Kopie w brązowe drzwi.
Wchodzą.
Trupy. Ściana zachodnia obwieszona jest dziesiątkami przeróżnych egzotycznych poroży, ściana wschodnia otwiera się galerią kryształowych okien na panoramę Moskwy, obie ściany długie na kilkadziesiąt pusów. Poroża w większości spadły, leżą w spiętrzonych stosach, przemieszane ze zwłokami mężczyzn i kobiet w drogich strojach. Trupy, trupy. Kryształ ozdobnych okien pokrywa mozaikową posadzkę po przeciwnej stronie sali, w krysztale brodzi wysoki czarnowło — kyrios, kyrios, kyrios — nie patrz na kratistosa!
Aurelia podrzuca do barku spiralną kolbę keraunetu i strzela Czarnoksiężnikowi w skroń. Natychmiast opuszcza i ładuje broń.
Hieronim Berbelek kręci głową. Idzie ku tamtemu. Zasłania jej cel.
Kilka zdań wypowiedzianych głosem kratistosa w nie znanym Aurelii języku — strategos odpowiada. Przez chwilę rozmawiają po moskiewsku. Aurelia wpatruje się w zamek keraunetu. Nie rozmawiaj z nim! Zabij go! Nie rozmawiaj z nim! To kratistos! Uderz w biegu! Bez zastanowienia! Nie rozmawiaj z nim! Aurelia wpatruje się w zamek keraunetu. Gdzie podziało się tamtych dwoje hyppyroi? Czy kazał im podciąć sobie gardła?