Выбрать главу

Nie zdając sobie z tego sprawy, cofnęła się tymczasem pod ścianę; poroża nad nią zajmują się ogniem. Nie unosi wzroku. Kroki, chrzęst miażdżonego kryształu, szelest materiału, spokojne głosy dwóch mężczyzn. Zaciska zęby, słucha przez jednostajny huk płomieni, przez huk rozpędzonej krwi.

Przeszli na grekę.

— …ale to były przecież twoje psy, ty je hodowałeś, twoja morfa.

— Tak. Nawet ostatnio zastanawiałem się nad tym. Kiedy brałeś z nią ślub — kratistos i śmiertelniczka — nie mogłeś nie wiedzieć.

— Ach, bo jednego nie rozumiesz: to jednak była miłość. Z jej strony — to oczywiste; ale także z mojej.

— Miranda Ajuda Karżanka.

— Dziś już tylko historycy.

— Dużo czytałem. Dramaty, pieśni, poezje — bajki dla ludu. W tych źródłach najstarszych — nie było żadnego zamachu.

— Ponad tysiąc lat, tak, ponad tysiąc lat temu. Z tym zamachem, mhm — a jak myślisz, hodowco psów?

— Nie było żadnego zamachu.

— Nie było zamachu, ale jest Wdowiec. Im mocniej ją kochałem, tym mniej pozostawało Mirandy w Mirandzie. Już nie mogła wytrzymać ani dnia z dala ode mnie. A ponieważ ona nie byłaby w stanie mnie zabić… Czy można nienawidzić tak pięknego szczura? Ale czy można kochać tak pięknego szczura? Jak ty to robisz, hodowco psów?

— Panna Wieczorna z pewnością byłaby w stanie mnie zabić.

— Ach, Szulima, ona. Tak. Masz szczęście. Ale twoja pierwsza

— To był wypadek. Psy.

— To zawsze są wypadki. Znasz jednak ten wściekły ból po jej śmierci, tę straszną nienawiść, rozpacz, która jest nienawiścią. Znasz, znasz.

— Nie nienawidzę ludzi.

— To szlachetniejsze, niż nimi pogardzać. Konieczny jest rygor i strach, i hierarchia silnej władzy, porządek uległości, w którym nigdy nie nastąpi pomieszanie słabych z silnymi, panów z niewolnikami, miłości z posłuszeństwem. Przecież wiesz.

— Jeden jest Czarnoksiężnik.

— Możesz nie wierzyć, ale ta morfa już na mnie czekała. W tej ziemi, w tych ludziach, w ich historii, językach, religiach — czekała na mnie, była gotowa, konieczna, celowa. Tutaj przez nią właśnie wiedzie droga do boskiej doskonałości. Wdowiec doprowadził do spełnienia potencję starszą od niego, poprawnie odczytał keros. Popatrz. Zimowa tęcza.

— To księżycowa łódź niszczy twoje bestiarium.

— Piękne. Przed wiekami nosiłem się z zamiarem poślubienia Pani, ale wyobraziłem sobie, kto by się mógł narodzić z takiego związku i pozostałem przy mojej władzy. Nie mam pojęcia, kto sprowadził na świat Skrzywienie, ale to nie byłem ja. Co mówią kratistosi jej byłych ziem na ten jej powrót?

— Nie wraca.

— Wraca, wraca. Słyszałem, że Nabuchodonozor ma namaścić twoją córkę, hodowco psów, wychowankę Lakatoi. Wraca. Popatrz. Znowu się wynu —

Ich oddechy, kryształ trzaskający pod obcasami, szelest nagłych poruszeń — Aurelia uniosła wzrok.

Hieronim Berbelek wyciąga sztylet o ostrzu jak płomień z piersi kratisto — człowieka, który był kratistosem. Wyciąga, spogląda nań z zastanowieniem i wbija ponownie — raz, dwa, trzy, cztery — krwawa plama rozpływa się na białej koszuli mężczyzny. Hieronim Berbelek tym razem opuszcza sztylet, odstępuje o krok. Lewą ręką machinalnie przesuwa po idealnie gładkim materiale swego płaszcza.

Maksym Rog cofa się niepewnie, szurając nogami w krysztale. Trafia ręką na przystawione do okna krzesło, siada — a właściwie pada w nie bezwładnie. Koszula jest już cała czerwona.

Hieronim Berbelek stoi nad nim ze sztyletem przy boku z krętego ostrza spadają karminowe krople, kap, kap, kap. Hieronim Berbelek stoi i czeka, wpatrzony w oddychającego powoli Roga.

Maksym obraca oczy na Aurelię.

— Zaschło mi w gardle — rzecze, wskazując stół obok. Aurelia odkłada keraunet, podchodzi do stołu, podaje Rogowi czarę z winem. Do końca życia będzie się zastanawiać, dlaczego to zrobiła.

Maksym ujmuje czarę, lecz już nie unosi jej do ust. Ręka opada na poręcz.

Uśmiecha się do esthlosa Berbeleka.

Aurelia dopiero po bardzo drugiej chwili pojmuje, że Rog już nie żyje.

— Kyrios… — zaczyna, lecz strategos nie reaguje.

Aurelia wraca po keraunet. Od poroży zajęły się ubrania zabitych, płonie cały stos trupów, słodka woń otępia umysł. Czuje się nagle bardzo zmęczona. Gaśnie na niej ogień, zwalnia zbroja.

Od drzwi ogląda się jeszcze za siebie. Zaczął padać śnieg i pierwsze białe płatki osiadają na twarzy, na ramieniu, na przekrwawionej koszuli Roga. Teraz, po śmierci — jakże drobne, chude, pokurczne zdaje się jego ciało, brudna Materia uwolniona z okowów Formy; w czarnych włosach kryły się liczne pasma siwizny, twarz pokrywało tysiąc zmarszczek, sine żyły przebijały spod skóry.

Aurelia wychodzi z Sali Porożnej. Zebrani hyppyroi Podnoszą się, spowalniają zbroje, obracają keraunety do salutu. W pierwszej chwili nie zrozumiała, dopóki nie podążyła za ich spojrzeniami. Hieronim Berbelek wyszedł cicho za nią, widzą okrwawiony sztylet w jego dłoni, w błyszczącej rękawicy ze skóry bazyliszka.

Aurelia postępuje za strategosem, gdy idą powoli przez zdemolowane, płonące sale Arsenału. Walki dogorywają, nie słychać też już uderzeń skorpioniego ogona „Urkai”, od których drżała ziemia. Ponieważ strategos się nie odzywa, hegemon Żarnik sam rozsyła poszczególne tryplety do kolejnych zadań.

Gdy dobiega ich krzyk z dziedzińca kremla, zatrzymują się, skręcają ku krużgankom Starego Pałacu Kniaziowego. Ledwo wybił kwadrans po dziesiątej, a nadciąga zmierzch. To już koniec, tak dopełnia się plan strategosa. Od północnego zachodu na chmurne niebo nasuwa się powoli czarny krąg Oronei, gigantyczny dysk powietrznego kraju Króla Burz. Patrzą jak zahipnotyzowani. Wydaje się, iż Oroneia przesuwa się bardzo powoli, lecz na ich oczach w ciemność zapadają kolejne dzielnice, fala mroku mknie po skutej lodem rzece. Oroneia nadal też obniża pułap, długie na kilka stadionów kurtyny wichrorostów prawie już dotykają szczytów zigguratów i minaterów. Minuta? Dwie? Kwadrans? Płatki śniegu wirują w powietrzu. Czy to już naprawdę zmierzch?

Na pogrążoną w szarym cieniu Moskwę spadają z nieba węglowe legiony Horroru, zastępy aniołów brązu. Biją dzwony, w tysiącach okien zapalają się światła. Nikt jeszcze nic nie wie, ale wszyscy czują. Na kościstych wieżach kremla powiewają chorągwie Ostroga. Maksym Rog nie żyje, nie ma już Czarnoksiężnika — pustka po jego Formie, przerażająca wolność ściska serca.

Pierwsze odzywają się moskiewskie psy: skowyt czarnej tęsknoty płynie przez zaśnieżone miasto. Pan Berbelek na moment podnosi wzrok znad czyszczonego sztyletu. Wycie narasta. Pan Berbelek poleruje chaldajskie ostrze. Raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa, trzy. Kto potrafi nazwać ów uśmiech drgający na wargach pana Berbeleka?

V

Χ

Kratistobójca

Mgła wirowała wokół powozu. Pan Berbelek nie wyglądał na zewnątrz, dojrzałby jeno cienie vodenburskiej architektury, umykające zresztą szybko w tył, cienie oraz światła: między płaszczyznami kamienia wybuchały co chwila strzępiaste aureole latarni pyrokijnych, samych we mgle również niewidocznych. Powóz był wysoki, masywny, ciągnęła go czwórka koni; z zatrzaśniętymi drzwiczkami i zaciągniętym dachem przypominał nieco starożytne karoce. Na bokach błyszczały emblematy NIB. Obok woźnicy w czarnej pelerynie siedział grafitowy horrorny; dwaj inni, z trójlufowymi herdonówkami w rękach, wisieli z tyłu powozu. Rozbijana mgła na powrót splatała się za nim w nici, pasma i wstęgi — już jednak znacznie bardziej uporządkowane, regularne i symetryczne, układające się podług wzoru ulic i placów nocnego Vodenburga, wzdłuż zimnych murów i wilgotnych bruków; i tak pozostawała na długie minuty.