Выбрать главу

Zazgrzytały żelazne wrota, powóz wjechał na dziedziniec pałacu. Światła z dziesiątek wysokich okien i zewnętrznych lamp pyrokijnych przebiły się w końcu przez fale mgły. Horrorni zeskoczyli na ziemię, od marmurowych schodów podbiegli służący w czarnoczerwonych liberiach. Gdy otworzono drzwiczki i przysunięto likotowe schodki, w mieście poniżej dzwony świątynne poczęły wybijać godzinę dziesiątą; dźwięk dochodził niski, stłumiony, przeżarty przez ciemną wilgoć. Kolejna vodenburska noc mgły i kamienia.

* * *

Pan Berbelek wykrzywił się ironicznie do swego odbicia w złotym zwierciadle, przełożył do lewej dłoni pyryktę, poprawił mankiety białej koszuli i czarnego kaftana, policzył w myśli do czterech, po czym wszedł do Sali Dziadów.

Neurgowie ukłonili się wraz, niczym objęci jedną morfą. Skinął im uprzejmie pyryktą. Żaden herold ni odźwierny go nie zapowiedział; pan Berbelek był już z tych, których nadejście ogłasza się jeno głuchym uderzeniem, nagłą ciszą, zaraźliwym szeptem. Znał ten szept, to była przecież jego korona, jego czarny anthos: „Kratistobójca, Kratistobójca, Kratistobójca”.

— Esthlos.

— Esthlos.

W Sali Dziadów, pod dziadów spojrzeniem z ciemnych konterfektów, odbyła się oficjalna kolacja, potem natomiast przeszli do bardziej kameralnego saloniku na drugim piętrze, już tylko oni dwaj: pan Berbelek i książę Neurg. Do kolacji zasiadło wokół stołu ponad dwadzieścioro aristokratów — i pan Berbelek bardzo szybko zorientował się, podług jakiego klucza zostali oni dobrani, chociaż bowiem ich mu wszystkich z imienia nie przedstawiono, ich morfa (te ognistoczerwone włosy!) była aż nadto oczywista: książę zaprosił na kolację z Kratistobójca swoich najbliższych krewnych. Pan Berbelek jadł obserwowany uważnie przez dwa tuziny Neurgów. Uśmiechali się, rozmawiali między sobą, wymieniali plotki i dowcipy, w istocie na niego spoglądając tylko przelotnie i ukradkiem. Lecz nie miał wątpliwości. Ci, którzy się do niego odzywali — a w toku konwersacji podczas posiłku chyba wszyscy zdążyli zamienić z nim kilka słów — zagadywali o sprawy banalne i bez znaczenia. Tak jednak właśnie bada się Formę: tam ona najczystsza, gdzie treści brak.

Pan Berbelek siedział na honorowym miejscu, po prawicy księcia zajmującego krzesło u szczytu stołu. Z kolei po swojej prawej ręce Kratistobójca miał książęcą wnuczkę, bladolicą Rumię Neurg. Przez te cztery i pół roku, jakie minęły od poprzedniej jego wizyty w pałacu vodenburskim, zdążyła wyrosnąć z płochego dziewczęcia na poważną, opanowaną kobietę. Jej wcale chyba nie znająca promieni słonecznych skóra, włosy jak gniewny płomień, jej ascetyczna suknia o zamykającym piersi gorsecie i czarne napalcówki — pozornie wszystko odróżniało ją od Alitei, w tę stronę jednak pobiegło pierwsze skojarzenie pana Berbeleka, ku córce. Zmiana powolna, zachodząca na naszych oczach, jest niedostrzegalna: my zmieniamy się wraz ze zmienianym. Dopiero gdy brak w pamięci obrazów pośrednich, ukazuje się prawdziwy kontrast. Przypomniał sobie tamtą Aliteę, która towarzyszyła mu podczas poprzedniej wizyty w pałacu Neurgów, jak zasnęła w dorożce i trzeba ją było przenosić do łóżka, śpiącą…

— O czym myślisz, esthlos?

— To chyba oznaka nadchodzącej starości, gdy przeszłość zaczyna zwyciężać nad teraźniejszością. — Potrząsnął głową.

Rumia zatrzymała nóż nad łososiem.

— Ja też pamiętam, tamtego roku zamarzł cały Rein, przed wyjazdem odwiedziłeś nas, esthlos, z córką i synem. Och, przepraszam.

— Abel, tak.

— Przepraszam, przepraszam, tak mi przykro.

Machnął ręką z chustą, otarł nią usta.

— Nie ma powodu, by było ci przykro. Zawsze zastanawiała mnie ta forma. Co właściwie kryje się za podobnymi wyrazami współczucia? Przecież nie współczucie, do niego zdolni są tylko najbliżsi, z którymi łączy nas podobieństwo Formy. Czy chodzi więc o pocieszenie żałobnika? Może o okazanie szacunku? Ale komu? Zmarłemu? Obcy człowiek przychodzi i mówi, jak mu przykro; podczas gdy wiem, że przykro mu nie jest. I to jeszcze w momentach takiego napięcia uczuć: po śmierci, podczas pogrzebów, całopaleń. Dziwię się, że nie dochodzi do bójek nad grobami. Właściwie — jak o tym pomyśleć — to pewnie akurat by się Ablowi spodobało, jako rodzaj pośmiertnego hołdu. Mhmmm.

Dotknęła jego dłoni.

— Po prostu chciałam przeprosić za przywołanie wspomnienia Abla.

— Dlaczego miałabyś za to przepraszać? Dlaczego miałbym unikać wspomnień o nim? Czy był zbrodniarzem, człowiekiem złym, małym i podłym?

Uśmiechnęła się wtedy lekko, przechylając głowę.

— Nie, esthlos. Miał wielkie marzenia. Opowiadał mi…

— O czym?

— Pomyślałam: taki syn, jaki ojciec.

— Raczej na odwrót — mruknął pod nosem pan Berbelek. Do saloniku na drugim piętrze nie docierała instalacja pyrokijna, służący wnieśli tam lampy olejne i świeczniki, w kominku już płonął ogień, trzaskały trawione przez żar drewna. Pan Berbelek i książę usiedli w fotelach zwróceni półprofilem do paleniska, od którego płynęły fale gorąca. Okna zasłonięto ciężkimi storami. Babiloński dywan tłumił kroki służby. Światło nie sięgało do przeciwnej ściany, tam, w kątach za aegipskimi amforami i zabytkowymi zbrojami frankońskimi, rosły mięsiste cienie. Doulos podał aristokratom fajki, zapalili. Mieszanka składała się z pażuby, hasziszu i tego nowego ziela syberyjskiego. Przez chwilę w milczeniu wydmuchiwali dym.

Zapomniany przez służbę pogrzebacz utkwił między szczapami w palenisku, rozgrzewając się powoli — książę sięgnął i cofnął rękę z sykiem. Pan Berbelek pochylił się, wyjął pogrzebacz bez pośpiechu, skóra dłoni nawet mu się nie zaczerwieniła.

— Ach. Tak. — Książę założył nogę na nogę. — Powiadają, że Księżycowa Wiedźma wlała ci Ogień w żyły, esthlos.

Pan Berbelek obrócił na kolanach pyryktę, martwe oczy fenixów w blasku żywego ognia zalśniły oślepiająco.

— Może jedynie stopiła w nich lód — zaśmiał się. — Ale nie, to nieprawda. Tam każdy oddycha pyrem, pyr płonie pod powiekami. To ich oczyszcza, w jakiś sposób wypala wszystko, co zbędne, nadmiarowe, niekonieczne, myśli uczucia i cechy przypadkowe, puryfikuje ciało i morfę. Czasami wydają się przez to naiwni jak dzieci, czasami jak dzieci okrutni.