— Powiadają, że masz tam dom. Mhm?
— Na Księżycu.
— Podarowała mi imopatrę… trochę ziemi. Kiedyś podczas pełni pokażę ci, esthlos, gdzie.
— Osiądziesz tam?
— Pytasz mnie o plany? — Pan Berbelek zaśmiał się ponownie. — Przecież wiesz, książę, nawet gazety piszą o Aetherycznej Flocie. Będzie wielka wojna z adynatosami.
— Będzie, nie będzie — mruknął Neurg. — I czy wie kto, kiedy? Za rok, za dwa, za dziesięć, za wiek. Sam wszak nam opowiadałeś, jak to nie sposób ugadać w czymkolwiek więcej niż dwóch kratistosów naraz. Któż przewidzi, kiedy zawieją sprzyjające wiatry polityczne? No i przede wszystkim: czyż nie poradzą sobie bez ciebie? Tylu kratistosów, sama Illea — a te plotki, jakobyś miał wejść wprost w arretesową Formę, no to przecie byłoby samobójstwo, gorzej niż samobójstwo, samozatracenie, i jeślibyś, esthlos
— Ale do czego właściwie usiłujesz mnie przekonać, miły książę?
Esthlos Neurg spojrzał dziwnie na Kratistobójcę, mrużąc oczy za seledynowym dymem.
— Znasz Hymn Upadających Gwidona Kordubczyka?
— „Spadając, widzę, jak niebo oddala się ode mnie…”
— Tak. „Nie ten posiada, kto rodzi, i nie ten posiada, kto niszczy. Posiada ten, kto może zniszczyć”.
— Ale to nie jest prawda. — Pan Berbelek przecedził dym między zębami. — Posiada ten, kto potrafi obronie przed zniszczeniem ze strony wszystkich innych.
Książę wzruszył ramionami.
— Tak czy owak, oni teraz wiedzą, że nie są bezpieczni, nie są bezpieczni, póki żyjesz.
— Och, zdaję sobie z tego sprawę. Dopiero co moi horrorni przechwycili kolejnego zamachowca.
— Boją się — masz zatem władzę. Nie jesteś kratistosem, możesz jednak stanąć naprzeciw nich jak równy.
— No, nie przesadzajmy
— Wysłuchaj mnie, esthlos. — Książę odłożył fajkę i pochylił się w fotelu ku panu Berbelekowi, w blasku roztańczonego ognia czerwone włosy zalśniły pyrowo. — Odkąd wypowiedzieliśmy lenno, staramy się utrzymać tę kruchą niezależność, balansując na linie między Potęgami; tak wiek za wiekiem. Po każdej zmianie równowagi musimy od nowa szukać sposobu na niepodległość. Niekiedy przychodzi zapłacić za to, na przykład przyjmując Formę Grzegorza Ponurego. Teraz próbujemy się zeń oczyścić, może uda się rzecz przyśpieszyć dzięki tym teknitesom kalokagatii. Celem bowiem ostatecznym jest wolność. Zapytasz, co to wolność. Swoboda wyboru Formy. Oczywiście, nie zrobimy aristokratów z niewolników — możemy jednak zwiększyć maksymalnie różnorodność pośród zwykłych ludzi.
— Jestem zdumiony, książę — rzekł Kratistobójca, nieco rozbawiony. — Mówisz prawie jak ci szaleńcy z sekty demokratów. Co rzekłaby na to twoja Iaxa?
Neurg potrząsnął głową.
— Jesteśmy pragmatykami, nie zamierzamy się buntować przeciwko naturalnemu porządkowi rzeczy. Rządy ludu to też byłby rodzaj rządów aristokratów, jeno bardziej brudny i mniej sprawny, bo wymagający jednego kłamstwa więcej. Z definicji przecie ten jest aristokratą, czyja Forma silniejsza, kto potrafi narzucić swoją wolę. Demokracja to sprzeczność sama w sobie: aby w ogóle rządzić, musi Powstać hierarchia, a skoro powstanie hierarchia, nie wszyscy będą już równi. Świat, życie, człowiek, wszystko istnieje dzięki ustanowieniu hierarchii; równość to ostateczna kakomorfia, w której nieuchronnie roztapia się każda Forma.
— Mówiłeś jednak o swobodzie jej wyboru.
— Jak rzekłem, jesteśmy pragmatykami. Księstwo Neurgów to niewielki kraj, na pewno najmniejsze suwerenne lenno w Europie: Vodenburg i kilkadziesiąt miasteczek, kilkaset wsi. Wiesz jednak, esthlos, jaki był nasz bilans obrotów handlowych za zeszły rok?
— Z gospodarczego punktu widzenia położenie macie świetne.
— Od odejścia Grzegorza Ponurego w jednym Vodenburgu powstało więcej wynalazków i wdrożono więcej nowych teknologii niż w Europie i Afryce razem wziętych. Ciągną do nas sofistesi z całego świata. Akademeia rozbudowuje się w niezwykłym tempie; daję na nią pieniądze, więc trzymam rękę na pulsie. Wiesz, że jako jedyna na świecie ona przynosi zyski? W zeszłym roku wprowadziliśmy system kredytowania kosztów nauki. Wykupujemy z umysłów tej młodzieży wynalazki jeszcze nie pomyślane. Kupcy sprowadzają towary przez Vodenburg nie ze względu na bezpieczny port, niskie cła, dobre drogi, dogodne położenie — chociaż to pomaga — ale ze względu na nasze faktury, podnoszące po przetworzeniu wartość materiałów i surowców dwu, trzy, czterokrotnie. Szkło to tylko najbardziej znany towar eksportowy. Zapytaj wspólnika, esthlosa Njute. Zresztą na pewno orientujesz się w interesach swego Domu Kupieckiego.
Książę wyprostował się w fotelu, ponownie założył nogę na nogę.
— A wiesz, esthlos, co jest źródłem tego sukcesu? Różnorodność. Przemieszanie Form. Nie bez przyczyny zwą Vodenburg Stolicą Włóczęgów. Kto zamknie się w jednej Formie, ten skazuje się na los szczęścia; natomiast spośród tysiąca Form któraś zawsze jest bliższa Celu. Oto cały sekret: otwarte na oścież wrota. Co zaś jest przeciwieństwem różnorodności? Dominacja jednej Formy. Unimorfizm.
— Jak rozumiem, nie zamierzacie przyjąć oferty kratistosa Eryka Helwety?
— Będziemy się bronić do ostatniej chwili — stwierdził esthlos Neurg, po czym uśmiechnął się szeroko do pana Berbeleka. — A co może dać lepszą gwarancję wolności niż oficjalny związek z Kratistobójcą?
Strategos postukał gorącym cybuchem o kostki dłoni.
— Taaak. Więc jednak. Rumia, prawda?
Książę skinął głową.
— Ona stanowi najlepszą kandydatkę. Oczywiście jeśli z jakiegoś powodu nie przypadnie ci do
— Nie, nie, skąd. Czuję się zaszczycony, naprawdę.
Zapadło milczenie. Książę nie uśmiechał się już. Złożywszy razem palce, przyglądał się zapatrzonemu w płomienie panu Berbelekowi.
— Jesteśmy gotowi na daleko idące koncesje polityczne — rzekł powoli. — Tytuł, powiedzmy, Hegemona Protektora. Jeśli nie chcesz w pałacu, mógłbyś zamieszkać w Ogrodach. Nawet prawo pierwowładztwa dla twojego i Rumii potomstwa, esthlos. O ile nie pójdziesz na tę aetherową wojnę, prawdopodobnie przeżyjesz nas wszystkich. Ostatecznie księstwo byłoby twoje.
— Musicie być naprawdę zdesperowani.
— Dyskutowaliśmy między sobą tę ofertę bardzo długo. Jeśli wybór ogranicza się do kratistosa i kratistobójcy…
— Najważniejsze jest zachowanie różnorodności. Tak.
Pan Berbelek odłożył fajkę, wstał, przeciągnął się. Machnął ryktą, świsnęła, pozostawiając w powietrzu czerwony Powidok. Przeszedł się po saloniku, do drzwi i z powrotem.
Książę Neurg pozostał przy kominku, obserwował strategosa spod rudych brwi.
— Oczywiście nie musisz odpowiadać natychmiast — rzekł. — Będziemy czekać do ostatniej chwili. Jeśli chcesz porozmawiać z Rumią
— Próbuję to sobie wyobrazić — mruczał pan Berbelek. — Rumia, Vodenburg, następne dzieci, tak przez dziesięciolecia, liczymy wpływy do skarbca i budujemy tu Alexandrię północy…
— Jeśli wszystko się szczęśliwie ułoży.
— Taaak.
Pan Berbelek zatrzymał się jeszcze przy drzwiach. Obracając w palcach pyryktę, opuścił wzrok i zapatrzył się na długą chwilę we wściekły żar fenixowych oczu.
Dopiero chrząknięcie księcia otrzeźwiło Kratistobójcę.
— Pomyślałem sobie — rzekł cicho, sięgając klamki — że podług boskiego planu powinieneś, książę, składać tę propozycję nie mnie, lecz Ablowi, mojemu synowi, Ablowi. Dziś widzę jasno, że to tak się powinno było ułożyć: on i Rumia; wróciłby z Afryki już innym człowiekiem, pasowaliby do siebie. Miałbyś proktektorat krwi Kratistobójcy. Tak to było im przeznaczone, taki był Cel, tak się powinno było ułożyć, powinien tu teraz stać obok mnie. Ale po drodze coś się rozdarło w osnowie Losu, przypadek, który zburzył konieczną przyszłość, drobnostka, która zaprzeczyła kismetowi… Czy jednak ja mogłem mu zabronić? Czy mogłem go osłonić od ryzyka, za niego wygrać życie? Rumia poślubiłaby wyłącznie aristokratę silnej Formy, silniejszej niż jej. Pozostaje więc bezradna mądrość… Tak to jest z ojcami i synami. Dobranoc, książę.