Выбрать главу
* * *

— Ajch, ajch, przepraszam, myślałem, że jesteś u siebie, nie chciałem cię obudzić, ci strażnicy narobili rabanu.

— Nie śpię, wstałem przed świtem. Właź, Kriston. Zresztą — ja jestem u siebie!

— Horrorni. Na dole i na schodach… Teraz tutaj mieszkasz?

— Ano.

Esthlos Njute zamknął za sobą drzwi i podszedł do szeroko otwartego okna.

— Zimno — mruknął. — Dopiero co przyjechałem z Burdigali, nie wiedziałem, że tak szybko wróciłeś do Vodenburga. W Burdigali leży już śnieg. Właściwie dlaczego się tu przeniosłeś? — Machnął ręką, ogarniając gestem apartament, jego nagie ściany i podłogę z czarnej prośniny.

Znajdowali się bowiem na piętrze starego bakhauzu, od roku nie wykorzystywanego przez NIB. Dom Kupiecki Njute, Ikita te Berbelek po zawarciu długoterminowych umów z kupcami księżycowymi i oroneiowymi wydzierżawił w całości Południowe Doki, zapewniając sobie wszystką przestrzeń magazynową, jakiej będzie kiedykolwiek w Vodenburgu potrzebował; w istocie obecnie zarabiał także na podnajmie tych bakhauzów. NIB posiadał wszakże również kilka bakhauzów w górnym porcie. Część z nich sprzedano, część oddano w najem, a ten tu budynek ryter Njute postanowił przerobić na prywatne hospicjum Domu. Nie była to wszakże sprawa priorytetowa i zakończono na razie tylko remont pomieszczeń frontowych, piętro zaś pozostawało zupełnie nieumeblowane. Pan Berbelek polecił przenieść tu rzeczy z kamienicy, nadal jednak pokoje nie sprawiały wrażenia przytulnego mieszkania. Nie pomagały też otwarte na oścież okna, przez które wpadał zimny wiatr znad zatoki; wiatr, skrzeki mew, zapach soli i smoły, pokrzykiwania marynarzy i robotników portowych. Kratistobójca siedział przy dosuniętym do ściany sekretarzyku, z prawym łokciem opartym na parapecie, i popijając qahwę, przeglądał jakieś pomięte papiery. Był w jednej z tych swoich białych afrykańskich szat, ryter jeruzalemski nie orientował się za dobrze w formach południowego odzienia.

Przysiadłszy na stołku obok, zajrzał panu Becbelekowi przez ramię.

— Po jakiemu to? Greka? Nie greka.

— Czy byłbyś tak uprzejmy… Dziękuję.

— Przepraszam. Słuchaj, jeśli masz chwilę czasu…

— Tak?

— Właściwie zamierzałem pisać do ciebie, i tak musielibyśmy pogadać. Gdzie trzymasz dokumenty Domu? Zostawiłeś w kamienicy?

Pan Berbelek westchnął, odstawił czarę.

— Chyba ją sprzedam. Próbowali się już dostać przez dach, chodzą między kominami, demolują mi pokrycie.

— Zabójcy?

— Ba, żeby to byli po prostu nasłani mordercy…!

Od powrotu do Vodenburga pan Berbelek żył tam w stanie ciągłego oblężenia. Z początku było to poniekąd zabawne — te dzieci pokrzykujące pod oknami, zostawiane przez szaleńców ofiary (wota, listy, fragmenty włosów i ciała, jakieś pokraczne figurynki), procesje dziennikarzy, sofistesów, zżeranych przez ambicję niskich aristokratów… Stary Porte prawie nie odchodził od drzwi. W końcu więc pan Berbelek wystawił przed kamienicą posterunek Horroru. Ale to tylko pogorszyło sprawę, równie dobrze mógłby wywiesić chorągiew Kratistobójcy. Gromadziły się grupki młodzieży, przechodnie zagadywali horrornych, sąsiedzi skarżyli się na natrętów. Na ulicy poniżej i powyżej rozłożyły się stragany cwanych vodenburskich kupców — handlarzy izmaelickich, żydowskich, cygańskich, induskich — na których sprzedawano fantastyczne memorabilia: ułamek ostrza sztyletu Kratistobójcy, jego płaszcz, rubiowe rękojeści Czwartego Miecza, fiolki z krwią Czarnoksiężnika, zabalsamowane fragmenty jego ciała, zmumifikowane mityczne siódme palce Siedmiopalcego (tuziny), skarby Labiryntu, portrety Księżycowej Wiedźmy; i ludzie to kupowali. W dni targowe wręcz nie sposób było przejechać tam dorożką czy Iconno. Pan Berbelek jakoś to znosił, chociaż stało się już dlań boleśnie oczywiste, że w końcu będzie się musiał przeprowadzić, ten dom to nie była siedziba stosowna dla Kratistobójcy, przerósł swą starą Formę. Dorośli ludzie nie chodzą w dziecinnych ubraniach, stare kobiety nie stroją się w dziewczęce szaty. Tylko głupiec zamyka oczy na morfę. Wszakże kroplą, która przelała czarę, okazał się najazd demokratów. Sekta uaktywniła się w Neurgii tego lata; nie od razu uderzyli do pana Berbeleka. Skoro już jednak powzięli zamiar, nie było ucieczki przed fanatykami. Stanowił dla nich ucieleśnienie ideałów kultu, drogę do spełnienia ich szalonych postulatów. Wszak pierwszym warunkiem demokracji jest pozbycie się kratistosów; zbudowaniu prawdziwych polis stoi na przeszkodzie aristokracja. Lepiej niż Kratistobójca znali cel Kratistobójcy. Dżurdża w imię demokracji! Wyrżnie wszystkich kratistosów, przepędzi królów, odtąd rządzić będzie Lud. Skradali się pod okna kamienicy, rzucali w nie kamykami, słali listy, manifesty, petycje błagalne, skrzynie książek autorstwa starożytnych i nowożytnych filozofów, jeden bełkot. Próbowali czepiać się jego powozu, zaskakiwali go na mieście, wślizgiwali się na przyjęcia, w których brał udział, jeden przecisnął się nawet kominem, pan Berbelek go zastrzelił, gdy wariat zwalił się w palenisko. Szaleńców jednak nie wystarczy konsekwentnie ignorować. Trzy noce temu młoda demokratka podpaliła się pod oknami jego kamienicy, długo wrzeszczała, płonąc, rozbudziła pół dzielnicy. Do jakiego stopnia było to żałosne: już na samym początku sprzeniewierzali się własnym ideałom, uznając nieskończoną wyższość Kratistobójcy. Zaiste, prawdę pisał Platon: nie wszystkie książki stanowią bezpieczną lekturę dla nieuformowanych umysłów.

Kristoff pokiwał głową, wysłuchawszy opowieści pana Berbeleka.

— Mówiłem ci przecież. Postaw sobie dwór za miastem, za mną jest jeszcze wolna parcela. Masz może wątpliwości, czy cię stać? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z wysokości swoich dochodów po ostatniej renegocjacji udziałów?

— Nająłem od Panatakisa księgowego, cwana szuja, sprawdza dla mnie wszystkie rozliczenia. Nie masz mi chyba za złe?

— Ha, sam bym ci tak doradził! To jak, budujesz się?

— Książę chce, żebym zamieszkał u niego w pałacu.

— Jeszcze lepiej! — Esthlos Njute aż się poderwał. — Czekaj, przyniosę papiery.

Wybiegł (przeciąg zatrzasnął za nim drzwi) i zaraz wrócił z grubą teczką pod pachą.

— Brrr, że też nie jest ci tu zimno!

Przysunął stołek do sekretarzyka, rozłożył dokumenty; ciężki krzyż kołysał się na łańcuchu nad równymi szeregami liczb. Pan Berbelek przyglądał się Herdończykowi w lekko zdumionym rozbawieniu.

— Popatrz — Kristoff wskazywał poślinionym paluchem kolejne rachunki — wszystko przeliczyliśmy. Herdon już się otwiera, a tak czy owak otwarty jest Pergamon, jeśli Siedmiopalcemu coś nie odbije, ale z Aliteą w Aegipcie i z twoimi Horrorami pod bokiem byłby samobójcą, więc Herdon i Pergamon, ale ty z łatwością mógłbyś przekonać Neurga, wiem, że mógłbyś, pomyśl tylko, Vodenburg jako jedyny w Europie, a mamy czterdzieści siedem procent udziałów w fakturze świń powietrznych Baltazara, a jeszcze z oroneigesem od Króla Burz, a to przecież też twój koleś, he, he, he, no to sam widzisz —