— Proszę, esthlos.
Anton odsunął stopą inkunabuł i postawił obok tacę z czarą parującej qahwy, butelką pażubówki, kubkiem i solniczką.
Pan Berbelek nalał sobie wódki, połknął jednym haustem.
— Esthlos…
— O co chodzi? — Kratistobójca warknął na Antona, zaskoczony, że ten jeszcze nie odszedł. Zmitygował się na widok panicznego odruchu służącego. — Tak, Anton?
— Jeśli miałbyś teraz chwilę czasu, esthlos…
— No mów, mów.
Anton rozglądnął się nerwowo na boki, jakby obawiając się podsłuchania przez doulosów lub horrornych.
— Chciałbym prosić cię o pozwolenie, esthlos…
— Tak?
— Chcę się ożenić.
Pan Berbelek zamarł w pół ruchu, z przechyloną butelką pażubówki i kubkiem w rękach, i wybuchł śmiechem.
Anton zmieszał się jeszcze bardziej. Pan Berbelek spostrzegł, że próbuje on teraz niepostrzeżenie umknąć z dachu, więc nalawszy alkohol i odstawiwszy butelkę, zamachał na służącego przyzywająco.
— No nie uciekaj mi teraz. Jeśli z kogoś się śmiałem, to chyba z siebie. Znam ją?
— To kuzynka jednej z panien domowych esthle Latek. Aegipcjanka, teraz korespondujemy ze sobą. I właśnie —
— Przeniósłbyś się do Alexandrii.
— Twój paląc tam, esthlos, stoi prawie pusty, przydałby się ktoś, kto by miał oko na niewolników.
— Nie zdradziłeś jej imienia. Anton opuścił wzrok.
— Mandisa, córka Heppusa i Izdihar, z Ablatep.
— Mandisa. Mandisa, czyli Słodka. Mhm. — Pan Berbelek obracał w ustach szczypiącą pażubówkę. — Wiesz, że Porte i Tereza zostaną tutaj.
— Tak, esthlos.
— To jest jeden z tych wyborów, które decydują o całym życiu; jeden z nielicznych, którego jesteśmy świadomi w momencie dokonywania. W tę lub w tę stronę — pan Berbelek wskazał ręką z kubkiem na lewo i prawo — ku takiemu Antonowi lub takiemu Antonowi.
— Tak. Wiem. Naprawdę wszystko przemyślałem.
— Masz moje pozwolenie, masz. Podaj mi datę ślubu, na pewno nie zapomnę o podarunkach. Nie obawiaj się, nie pojawię się osobiście.
— Ależ bylibyśmy zaszczyceni, esthlos! Tylko że…
— Wiem, wiem, pod aurą Nabuchodonozora Kratistobójca na weselu nie stanowiłby dobrej wróżby. — Pan Berbelek pociągnął dwa łyki zimnej pażubówki. — Chodź no tu. No chodź. Stań tutaj. Czekaj… O, teraz. Pochyl się, spójrz w ten okular. Powiedz mi, co widzisz.
Anton ostrożnie zbliżył oko do lunety.
— Nie wiem, esthlos, jakiś wzór… Nie wiem, co to jest.
— Ale co ci przypomina. No, dalej. Pierwsza myśl.
— Sieć. Do łapania ryb. Tylko że świeci.
— Sieć.
— Albo rozżarzone żelazo do piętnowania bydła i szaleńców.
— O.
— Przepraszam.
— Nie, dzięki. Nalać ci? Rozgrzejesz się. Masz.
— Kkkch! Uch. Mogę spytać… wróżysz z gwiazd, esthlos?
— Pewnie nie uwierzysz, jak ci rzeknę, że na tym polega uprawianie polityki.
— Esthlos…
— Taak. Więc powiedz mi, Anton, jaką przyszłość widzisz dla siebie u boku Słodkiej? Nie w gwiazdach, lecz w swoich marzeniach, w planach.
— No jak to, pobierzemy się, będziemy mieć dzieci…
— Pobierzecie się, będziecie mieć dzieci — i co?
— Co: co? Nie rozumiem, esthlos.
— I tyle? To wszystko? — Pan Berbelek uśmiechał się ironicznie. — W tym właśnie Anton, syn Porte, znajdzie spokój, szczęście i zadowolenie?
— Naprawdę, nie zastanawiałem się, esthlos. No oczywiście w dzieciństwie każdy marzy o jakichś niesamowitych przygodach, że zdobędzie sławę, bogactwa, władzę, Bóg wie, czego dokona. Ale przecież każdy też potem dorasta. To są bajki, a w życiu jest praca i wieczne zmęczenie i wszy w pościeli, za przeproszeniem, esthlos. A ja z tobą i tak zobaczyłem na własne oczy więcej niż połowa tych aristokratów. Esthlos. Dziecko nie rozróżnia: czy może zeskoczyć z takiej wysokości i nie zranić się, czy może rzucić się na behemota i nie zginąć, czy może zostać leonidasem, królem. Ale się uczy.
— Ba! Ludzie zostają leonidasami, królami, Anton.
— Wiem, esthlos. Ale to też się człowiek szybko uczy rozpoznawać: kto będzie królem, a kto nie. Jedynie naprawdę małe dzieci mylą doulosów z aristokratami.
— No, no, uważaj, sam mówisz jak sofistes — zaśmiał się pan Berbelek.
Anton odstawił kubek.
— To ta pażubówka… Pędzą ją w Skoliodoi, prawda? wykręca język i umysł.
— Nie przesadzajmy, nie w Skoliodoi… Zresztą w gruncie rzeczy wszystkie alkohole to owoce Skrzywienia, katalizatory towarzyskich kakomorfii…
Pan Berbelek wstał, rozejrzał się po dachu, przeskoczył nad rozłożonymi książkami. Obejrzał się na Antona.
— Pozbieraj to i znieś na dół.
— Esthlos.
— A jak już będziesz miał te dzieci i wnuki — uśmiechnął się pan Berbelek — nie zapomnij im opowiedzieć i o tym: Gdym popijał nocą wódkę z Kratistobójcą na dachu nad Vodenburgiem…
— Z czasem nauczą się odróżniać bajki od rzeczywistości — odparł Anton, nie patrząc na pana Berbeleka.
— Taak. — Forma już została złamana, chwila minęła, nie sposób dalej ciągnąć konwersacji w tym tonie.
Pan Berbelek zszedł na piętro bakhauzu. Zawieszone na nagich ścianach lampy olejne paliły się na ćwierć knota. Z półmroku przeszedł w ciemność, gdy zatrzasnął za sobą drzwi narożnego pokoju frontowego, tego, który przeznaczył na gabinet. Teraz już okna były zamknięte. Zawołał doulosów.
Zrzucił humijowy płaszcz i kamizelę, z zostawionej na parapecie okna misy z owocami wybrał zimowe jabłko, ugryzł; rękawem jedwabnej koszuli otarł brodę. Doulosi krzątali się za jego plecami. Patrzył na światła portu, na oznakowane lampami sygnalizacyjnymi okręty zacumowane w zatoce, Księżyc odbijający się na ciemnych falach. Stopniowo jednak w pokoju robiło się coraz jaśniej i nocny widok przesłaniało panu Berbelekowi jego własne odbicie. Kratistobójcą je jabłko.
Usiadł przy sekretarzyku. Z szuflady wyjął nową, czystą kartę luksusowego pergaminu. Umoczył pióro w atramencie.
OSTATNIA WOLA HIERONIMA BERBELEKA WŁASNĄ JEGO RĘKĄ SPISANA DWUDZIESTEGO PIERWSZEGO OCTOBRISA ROKU TYSIĄC STO DZIEWIĘĆDZIESIĄTEGO ÓSMEGO PO UPADKU RZYMU.
Nie ma co dramatyzować — pomyślał, przyglądając się, jak na ostrzu pióra tworzy się czarna kropla — ale skoro już podjąłem decyzję, nie mogę zamknąć oczu na jej konsekwencje. Bo to przecież prawda, że nawet jeśli mi się powiedzie, nawet jeśli zabiję kratistosa adynatosów i przeżyję — to najpewniej nie przeżyje pan Berbelek. Jak daleko udało nam się wejść w głąb Afrykańskiego Skoliodoi? Leonidasi i królowie, i kratistobójcy też muszą umieć odróżniać bajki od rzeczywistości.
A gdyby i coś ocalało — nie pan Berbelek — strzęp, odbicie, cień — to już raczej właśnie jak Anton poszuka małego spokoju i małego szczęścia, marzeń i uczuć powolnych, miękkich, delikatnych — jak płatek śniegu kojący rozpaloną skórę — płatek śniegu, Loilei, czy nie tak miała na imię — dotyk i miłość anielicy, to może będzie w stanie wytrzymać — on, ktokolwiek. Jeśli w ogóle coś ocaleje.
Czarna kropla spada na pergamin.
Wszystko będzie dobrze. Ale gdyby cos’ zaszło, tak rozporządził esthlos Hieronim Berbelek-z-Ostroga zwany Kratistobójcą:
Wykonawcą testamentu we wszystkim ma być esthlos Kristoff Njute. Jeśli chodzi o mój ziemski i księżycowy majątek, pieniądze, kosztowności, ruchomości i nieruchomości oraz udziały w przedsięwzięciach handlowych: mojej córce jedynej, esthle Alitei Monszebe pi. Latek, albowiem nie odziedziczy niczego więcej —