Выбрать главу

Nie dane mu było się dowiedzieć. Oto zjawili się Abel i Alitea, wróciwszy ze zwiedzania menażerii Aberrato K’Ire, i pan Berbelek podjął rytuał przedstawiania ich rodzinie Njute, Zajdarowi oraz Amitace — bardzo spokojnie, bardzo grzecznie: esthle Alitea Latek thygater Berbeleka, esthlos Abel Latek yjos Berbeleka.

Usiedli z przeciwnych stron, Abel przy Luizie i Pawle, Alitea przy Szulimie i Ihmecie.

Alitea okazała się w towarzystwie osobą niezwykle rozmowną, opisy stworzeń pięknych, dziwnych i potwornych z miejsca poczęły się z niej wylewać w świergotliwym słowotoku, w jakiś przedziwny sposób była zarazem zabawna i dystyngowana, dziecinna i dorosła ponad swe lata.

Pan Berbelek obserwował ją przez chwilę, zmieszany. Nigdy jej nie poznam. Czy to jest prawdziwa morfa Alitei-między-ludźmi? Są moimi dziećmi, ale ja nie jestem ich ojcem.

Nachylił się ku Kristoffowi.

— W przyszłości lepiej powstrzymuj się od takich wyskoków — wyszeptał. — Nie ułatwiasz mi roboty. Bruge może jeszcze zmienić zdanie. A póki ona mieszka we dworze naszego kochanego ministra… Pomyśl trochę, zanim rozewrzesz paszczę, dobra?

— Sama zaczęła, była ciekawa. Ja tylko odpowiadałem.

— Kristoff!

— No przecież wiem, żem cham i kretyn. Ale też ty powinieneś był mi przerwać. Myślisz, że się obraziła?

— Przekonamy się za tydzień, jak Bruge ogłosi taryfy celne.

Schrupawszy drugiego tulipana, Alitea zaczęła się rozwodzić nad kolejnymi okazami z cyrkowej menażerii, skrzydlatymi wężami i lodowymi ropuchami. Luiza stwierdziła głośno, że również musi złożyć tam wizytę, pójdą wszyscy po przedstawieniu. Alitea machinalnie poczęstowała ją kwiatem, jednym gestem wciągając obcą kobietę w formy konfidencji.

— …albo te kopraki ogniste — ciągnęła na bezdechu — albo to coś, co wyrastało z kamienia, roślina czy zwierzę, skąd oni w ogóle je biorą, sami morfują? Skąd biorą takich szalonych hodowców? To nie może być zdrowe dla nikogo.

— Żebyś widziała, esthle — mruknął Ihmet — co my czasem wyławiamy z morza. Ostatnio to już nawet trudno powiedzieć, spod jakiej formy się to bierze, z Południowego Herdonu może? Prądy okeanosowe niosą je przez dziesiątki tysięcy stadionów, szczątki głównie, rzadko żywe. Dawniej znaliśmy wszystkie gatunki, miejsca i czasy występowania, mam taki ręcznie opisany atlas z zeszłego wieku, w którym są ponazywane nawet poszczególne okazy krakenów i węży morskich: „Szczerbaty Buba, w dwudziestym drugim zmiażdżył «Succuba IV», odłamek masztu wbity pod lewą płetwą, nie wrzucać odpadków do wody”, i temu podobne, doprawdy urocze. A teraz? Niczego nie można być pewnym, wszystko się zmienia.

Pan Berbelek stłumił uśmiech, widząc z jaką nieskrywaną fascynacją Alitea i Abel słuchają melancholijnej gawędy nimroda. Bresla to mimo wszystko jest zatęchła prowincja Europy, czy tam kiedykolwiek zawitał circus podobny Aberrato K’lre? Z pewnością mocno odczuli opuszczenie ich przez Marię i nagły wyjazd — ale też bez wątpienia przeżywają teraz największą przygodę swego życia.

Tę fascynację łatwo wykorzystać, lecz stanowi ona również potężną siłę sama w sobie. Błogosławiona naiwność, promienna ciekawość — czyżby Abel miał jednak rację? czy ja po trochu już nie przesiąkam ich Formą…?

Po raz drugi uśmiech sięgnął jego twarzy i tym razem pan Berbelek go nie stłumił.

— Przecież nie tylko w morzach — mówiła esthle Amitace, nie zaprzestając rytmicznego wachlowania, lśniący błękit migotał nad jej piersiami niczym pojedyncze skrzydło rajskiego ptaka. — Dopiero co dostałam list od przyjaciółki z Alexandrii. Ludzie wracający z drugiego kręgu, zza Złotych Królestw, od jakiegoś już czasu przywozili dziwne wieści — o całych dżunglach zdeformowanych nie do poznania, o przetrzebionych stadach elefantów, gazeli, tapalop, giną tysiącami gdzieś w trakcie swych wędrówek po sawannach. Czasami karawana przywiezie truchło — ale żywego okazu nie sposób wwieźć do Alexandrii, trzymają się z dala od korony Nabuchodonozora. Dopiero na południu, za granicą jego Formy, między słabymi anthosami dzikich kratistosów — stamtąd przychodzi. I z serca dżungli. Hypatia posyła zwiadowców, całe ekspedycje z królewskimi sofistesami. Aristokracja urządza sobie nawet takie polowania, nowa moda od kilku sezonów… No i czytam, że w tym roku nawet kupcy się przyłączają, finansują własne ekspedycje. Pewnie zatrzymam się tam na parę miesięcy, potem zawitam do Iberii. — Tu spojrzała na Berbeleka. — Tak czy owak, trzeba opuścić Vodenburg, zanim nadejdzie lato i miasto naprawdę stanie się nie do wytrzymania.

— Ty polujesz, esthle? — spytał nimrod.

— Najpierw z towarzyskiego obowiązku, teraz dla przyjemności — zaśmiała się. — I wyłącznie na szlachetną zwierzynę. Ale w ostatecznym rozrachunku — czyż to nie sam myśliwy uszlachetnia każdą zwierzynę, okazując jej swój szacunek w rytuale pościgu i walki?

— Ligajon, Pierwsza rzeka — Abel rozpoznał cytat i pochwalił się wiedzą.

— Dawno już chciałem odwiedzić Alexandrię… — zaczął niepewnie Paweł. — Zaiste, iluż to poetów sławiło kalokagatię Nabuchodonozora? „Święte Ogrody Parethene, kto ujrzał je nocą, pod jasnym okiem Cyklopa z Pharos…”

— Och, zapraszam, zapraszam! — zatrzepotała pośpiesznie wachlarzem Szulima.

— Ty będziesz mi potrzebny tutaj — uciął Kristoff Njute. — Może w przyszłym roku.

— Może — wzruszył ramionami zięć rytera.

— Ależ naprawdę! — uniosła się esthle Amitace. — Będzie mi niezmiernie miło! Albo jeśli wy mielibyście ochotę… — skinęła na Aliteę. — Muszę wyznać, że większości osób, jakie tutaj poznałam, wolałabym nie mieć za towarzyszy podróży; ich towarzystwo podczas jednej i drugiej oficjalnej kolacji w zupełności mi wystarcza. W tym mieście jest coś takiego… Za to słońce Alexandrii! Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem zdecydowana.

Alitea i Abel wymienili spojrzenia, potem równocześnie przenieśli wzrok na Hieronima.

Pan Berbelek już się nie uśmiechał. Nie można poddawać się Formie bezrefleksyjnie, nie w tym przecież rzecz, by naprawdę powrócić do własnego dzieciństwa.

Zanim jednak otworzył usta —

— Zaczyna się! — Luiza wskazała arenę.

Aktorzy zeszli ze sceny już chwilę temu. Rozległ się werbel niewidocznych bębnów i w rytm tego werbla na deski wkroczył sam K’Ire, flankowany przez dwa czerwonookie sfinksy. Sfinksy ryknęły, bębny zamilkły, K’Ire wzniósł rękę ze złotym skeptronem — i już: nie musiał podnosić głosu, nie musiał nawet niczego mówić, wystarczyła sama jego obecność, poza, gest. Momentalnie ucichły rozmowy, publiczność zamarła, wpatrzona wyczekująco w wysokiego Gota. Bez słowa zwyciężył ich uwagę; ale też oni chcieli zostać zwyciężeni, za to zapłacili.

— Mógłbym prosić cię na słowo? — szepnął Pers, nachylając się ku Hieronimowi.

— Teraz? Co się stało?

— Zdaje się, że jest tu jeden z nimrodów Drugiej Grenadyjskiej. Znam go, chyba nie ma stałego kontraktu, dałby się skusić.

— Mhm, no dobrze.

Przepraszając siedzących, przeszli pośpiesznie pod boczną barierę widowni.

— Który to? — spytał pan Berbelek, rozglądając się po rzędach zapatrzonych na scenę twarzy. Klre zapowiadał pierwszy występ, rozpoczynało się widowisko.

— Skłamałem — rzekł Ihmet. — Nikogo nie widziałem. Jak długo znasz tę kobietę?

— Co? Kogo?

— Esthle Amitace, tak? Ją.

— O co ci chodzi?

— Najpierw mi powiedz. Jak długo?

— Tej zimy przyjechała do Vodenburga z Byzantionu. Do wuja. Nigdy nie widziana siostrzenica ministra. Przedstawiono nas sobie na jakimś przyjęciu u księcia, w Decembrisie czy Novembrisie.