Выбрать главу

Nigdy więcej nie ujrzała pana Berbeleka.

* * *

Nie mógł spać. To wycie, ten zawodzący jęk, ten szloch rozedrgany nad ciemnymi skałami Księżyca — za każdym razem budził Akera zaledwie po kilkunastu minutach. Zupełnie jakby adynatos tylko czekał, aż stary sofistes złoży się do snu, jakby wyczuwał moment jego zaśnięcia — i wówczas rezonans arretesowej pieśni od nowa uderzał w wieżę. Aker nie spał już od kilkuset godzin. Co za jego młodości nie stanowiłoby większego problemu, ale teraz, gdy brała w nim górę morfa pierwotna, zwierzęca, pamięć ciała z czasów Ziemi, kiedy to rytm życia wyznaczały były szybkie wschody i zachody Słońca — teraz niemożność zaśnięcia stawała się prawdziwą udręką. Tak jak od przesadnego wysiłku męczą się i odmawiają posłuszeństwa mięśnie, tak i pozbawiony odpoczynku umysł wyrywa się spod kontroli.

Aker człapał godzinami po wieży, w dół i w górę po schodach i pochylniach, i w kółko w zamkniętych salach, od okna do okna i dokoła wieży, i dokoła krateru Odwróconego Więzienia, dokoła Tortury, z furkoczącym aeromatem naciągniętym na twarz, coraz dalej i dalej, aż Chiratia musiała za nim biegać i przemocą sprowadzać go z powrotem.

— On nie daje mi spać, nie chce pozwolić mi zasnąć — powtarzał, a wizytujący sofistesi i hyppyresowi strażnicy Więzienia wymieniali porozumiewawcze spojrzenia.

Chiratia odnajdywała w tym źródło złośliwej satysfakcji.

— Więc teraz słyszysz? — ironizowała. — Teraz rozumiesz? Jak cierpi.

— To są odgłosy bitwy. Co?

— Wzięci w kleszcze pod aurami ludzkich kratistosów, walczą o przetrwanie.

— O czym ty mówisz?

— Czas i przestrzeń, one przecież także należą do Formy człowieka. Tak już postrzegamy świat: że cokolwiek istnieje, istnieje w przestrzeni i czasie: gdzieś, kiedyś.

— Więc ten uwięziony i ci ze Skoliodoi Ziemi, i ich flota aetheryczna — wszyscy adynatosi znajdują się tak naprawdę w jednym miejscu? To chcesz powiedzieć?

— Nie! Nie pojmujesz? „Miejsce” nie należy w ogóle do ich Formy, nie o wszystkich bytach można powiedzieć, że gdzieś się znajdują. Gdzie znajduje się wyobrażone przez ciebie miasto, wspominani przez ciebie zmarli, przedmioty, o których myślisz, śnisz? Ani nigdzie, ani wszędzie, ani tu, ani tam, ani w twojej głowie, ani na zewnątrz.

— Ale on tak jęczy od początku, przez lata całe, a bitwa, jeśli nawet się już zaczęła

— Czas — on także nie należy do ich Formy. Nie ma „początku”, nie ma „teraz” i „wtedy”.

— Więc wszyscy oni

— Czy w ogóle „oni”?

— Aker!

— Te pieśni męki… Został uderzony przez Kratistobójcę, kona, to znaczy — rozpada się jego Substancja. Zapewne dlatego w ogóle go widzimy, jakkolwiek go widzimy, dlatego tak połowiczną, słabą Formę posiadają Skoliodoi Ziemi, dlatego nie pochłonęli ziemskich sfer. Kratistobójca uderzył, człowiek zwycięża nieczłowiecze.

Aker Numizmatyk zaglądał z tarasu wieży do wnętrza krateru, obserwował wskazania obwodowych zegarów. Coraz łatwiej przychodziło mu zawierzyć szalonym hipotezom. Powiedzmy, że Kratistobójca istotnie wejdzie do serca Skrzywienia, do środka Arretesowej Floty, dotrze do kratistosa adynatosów. Powiedzmy, że go zabije. Jakie są szanse, że następnie esthlos Berbelek powróci w to samo miejsce i ten sam moment, z którego wyszedł, że w tę samą Formę przestrzeni i czasu się zapadnie? Że nie wyjdzie na przykład do świata adynatosów? Czyli, w istocie, nigdzie. Albo tutaj, do Odwróconego Więzienia? Albo gdziekolwiek, kiedykolwiek indziej?

Im dłużej o tym myślał, tym trudniej mu było zamykać się na straszną oczywistość. Przypomniał sobie, z jaką łatwością esthlos Berbelek wszedł i wyszedł z krateru, z morfy uwięzionego adynatosa, jak spłynęła ona po nim, prawie nie pozostawiając śladu. Przypomniał sobie opowieści hyppyroi, jak schwytali tego adynatosa, o jego pojawieniu się na Księżycu i marszu ku Labiryntowi. Przypomniał sobie samego pana Berbeleka.

W końcu więc sofistes sięgnął do kieszeni i wyjął starą, ciężką monetę. Obrócił ją w kościstych palcach. Na awersie — Pani; na rewersie — Labirynt. Ciekawość będzie najpewniej ostatnim, co utraci z morfy; prędzej przestanie być Akerem niż sofistesem. Próbował się jeszcze w ostatniej chwili przekonać do zawrócenia w swojską starość, ludzkie niedołęstwo. Lecz bardzo trudno mu przychodziło wynajdować przekonujące argumenty, ta morfa niewiele już miała mu do zaoferowania. Być może po prostu był niewyspany… Lepiej więc zdać się na wypróbowaną metodę. Rzucił monetę w powietrze. Nie bez wysiłku złapawszy złoty pieniądz, odsłonił jego lśniące lico. Labirynt.

Obejrzał się ku wieży — nikt nie patrzy, Chiratia zniknęła już chwilę temu. Czym prędzej uruchomił mekanizm pomostu, zatrzaskując na zębatych kołach wielkie perpetua mobilia. W zgrzycie przekładni, wielokrążków i łańcuchów jął on opadać ku nasypowi w kraterze. Aker naciągnął na twarz maskę aeromatu i ściskając w spoconej dłoni starożytną monetę, wstąpił na pochylnię. Nie czekał nawet, aż się ona zatrzyma.

To, co nie było chmurą pyłu ni mgłą, ni burzą piaskową, ni stadem anairesów, to Uwięzione, od którego nie mógł już odwrócić spojrzenia — czyżby wyczuło jego nadejście? — rozdęło się teraz, jakby zaczerpnąwszy głębszy oddech pyrowej atmosfery Księżyca, i poczęło się przesuwać ku żużlowemu kopcowi, po którego zboczu zsuwał się Aker Numizmatyk.

Pieśń adynatosa przybierała na sile i natężeniu.

— Idę, kyrios — sapał sofistes. — Już idę.

Sucha, spalona gleba Księżyca chrzęściła pod jego stopami. Od strony wieży usłyszał głosy — jeszcze nie krzyki, lecz ktoś zapewne właśnie wyszedł na taras, zaraz spostrzeże opuszczony pomost, spojrzy przez Torturę. Sofistes nie obejrzał się za siebie.

Ściana Substancji chaosu sunęła na niego coraz szybciej. Zamknął oczy, zatrzymał się, czekając w bezruchu. Nie chciał dać się zwieść efektownej kakomorfii, nazbyt wiernemu świadectwu ludzkich oczu — zresztą nie będzie już więcej musiał z nich korzystać. Oddychał powoli, w rytm obrotów aetherowych wiatraczków aeromatu; jeszcze działały. Zastanawiał się, czy w ogóle rozpozna ten moment, gdy pan Berbelek zamknie go w swych objęciach, powita arretesowym pocałunkiem. Czy poczuje. Jeśli bowiem ten, co odczuwa, i to, co jest odczuwane, ulega zmianie naprawdę jednoczesnej…

No już, myślał niecierpliwie, już się donokało, już się musiało donokać, nie szyszłę ich krzyczków, a i aeromat już nie szumni, zaraz, czy ja odchydam? Powietrza, pojecza, powlecza, poleczą — ajch, i nie bolą mnie nogi, nie boli mnie gwoła, zazar, moja gwoła, mszę doktnąć, alalale jak — zazar, zazar, bo zamopnę, ćciałem odchydnąć, ołaś nie ałeru, ałeru! Bym oklężnął, to ja, to mjon od Blebeleka, nie plwiem szecie w bezchydu — banie Belbeblele, banieblebleblebleblelblelebelelelbeleelele…! Obże, nidieję! Najwir odczuwla zbóje, i w lepiczyklu, w żażnej korbicie, jak się growija, mabóla, hyrjo, hyrjo, ładłbym naklana, rybym jał lana, szy ja młam jejejejeszcze, nieptle. Bon mnje wżynra, nikadię najdu, inuta inucie, szlę atoję w baniebelbelebelelelelelelelelelele — akker mnie mię! Akker mnie mię! Je zmopnieć! Alelelele mjon usz zmopinam, w żażnym pietle gadzi siężycowych, tak szlę kobluje. Szyjatowidzę, szyjatoszyszłę, szyjatoszuję, njem. Njem sztaku zabreźnych, turych natszy, obratszy, oj takszy napomli, obrażny na kwiastach, szałym kozmoziecie, szałym lisie: traz! Ikjuż mybylko chon, oblaz, objaz, obumarszy, nawsze mjon: banbelbebleblelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelele lelelelelelelelelelelelelelelelele eleleleeleleleleleeeleelelelllelelelelelelllelelelelelellelle leeeelellelelllelelellllleleeleelelelllllelelelelelellellelleee