Co by nie mówić, Vodenburg to jest jednak duże miasto kupieckie, pół Europy przewija się przez nie, każdego można tu spotkać. Pierwszego tygodnia poznałem więcej aristokratów niż przez całe moje życie w Bresli. Widziałem ludzi spod przeróżnych morf. (A właśnie, sprawdziłem: dzicy Herdończycy NAPRAWDĘ mają ogony — ile ty mi już jesteś winien?).
Kilkadziesiąt stadionów na północ od miasta stanął obozem Horror, trzy setnie. Spróbuję wymknąć się tam na dłuższą przejażdżkę, zanim opuścimy Vodenburg.
Pan Berbelek przeczytał je, odkleiwszy ostrożnie nad świecą szlakowe pieczęcie. Anton miał wysłać listy Abla i Alitei rankiem, razem z pocztą Hieronima. Pan Berbelek spostrzegł je leżące na tacy we frontowej bibliotece na parterze. Przystanął, podniósł, obrócił w palcach. Otworzyć, nie otworzyć? Jak zwykle, nie mógł spać, zszedł był więc w środku nocy nadrobić zaległą korespondencję. Przechodząc do gabinetu, zatrzymał wzrok na ornamentowej kaligrafii zdobiącej złożony na wierzchu list, to Alitea tak go zaadresowała zielonym atramentem. Otworzyć, nie otworzyć? Wiedział, że otworzy.
Zapalił w gabinecie lampy pirokijne i zasunął ściślej ciężkie zasłony — parter budynku był niski, okna wychodzące na ulicę sięgały prawie sufitu, lecz były niewielkie, a na noc zatrzaskiwano na nich od zewnątrz żelazne okiennice, którym wszelako zawsze zbywało na szczelności. Zamknął jeszcze drzwi, zapalił ostre kadzidło i usiadł przy sekretarzyku.
Listów było siedem — pięć Alitei, dwa Abla. Przeczytał wszystkie. Złapał się na tym, iż uśmiecha się i chichocze w trakcie lektury. Tak go zdumiało własne zachowanie, że zaczął je na głos komentować: — No, no, pocieszna z ciebie figura, Hieronimie Berbelek — co znowu objawiło mu się niepokojącą oznaką rozchwiania psychicznego.
Rozgrzał ponownie szlak i zapieczętował listy.
Pan Berbelek sam również utrzymywał listowny kontakt z krewnymi i znajomymi z Vistulii; co prawda niektórych listów wolałby nie otrzymywać, zapomnieć zupełnie o niektórych osobach. Orlanda pisała co miesiąc, długie, bełkotliwe epistoły, sygnały jej postępującego obłędu. Dopiero co też dostał — krótki, bo krótki, ale — jak zwykle treściwy list od swojej podwładnej z czasów wielkich wojen i wielkich tryumfów, Janny-z-Gniezna, hegemona w vistulskiej armii. Jej zgryźliwy dowcip zawsze potrafił poprawić mu humor.
No więc nie naszczali na twój grób. Żeby chociaż było wiadomo, czy zawarliśmy taki pokój, czy to po prostu zamrożony front. Ale nie, Kazimir i Tokacz, ten nowy marszałek polny, powtarzają tylko, żeby „utrzymać pozycje” i „nie prowokować dalszych incydentów”. W efekcie czternasty rok stoimy na linii Vistuli, patrząc jak Moskwa kolonizuje wschodnie księstwa, a Czarnoksiężnik zapuszcza korzenie w tej ziemi, w tych ludziach. Wczoraj dotarła plotka o dezercjach z garnizonu twierdzy Łużyca. Przez Łużycę przechodzi teraz większość handlu zbożem dunajskim. Jeśli taki tępy żołdak jak ja potrafi odczytać te drgnięcia anthosów, to dla Światowida musi to być porażająco oczywiste. Pięć, dziesięć lat — jak sądzisz? Na szczęście zapewne nie doczekam.
Ale co u ciebie? Złapałeś jakąś frankońską księżniczkę? Opowiadam ludziom, że żyjesz tam jak król. Dzięki za futro. Podpuszczam ich, że to od jakiegoś nordlińskiego kochanka, ale nikt nie jest chyba aż tak naiwny, by uwierzyć. Ostatni raz spoglądałam w lustro, kiedy wydłubywałam sobie oko po Rzeźni Legnickiej. Nie sądzę, aby siwe włosy dodały mi wiele uroku.
W lewym schowku sekretarzyka trzymał wiązankę dokumentów przesłanych przez Njute, na górze spoczywała długa epistoła spisana na papierze ryżowym od ich wspólnika z drugiego końca świata, Yijo Ikity, z dołączoną do czwartej strony notatką Kristoffa: Jedźżesz do tej cholernej Alexandrii!
List księcia zaibatsu pochodził sprzed półtora miesiąca, to znaczy wtedy dotarł do Vodenburga, napisany został bowiem jeszcze parę tygodni wcześniej. Kristoff uznał za stosowne pokazać go teraz Hieronimowi jako kolejny argument w ciągnącej się od kilkunastu dni — od spotkania na błoniach — kampanii perswazyjnej między Njute i Berbelekiem. Ryter nakłaniał go do podróży do Alexandrii — od której pan Berbelek wykręcał się zdawkowymi, niezobowiązującymi odpowiedziami.
— A masz coś lepszego do roboty? — drążył Kristoff. — Co? Jakieś plany, o których nic nie wiem, jakaś nowa kariera, nowy kształt życia, cokolwiek?
Nie miał nic.
Kristoff zapalił się był do tego pomysłu, ponieważ zapalał się do każdego, niemniej konieczność wizyty w Alexandrii pojawiła się w ich rozmowach już nieraz. Hieronim przypominał, jak chętny do wyjazdu jest Paweł — ale obaj wiedzieli, że młody zięć rytera nie wchodzi tu w grę, Njute zbywał ten pomysł szybkim machnięciem ręki. Przekonywał od nowa.
— Po pierwsze: prędzej czy później musimy się dogadać z Afrykańską, podpisać umowy. — (Kompania Afrykańska miała swą siedzibę w Alexandrii). — Po drugie: gdyby udało nam się pozbyć pośredników w dostawach południowych przypraw, zaczęlibyśmy na serio zarabiać na cargo powrotnym. Po trzecie: zamówienia Hypatii. Po czwarte: nie mówię, żebyś się z nią od razu żenił, ale, sam wiesz, gorące noce w Złotej Aurze u boku siostrzenicy ministra handlu… to wielki kapitał. Po piąte: sam przeczytaj, co pisze Yijo. Musimy trzymać rękę na pulsie. Co to w końcu jest trzy, cztery miesiące? Kriste, zapłacę za wszystko z własnej kieszeni!
Ikitasan pisał w klasycznej grece, pod jego piórem bynajmniej nie ożywającej wielkim uczuciem i emfazą. Sam pan Berbelek nigdy go nie spotkał. Natomiast do spotkania Yijo z Kristoffem doszło za Okeanosem Zachodnim przed z górą dwudziestu laty.
Z nippońskich kolonii w zachodnim Herdonie wyruszyła wtedy — sponsorowana po części przez samego cesarza Aiko — ekspedycja mająca na celu zbadanie geografii i kerografii Gardła Euzumena, tego najwęższego połączenia lądowego między Północnym i Południowym Herdonem. Powstał bowiem plan wymorfowania tam kanału międzyokeanosowego na wzór Kanału Alexandra, łączącego Morze Śródziemne z Morzem Erytrejskim; pan Berbelek pamiętał, że pisały o tym „poderżnięciu Gardła” wszystkie europejskie gazety. W ekspedycji, z ramienia jednego z zainteresowanych w inwestycji zaibatsu, brał udział także młody Yijo Ikita.
Przedsięwzięcie się nie powiodło, wyprawa weszła bowiem wprost w oszalałą Formę jednego z tubylczych kratistosów, uciekających na południe pod naciskiem rozwijającego się niczym zimny, żelazny kwiat anthosu Anaxegirosa. Musieli wracać czym prędzej na ziemie gładkiego kerosu, zanim by na dobre się zapomnieli. Najbliżej mieli do HerdonAragonii. Najbardziej chorych zabrał na pokład statek dowodzony przez ojca Kristoffa Njute. Kristoff był tam drugim oficerem. Doglądał Yijo, cierpiącego na zakażenie krwi oraz deformację kości. Wtedy się zaprzyjaźnili, zmieszały się ich morfy. Gdy kilka lat później Kristoff zakładał Dom Kupiecki Njute, Ikita sfinansował przedsięwzięcie bez wahania; i nie stracił na tym. Jako aktywny wspólnik, nadal dzielił się z Kristoffem poufnymi informacjami zdobywanymi przez niezliczonych szpiegów zaibatsu Ikita, ósmej potęgi Boskiego Cesarstwa.
Płynie tam rzeka, po jej przebyciu człowiek przestaje być człowiekiem”, tak mówią, takie opowieści nam powtarzano. Plotki o pojawieniu się nowych kratistosów krążą każdej wiosny, jakby wykluwali się oni z zawirowań kerosu wraz z dorocznym odrodzeniem przyrody. Zignorowaliśmy je, jak setki podobnych wcześniej. Potem jednak poczęły docierać informacje o rosnącym zainteresowaniu owymi ziemiami ze strony rozmaitych potęg europejskich i azjatyckich, szli tam w niejasnych celach wysłannicy królów i kratistosów, wracali, nie wracali, szli następni. W tej chwili nie jest nawet ważne, co naprawdę stanowi źródło i przyczynę owych plotek; teraz już samo zainteresowanie konkurencji warte jest zbadania. W ten sposób z przypadkowego zbiegu pożądań rodzi się życie, coś powstaje z niczego.