Выбрать главу

Przypadkowy zbieg pożądań. Pan Berbelek rozważał drogi losu. Złożywszy list Ikity, zapalił tytońca, dym pomoże. Droga pierwsza: pojadę do Alexandrii. Czy Szulima istotnie jest szczurem Czarnoksiężnika? Tam, w anthosie Nabuchodonozora, przynajmniej będę miał większe szanse. A jeśli nie jest? Tym lepiej. Droga druga: nie pojadę do Alexandrii. Czy Szulima istotnie jest szczurem Czarnoksiężnika? Byle więc dalej ode mnie, nie będę się jej pchał przed oczy, szerokiej drogi; sam też potem opuszczę Vodenburg, nie pojadę do Iberii, skryję się gdzie indziej. A jeśli nie jest? Ku czemu prowadzi mnie moje pożądanie?

Niechże spojrzę na siebie oczyma Abla: co zrobiłby na moim miejscu Hieronim Berbelek? Uciekłby? Skryłby się i modlił w drżeniu, by niebezpieczeństwo odeszło? Czy też prawdziwy Hieronim Berbelek stanąłby mu naprzeciw z podniesioną głową?

Najwyższy czas, bym zaczął go udawać.

Przesunął popielniczkę. Wciśnięte za nią, w róg sekretarzyka, leżało zaproszenie na kolację do księcia, skreślone na oficjalnym dworskim pergaminie. Esthle Amitace z pewnością tam będzie. Sprawdził datę — dzisiaj. Pan Berbelek pójdzie.

* * *

W tym samym momencie, w którym się zakochał, Abel Latek serdecznie znienawidził obiekt swego afektu.

Na imię miała Rumia, była wnuczką księcia Neurgii. Ujrzał ją i oblał się rumieńcem. Ujrzał ją i zrozumiał, że nie był godzien podnieść na nią oczu. Urodził się i umrze jej niewolnikiem. Klęka, ponieważ nie mógłby nie uklęknąć.

Kolację podano w Sali Dziadów. Tu, w vodenburskim pałacu, gdzie Grzegorz Ponury żył przez stulecia, jego Forma odbiła się najgłębiej i najtrudniej się jej sprzeciwić. Nikt się nie uśmiechał. Rozmowy cichły już w zewnętrznym holu. Alitea mruknęła coś jeszcze niepewnie kilka razy, potem i ona tylko wodziła dokoła przygnębionym spojrzeniem. Instalacja pirokijna przeszywała pałac gęstą siecią metalowych żył, otaczały ich zewsząd konstelacje jasnych świateł — a jednak przeważało wrażenie ciemności, wilgotnego mroku, oślizgłej czerni, spływającej w dół po schodach, ścianach, boazeriach, starożytnym kamieniu, po dywanach, kobiercach, gobelinach, srebrze i złocie. Płomienie nie drżały z żaru, drżały z zimna; dreszcze przechodziły gościom po skórze. W Sali Protokołu huczał w wysokim kominku wielki ogień, jego blask nie sięgał jednak dalej niż na kilka kroków od paleniska, a przynajmniej tak się zdawało Ablowi. Ojciec ich ostrzegł i ubrali się ciepło. Obowiązywała powściągliwa elegancja, herdońska prostota. Kolację wydawano na cześć nowo ustanowionego ambasadora Kolonii. Pan Berbelek otrzymywał regularnie zaproszenia na podobne przyjęcia, ponieważ był jedynym mieszkańcem Vodenburga — poza jego władcami i kilkoma mistrzami z lokalnej akademei — o którym książęcy goście mieli szansę wcześniej usłyszeć; ponadto należał do aristokracji i nie sprawiał kłopotów, rzadko wyrażając własne zdanie i z zasady przytakując wyżej urodzonym interlokutorom. Był cudownie przewidywalny, marzenie każdego mistrza protokołu: człowiek w całości definiowany przez cudze Formy. W mig wyczuwał wszelkie zaburzenia dworskiej etykiety. Drzwi dopiero zaczynały się uchylać — on już obracał się ku nim, kolana się gięły, chyliła głowa. Nie chodziło nawet o to, że klękał pierwszy — ale że klękał dokładnie wtedy, gdy należało uklęknąć. Abel się spóźnił, stał jeszcze, gdy wchodzili: książę, księżna, dwie córki, wnuk i wnuczka. Na moment pochwycił jej wzrok. Rumia, wiedział, że ma na imię Rumia. Uśmiechnęła się do niego kącikiem ust, ni to pytająco, ni zachęcająco. Padł na kolana. Zaciśnięte pięści wparły się w zimną posadzkę, krew dudniła w uszach. Co za upokorzenie!

Kolację podano w Sali Dziadów, pod czujnym wzrokiem antenatów księcia, którzy spoglądali na jedzących spod sufitu, z galerii portretów sporządzonych przez największych demiurgosów pędzla i płótna. Abel zerkał na obrazy podejrzliwie. Ci bogato odziani mężczyźni i kobiety, o pięknych, surowych twarzach, zdawali się wychylać z ram, obracając oczy właśnie ku niemu. Policzył portrety: siedemdziesiąt dwa. Jak głęboko w przeszłość sięga historia rodu Neurga? Ile generacji aristokratów stoi w cieniu za bladolicą Rumią?

Wystarczyło posłuchać ambasadora Kolonii, esthlosa Karola Reucka, jak peroruje nad indykiem w sosie grzybowym:

— Do tego stopnia zdziczali, że, mhmmm, zatracili nawet jakiekolwiek poczucie hierarchii, nie istnieją struktury społeczne, tylko, mhmmm, jedna wielka horda, w której głos każdego wart jest tyle samo i decydują wszyscy pospołu, jeden, jeden i jeden, masa amorficzna. Ani królów, ani niewolników, nie ma dołu, nie ma góry; mhmmm, zapomnieli wszystko.

— Zapomnieli? — odezwał się Abel z drugiego końca stołu, i zaraz pożałował, że otworzył usta, bo chociaż dzięki temu Rumia spojrzała na niego, to spojrzeli nań także wszyscy inni, i nagle musiał walczyć z całych sił, by pod ciężarem ich vodenbursko zimnego wzroku wypowiedzieć choć słowo więcej. — Zapomnieli, czy też nigdy im nie była ta Forma dana? Może Anaxegiros istotnie jest tam pierwszy.

— A ty, mhmmm, młodzieńcze, nigdy nie słyszałeś o „dzikich kratistosach” w Herdonie, ale i w Afryce, w Ziemi Gaudata na Antypodach? Porządek leży w naturze świata. To, mhmmm, chaos i pomieszanie do równej, jednolitej masy jest mu przeciwne i w istocie chore. Tylko w dziczach najgłębszych, za Megorosami, w lasach nocy, pod piekielnymi drzewami, pod, mhmmm, wyśmienite, wyśmienite, tylko tam człowiek potrafi się do tego stopnia zdegenerować.

— A skoro tak bez reszty zapomni swojej Formy — odezwała się księżna — to przecież tym samym przestaje być człowiekiem, prawda, Iaxo?

Iaxa, nadworny sofistes, zanim odpowiedziała, otarła chusteczką wąskie wargi i ułożyła sztućce symetrycznie po obu stronach talerza.

— Ten porządek jest powszechny — powiedziała, spoglądając na Abla — i tak samo dotyczy ludzi, jak zwierząt i roślin; wszystkiego, co żywe i co chce żyć. Weź za przykład dowolne dwa psy. W jakichkolwiek okolicznościach by się nie spotkały, zaczną się obszczekiwać i tarmosić, dopóki jeden nie podda się drugiemu, nie uzna jego wyższości i swojej podległości. A czy ludzie powstali ze zwierząt od razu jako królowie i kratistosi, słudzy i niewolnicy? Nie. Lecz za każdym razem, gdy spotyka się dwoje nieznajomych dochodzi do starcia ich woli, próby podporządkowania w mniej lub bardziej subtelnej formie. Teraz, gdy żyjemy w cywilizacji, nie zawsze jest to widoczne na pierwszy rzut oka. Na początku jednak, w dziczy, zmagania były brutalne, niczym nie ograniczone. Ukorz się lub zginiesz! Ile jesteś w stanie zaryzykować dla swej wolności, niepodległości Formy? Bo w końcu zawsze zagrać trzeba o stawkę najwyższą. Wolisz śmierć czy życie pod cudzą wolą? I jedni się uginali, wyżej ceniąc spokojny, bezpieczny żywot, i z tych wywodzą się niewolnicy, chłopi, lud posłuszny; ale inni, tych jest mniej, nie mogą znieść żadnego upokorzenia, prędzej się złamią, niż ugną, ich Forma jest zbyt twarda — i z nich wywodzi się aristokracja.

— Wiem, wiem, ale… — zająknął się Abel.

— Ale. — Cmoknęła esthle Amitace. — Ale my, z wysokiej krwi, możemy się między sobą przyznać do naszych prawdziwych lęków. Esthlos Latek ma rację, podważając tezę esthlosa Reucka. Skoro bowiem ci starożytni Herdończycy żyli kiedyś w zdrowych strukturach, skoro mieli cywilizację, a teraz — nawet wodza hordy nie potrafią wskazać… to nie jest pewna i nasza przyszłość. Żadna Forma nie jest dana raz na zawsze. Ci, którzy rodzą się już na górze i nie muszą walczyć o swoje tu miejsce, im najtrudniej zaryzykować wszystko, gdy powstanie ktoś, kto nie ugnie karku i rzuci wyzwanie; i on nie będzie miał nic do stracenia, a oni — wszystkie bogactwa świata. Łatwiej, bezpieczniej, prościej oddać mu odrobinę tych bogactw. I następną. I następną. Wspomnijcie, jaki był los rodu Alexandra.