Выбрать главу

— Który stanowi ostrzeżenie dla nas wszystkich — mruknął książę, rzucając Rumii ostre spojrzenie; Abel dostrzegł je i z trudem stłumił uśmiech, pochylając się nad talerzem.

— Mhmmm, więc właśnie, mhmmm, to ich spotkało, mhmmm, zdziczenie, zdziczenie.

— Ach, mój drogi ambasadorze — esthle Amitace sięgnęła ku niemu ponad stołem, musnęła palcami przedramię — my wiemy, że to prawda. Tym bardziej należy publicznie jej zaprzeczać. Po co zachęcać ambitnych marzycieli? Jak mówi esthlos Latek: „ta Forma nigdy nie była im dana”.

— Zaiste, odyseuszowy umysł — skwitował książę, unosząc kielich w toaście dla Szulimy.

Po kolacji, gdy wszyscy rozeszli się po kątach wielkiej sali, by prowadzić w cieniu szeptane rozmowy (książę z ambasadorem pożegnali się pierwsi), Alitea szybko zniknęła gdzieś wraz Iaxą, a ojciec oddalił się wkrótce potem, ująwszy pod ramię esthle Amitace — i Abel został sam. Nie wiedział, co ze sobą począć. Lokaje i strażnicy w czarnoczerwonych strojach stali, posągowo nieruchomi, pod ścianami i przy drzwiach, niby na nikogo nie patrząc, ale czuł na sobie także ich wzrok, równie nieprzyjazny, co owych uwiecznionych na portretach przodków Rumii. Odsuwając się byle dalej od nich, zatrzymał się w końcu przy oknach wychodzących na frontowy dziedziniec pałacu. Ciemność spowijała miasto, ciemność gęsto inkrustowana światłami tysięcy okien i latarni. Kiedyś pałac książęcy stał daleko poza granicami przedmieść Vodenburga, lecz przez stulecia miasto podpełzło także pod Wzgórza Neurga i otoczyło ze wszystkich stron książęcą parcelę: sam pałac, labirynt budynków gospodarczych, stajnie i powozownie, słynne Ogrody. Nie widział ich stąd, nie widział, gdy zajeżdżali przed główne wejście. Czy istotnie ciężki jak nagrobny kamień anthos Grzegorza Czarnego zmorfował tam ziemię, stal, rośliny i zwierzęta w jednego wielkiego, pół żywego, pół martwego architektonicznego potwora? Przycisnął policzek do szyby, lecz widok przesłaniało zachodnie skrzydło pałacu.

Dopiero gdy poczuł jej zapach i oddech, spostrzegł jej obecność. Odskoczył. Przyglądała mu się, przekrzywiwszy głowę, z rękoma założonymi pod piersiami, w całości ukrytymi pod zasznurowanym gorsetem ciemnogranatowej sukni Włosy, znak Neurga, tak samo ogniście czerwone jak u brata, matki, ciotki, babki i dziadka, otaczały jej twarz płomienną aurą, prawie widział rozchodzące się od niej fale deformacji kerosu. To rozpieszczona dziewczyna, pomyślał, nie może być wiele starsza ode mnie, na Jowisza, przecież jestem szlachetnej krwi, dlaczegóż miałbym, nie, nie pokłonię się, nie schylę głowy, nie będę się wygłupiał. Uśmiech, dwuznaczne słowa, jasne spojrzenie — oto jest droga.

Powoli wyciągnęła do niego rękę.

Padł na kolana. Nie patrząc, sięgnął trzęsącą się dłonią, z zamkniętymi oczyma ucałował wypielęgnowane palce. Serce biło mu zbyt szybko, by zliczyć uderzenia, nie potrafiłby zliczyć do trzech, czerwony, spocony, oddychający przez usta.

Rumia podeszła pół kroku bliżej. Wgniatała go w posadzkę. Woń kwiatowych pachnideł zamykała mu nozdrza. Za chwilę straci przytomność. Omal zaszlochał z rozpaczy. Pragnął skręcić jej kark, pragnął wyssać oddech spomiędzy jej warg, jasność z oczu, ach, jeszcze spojrzeć w nie, niechby na wieczność w tych oczach.

Czy ona coś mówiła? Nie słyszał przez rzężenie własnego oddechu.

Zadrżał, gdy złożyła dłoń na jego głowie. Głaskała go po włosach. Nachyliła się nad nim, poczuł to, choć nie patrzył.

— Wstań.

Musiał wstać, wstanie, nie zbłaźni się przed nią, ona chce, żeby wstał. Wstał.

— Czy teraz już wiesz, jaki jest porządek świata?

Skinął głową.

Niespodziewanie zachichotała, trzepnęła go piąstką w ramię; prawie fizycznie poczuł zmianę Formy — wypuścił z płuc powietrze, cofnął się o krok, uniósł powieki.

Uśmiechała się filuternie, rozpieszczona dziewczyna, nie starsza od niego.

— Chcesz zobaczyć Ogrody?

W odpowiedzi wyszczerzył się cwaniacko.

Pan Berbelek dostrzegł ich wychodzących bocznymi drzwiami, jego syn i wnuczka księcia, i wskazał wzrokiem Szulimie. Pokiwała głową.

— Jak ćmy do ognia.

Rozmawiali właśnie o polityce, postarał się był skierować dialog ku sojuszowi Jana Czarnobrodego z Siedmiopalcym, Czarnoksiężnik musiał w nim wypłynąć prędzej czy później. Gdy już się to stało, na krótką chwilę zaskoczyła go nieskrywanym jadem w swych słowach; zaraz jednak przedłożył nad owo wrażenie zimną myśclass="underline" tak właśnie powinna się maskować.

— Koźli syn — przeklinała — pomiot Szeolu! Pomyśl, jak mogłaby wyglądać Europa, gdyby nie ten cuchnący wrzód. Nie mogę pojąć, czemu to przeciw niemu się nie zjednoczą, czemu jego wreszcie nie wygnają! Ale nie, zawsze tylko te gierki, jednodniowe przymierza, papier, papier i papier, oczywiście żaden nie spotka się twarzą w twarz, nie uściśnie dłoni, nie posmakuje szczerości drugiego. Kratistosi — to zrozumiałe, nigdy nie mogą się spotkać; ale królowie, wysocy aristokraci, władcy Materii? Mają siłę, mogliby to zrobić. Ale nie, naśladują, idioci, kratistosów, wszystko po staremu: przez pośredników i pośredników pośredników — i potem wszyscy się dziwią, czemu Czarnoksiężnik znowu zwycięża, następnego pochwycił w swą sieć.

Król-kratistos Siedmiopalcy, władca Babilonu i krain przyległych, pozostawał bodaj jedynym naprawdę szczerym sprzymierzeńcem Czarnoksiężnika — w odróżnieniu od niezliczonych zastępów tych, którzy składali Czarnoksiężnikowi hołd, ponieważ nie mogli go nie złożyć. Siedmiopalcy stał przy nim jeszcze w czasie Wojen Kratistosów, złączył z jego Formą swoją podczas wygnania kratisty Illei. Sojusz Siedmiopalcego z Janem Czarnobrodym oznaczał zaciśnięcie politycznego imadła między Azją Mniejszą i Macedonią, w istocie na dobre odcinał od wszelkiego bezpośredniego wsparcia ze wschodu niepodległe kraje zachodniej Europy.

— Twarzą w twarz… — mruknął pan Berbelek. — Wtedy ulegaliby mu jeszcze szybciej.

— Och, przepraszam, że otworzyłam tę ranę, esthlos — rzekła, ścisnąwszy go za ramię, i gdyby nie ten uścisk, byłby pewien, że szydzi z niego; a tak tylko zmarszczył brwi, zmieszany. Odstawiła swój kielich na podsuniętą przez lokaja tacę i na powrót ujęła Hieronima pod ramię. — Proszę mi wybaczyć, jeśli… Ja oczywiście dobrze wiedziałam, kim jesteś, już gdy cię po raz pierwszy ujrzałam, wtedy, na przyjęciu u Löke; ty mnie nie widziałeś, esthlos. Upijałeś się w kącie cały wieczór, chociaż i to bez przekonania, wyszedłeś trzeźwy. Żałosny koniec bohaterów, pomyślałam. O kim się czyta w dziełach historycznych, tego lepiej nie spotykać osobiście, zawsze rozczarowanie. Ale teraz wiem lepiej. Ty nigdy nie zostałeś złamany, esthlos, ciebie nie można złamać. Cofnąłeś się tylko za mury fortecy i poddałeś zewnętrzne szańce. — Ścisnęła go ponownie. — Chciałabym zobaczyć, jak na powrót wznosisz sztandary.

Wyszli już na zachodni taras. Ponurzy strażnicy stali tu wzdłuż kamiennej balustrady, we wzniesionych rękach dzierżąc białe lampiony.

Pan Berbelek starał się obserwować Szulimę kątem oka, nie zwracając ku niej twarzy; cienie od lampionów oszukiwały go — co oznacza jej półuśmiech? ironię, litość, pogardę? Kiedyś po takiej łamanej liryce z ust kobiety pomyślałby: chce zostać uwiedziona, prosi o to. Teraz zaś jedynie wspominał dawne skojarzenia.