Выбрать главу

Ale oczywiście jej Forma była taka: wieczorny flirt dworski. Może istotnie pomysł ożywienia starego bohatera zagrał na ambicji esthle Amitace, jakaż większa satysfakcja dla kobiety niż obudzenie mężczyzny w mężczyźnie, może więc ona naprawdę —

Otrząsnął się.

— Ja mam znajomych w Byzantionie — rzekł sucho. Zdążyliśmy wymienić listy na twój temat, esthle.

Nie zwolniła uścisku. Obróciła się lekko, wyglądając na nocną panoramę Vodenburga i morza. Nie spuszczał wzroku z twarzy Szulimy. Uśmiech zniknął, ale to wszystko; nie zdradziła się. Czy popełnił błąd, blefując? Chwila była odpowiednia.

Czekał, aż ona coś powie, tak albo tak, rzuci kontroskarżenie, zaśmieje się, rozpłacze, bezczelnie zaprzeczy, cokolwiek. Ale nie, nic. Powoli wyzwolił ramię, odsunął się. Wyjął tytońcówkę. Lokaj podał ogień. Pan Berbelek zaciągnął się dymem. Szulima stała zapatrzona na Vodenburg, postukując paznokciami w białych napalcówkach o chropowaty kamień balustrady.

Kiedy w końcu się poruszyła, dał się zaskoczyć. Zanim skupił spojrzenie, stała tuż przed nim, oko w oko, oddech w oddech — pochylała się nad Hieronimem przez dym.

— Polecisz ze mną do Alexandrii? — spytała cicho.

Nie odwrócił wzroku; może to był ten błąd. (Więc tam ją zabijesz).

— Tak — odparł.

Pocałowała go szybko w policzek.

— Dzięki.

I odeszła, stukając energicznie obcasami.

Powoli dopalił tytońca.

* * *

Alitea zasnęła już w powozie. Porte zaniósł ją do łóżka W Ablu jednak zbyt wiele się jeszcze gotowało. Nawet gdy pan Berbelek na koniec zmusił go, by usiadł w jednym z foteli w bibliotece, młodzieniec nadal przeciągał się, strzelał palcami, zakładał nogę na nogę, to znów na odwrót, to zarzucał je na poręcz fotela, gwizdał pod nosem a w przerwach walił pięścią w udo — samemu zapewne nie zdając sobie z tego sprawy. Hieronima to dłuższą chwilę bawiło, dopóki nie zamyślił się nad źródłem owego rozbawienia i nie przypomniał sobie otworzonych potajemnie listów. Odwróciwszy wzrok, przełknął gorzką ślinę.

Tereza przyniosła czarną theę, podziękował i podał synowi gorącą czarę.

— Jesteś świadom, że one mają takich zabawek setki — mruknął, nie patrząc na Abla.

— Kto?

— One. Syreny dworskie.

— Jak esthle Amitace? — odciął się Abel.

— Tak — odparł spokojnie pan Berbelek, siadając w fotelu po przekątnej.

Raz już tutaj tak rozmawiali. Przez powtórzenie miejsca, pory i gestów powrócili do tamtej Formy, noc złączyła się z nocą, wypowiedziane z niewypowiedzianym. Czy coś się między nimi tymczasem zmieniło? Cóż, Abel nie zwracał się już doń w trzeciej osobie.

— Tak, esthle Amitace, esthle Neurg, one — mówił pan Berbelek, siorbiąc słoną ciecz. — Dlaczego aristokracja żeni się między sobą? Ponieważ nie jest możliwa żadna równość uczuć między psem a jego właścicielem: pies jest posiadany, właściciel posiada. Oczywiście, może również tak wytresować zwierzę, by szczerze go kochało.

Abel poczerwieniał. Długo bawił się czarą, nie podnosząc wzroku.

— Wiem — mruknął wreszcie. — Ale ja przecież również jestem szlachetnej krwi.

— Dlatego w ogóle chciała się tobą bawić. Byle niewolnik nie dałby jej satysfakcji. Przypuszczam, że za łatwo uległeś, drugi raz się już tobą nie zainteresuje. W Bresli nie stykałeś się nigdy z wysoką aristokracją?

— Nie. — Odstawił czarę, spojrzał na ojca. — Ale ty masz przecież wielkie doświadczenie, żyłeś między nimi, byłeś jednym z nich, prawda?

Pan Berbelek pokiwał głową, ignorując zadziorny ton Abla.

— Po pewnym czasie przestaje się wierzyć w prawdziwość innych ludzi. Jeśli zachowują się w twojej obecności jak bezwolne przedmioty, są przedmiotami. Z przedmiotami nie rozmawiasz, przedmiotów nie darzysz uczuciami, co najwyżej kolekcjonujesz. Szukasz towarzystwa innych podobnych tobie; z radością witasz każdego, kto potrafi ci się w najmniejszej sprawie sprzeciwić. W tych krótkich chwilach nie jesteś samotny. Rumia — ona jeszcze ma nadzieję, daruj jej.

— Czy to dlatego cię oszczędził? Bo się sprzeciwiłeś?

— Kto? Ach, on.

— Dlatego?

Pan Berbelek zerknął na zegar. Dochodziła druga. Tereza, wychodząc, zatrzasnęła była drzwi biblioteki, zamknęła noc na zewnątrz. Wszyscy śpią, mrok spowija metropolię, tutaj strzegą nas przed nim jedynie chybotliwe płomienie ogni pyrokijnych pod matowymi kloszami, to stosowna chwila. Pan Berbelek — czara z niedopitą theą w lewej dłoni, prawa dłoń na sercu — pochyla się ku synowi i zaczyna mówić.

ε

Jak Czarnoksiężnik

Krzesiwa przestały krzesać skry, zapałki przestały się zapalać, z keraunetów i pyresider nie dało się już strzelać — po tym poznaliśmy, iż przybył Czarnoksiężnik.

Pierwsze samobójstwa wśród żołnierzy nastąpiły już nazajutrz wieczorem. Był to drugi miesiąc oblężenia i miałem pod swoim dowództwem blisko siedmiuset ludzi, nie licząc sześciu tysięcy mieszkańców Kolenicy, którzy pozostali w domach. Nikt nie prowadził rachuby samobójstw mieszczan.

W owym czasie chodziłem w morfie wielkiego strategosa, wojska zaprzysięgały lojalność na sam mój widok, bitwy wygrywały się, ledwo spojrzałem na pole, rozkazy były wykonywane, zanim do końca je wypowiedziałem, czułem, jak keros ugina się pod moimi stopami, miałem ponad siedem pusów wzrostu, nie było w Kolenicy łoża wystarczająco dużego, miałem dwadzieścia cztery lata i nigdy dotąd nie przegrałem bitwy, armie, zamki, miasta, krainy, wszystko przede mną, nie było marzenia wystarczająco dużego. Potem przybył Czarnoksiężnik.

Musisz wiedzieć, dlaczego w ogóle utknąłem w tej Kolenicy. Głównodowodzący armii Vistulii, marszałek Sławski, z polecenia Kazimira III zarządził kontrofensywę wzdłuż karpackiego pogórza, Goci mieli natomiast pójść z północy i zepchnąć siły Czarnoksiężnika z powrotem na linię Moskwy. Na mapach wyglądało to jak klasyczna podkowa: przeciwnik albo sam się cofnie, albo będzie musiał walczyć na dwóch frontach, klęska na każdym równie tragiczna, albo zaryzykować uderzenie w pozornie odsłonięty środek z pewnością w pułapkę, która zamknie się zaraz w śmiertelny kocioł. Aby jednak przeprowadzić tę południowo-wschodnią kontrofensywę, Sławski potrzebował licznego wojska, i to złożonego z weteranów, i zebrał ich, uszczuplając dwu, trzykrotnie jednostki obsadzające wnętrze owej podkowy. W Martiusie miałem trzy tysiące ludzi, w Aprilisie został mi niecały tysiąc. Sławski rozumował poprawnie: nawet po takim osłabieniu obrońców strategosi Czarnoksiężnika musieliby być niespełna rozumu, by ruszyć na centralne twierdze Vistulii. Założenie było takie, że się cofną. Jak wiesz, nie cofnęli się.

Przez Aprilis utrzymaliśmy się bez większych problemów. Codziennie chadzałem na szczyt kolenickiego minaretu, miałem stamtąd doskonały widok na podgrodzie i pola, aż do puszczy. Przez kilka tygodni wypuszczałem jeszcze regularne zwiady konne, rozstawiłem posterunki w okolicznych wsiach w dorzeczu Vistuli na linii trzystu stadionów, utrzymywaliśmy stałą łączność z Cracovią. W istocie odpowiadałem za blisko tysiącstadionową linię frontu, od Brotty do Cierebuża, podlegała mi większość garnizonów Mazovii. W teorii, to jest według strategii Sławskiego, powinienem był dostawać od nich i od sztabu codzienne raporty o ruchach wojsk Moskwy i na pierwsze oznaki odwrotu przesunąć za nimi cały centralny front; byłem więc głównodowodzącym Armii Zachód i taką klęskę zapisano mi w księgach. Raporty jednak od początku nadchodziły rzadko i z opóźnieniem, jeśli w ogóle, a własne posterunki i czujki musiałem zwinąć, gdy wróg podciągnął większe siły, jednej nocy spalili nam trzy wsie, to była granica rozsądnego ryzyka. Zwiady też wracały coraz bardziej poszarpane. Z przesłuchań pochwyconych języków wiedziałem, że oto podchodzi do nas Trepiej Słoneczko, wnuk Iwana Karła, z około dziesięciotysięczną hordą uralską. Oczywiście od razu posłałem umyślnego do Cracovii, bo to była informacja wskazująca, iż zdecydowali się jednak na strategię frontalnego ataku; spodziewałem się natychmiastowych wzmocnień. Wzmocnienia nie nadeszły, zostaliśmy odcięci, Trepiej wszedł głęboko i obsadził wszystkie mosty i brody przed i za nami. Przyszło zdać się na gołębie. Ale to już była loteria. Moskwianie przywieźli ze sobą przemyślnie podmorfowane jastrzębie, dziewięć na dziesięć posłańczych ptaków dopadały one jeszcze na niebie nad Kolenicą, widzieliśmy, jak rozszarpują je na strzępy. Tak czy owak, Sławski nakazywał nam „utrzymanie grodu za wszelką cenę”, Kolenicą była punktem kluczowym, najeźdźca nie mógł zostawić jej sobie za plecami, ominąć — dlatego właśnie powierzono ją Hieronimowi Berbelekowi.