Byliśmy dobrze przygotowani do oblężenia. Ściągnąłem wcześniej demiurgosów ge dla reperacji murów miejskich, zgromadziłem zapasy, pogłębiłem studnie. W Kolenicy mieszkał też od lat półdziki teknites somy, do Martiusa nikt nawet nie zachorował. Potem rozpoczęła się wymiana ognia, pyresidery grzmiały dniem i nocą, ofiary były nie do uniknięcia. Pewien jednak jestem, że Trepiej znacznie bardziej ucierpiał, miałem dobrych żołnierzy, dobrych aresów, wprawnych puszkarzy, sięgaliśmy zawsze dalej, strzelaliśmy celniej, rozbijaliśmy pyresidery i prochownie Moskwian. Raz spróbowali otwartego szturmu, odparliśmy praktycznie bez strat. Morale było dobre, w moim wojsku morale zawsze było dobre. Poprowadziłem dwie nocne wycieczki, spaliliśmy im część taboru. Pozostawało kwestią czasu, kiedy podciągnie do nas Sławski, z posiłkami albo zamykając okrążenie od południa. Co prawda, tamci mieli ze sobą dedemiurgosa meteo, od tygodni nie spadła ni kropla deszczu, wszystko wyschło na wiór. Liczyli na pożar — ale solidnie przeszkoliłem mieszczan, zniszczenia były minimalne. Trzymaliśmy się.
Z początkiem Maiusa posiłki istotnie zaczęły nadchodzić — posiłki dla Trepieja. Patrzyłem z minaretu, jak rozciągają obóz na otaczającej Kolenicę równinie, rzędy identycznych, jednokolorowych namiotów na samej linii horyzontu. Nic dobrego nie przychodziło z liczenia ich, i tak najbardziej przerażają szeregi niewidoczne, skryte za widnokręgiem. Ci nowi przyprowadzili ze sobą behemoty oraz rozmaite uralskie kakomorfy, czarny pomiot z hodowli Czarnoksiężnika — pewny znak, że zbliża się sam Iwan Karzeł z głównymi siłami. Ghule, ukraki, wielnice, wymorfowane od zwierząt do ludzi albo jeszcze potworniej — od ludzi do zwierząt. Spuszczali je z łańcuchów o zmierzchu, podchodziły pod mury, wspinały się aż pod blanki, niektóre potrafiły mówić, szeptały w czarnych językach z bezksiężycowej ciemności, żołnierze tracili nerwy, strzelali na oślep, marnowanie pyrosu. Ukraki przerzucano nam z zaskoczenia przez mury katapultami, już martwe. Trepiejowi chodziło o rozprzestrzenienie w mieście tych wszystkich zaraz, jakie one noszą w swoich worach brzusznych, napiętych od rozgotowanego moru niczym bębny. Wiedzieliśmy już, że będzie to długie oblężenie, skoro chcieli nas wziąć kakomorfią. Może mieli między sobą szalonych teknitesów, którzy z premedytacją rozpościerali na Kolenicę chore anthosy, korony rozkładu Formy; ale wątpię, to zawsze wielkie ryzyko dla wojska ciągnąć ze sobą kogoś takiego, wariatów z zasady nie sposób kontrolować, pierwsza gnije dyscyplina. A może po prostu nasz teknites ciała trzymał nas tak ciasno w swojej aurze. W każdym razie epidemia nie wybuchła.
Miałem plany ucieczki gotowe od początku. Przebić się w niespodziewanym momencie, szybki klin — i cwałem na zachód. Lecz problem stanowili oczywiście cywile, ich bym tak nie uratował. Moi setnicy podnosili jednak argumenty czysto militarne: tutaj, siedząc w zamknięciu, po prostu marnuję to wojsko, podczas gdy bogowie wiedzą, co dzieje się w szerokim świecie, czy Vistulia właśnie nie pada pod batem Karła, Światowid pod snem Czarnoksiężnika, kto wie, moglibyśmy przeważyć szalę na drugą stronę, ja mógłbym.
W czwartym tygodniu Maiusa zaczęła krążyć plotka o klęsce głównych sił Sławskiego, i że król Kazimir uciekł z Cracovii, a Światowid umyka do puszcz zachodnich. Nie można było jeszcze tego poczuć, ale ludzie tak mocno w plotkę uwierzyli, że na jedno wychodziło, prawda czy zmyślenie, duch począł upadać. Wygłosiłem kilka mów; pomagały na krótko.
Z początkiem Juniusa sam już czułem, że następuje zmiana. Nie dało się tego ukryć przed ludźmi, wystarczyło rzucić na ziemię garść patyków, połowa upadała zawsze w jakichś geometrycznych wzorach, kwadrat, oktagon, pentagram, gwiazda, znasz pieczęcie Czarnoksiężnika. Garść patyków, piachu, zamącić wodę, uwolnić dym… On się zbliżał, na nic publiczne zaprzeczenia, musiał był zejść z Uralu z początkiem wiosny, na pewno minął już Moskwę, szedł na zachód, wprost ku nam.
Przynajmniej w jego koronie nie groziły mi bunty i histeria przerażonego pospólstwa, z każdym dniem rosła karność i posłuszeństwo, koleniczanie wkrótce padali przede mną na twarz, mało nie lizali butów. Z początku obruszałem się na to, ale anthos Czarnoksiężnika wżerał się i we mnie, po tygodniu kazałem wybatożyć jakiegoś kłótliwego kupca, gdy nie uderzył przede mną czołem o ziemię. Niebo było jasne, bezchmurne, gorący błękit vistulskiego lata, lecz wszyscyśmy wiedzieli, że to podłe kłamstwo Materii.
Obóz Iwana Karła puchł wokół miasta niczym wrzód wokół otwartej rany. W nocy ognie, muzyka, świętowali. Przestali nas ostrzeliwać i to było najbardziej niepokojące. Myślałem o kolejnej wycieczce, żeby przynajmniej złapać języka, dowiedzieć się, jakie mają plany, co się dzieje. Ostatni gołąb dotarł do nas przed sześcioma tygodniami, byliśmy odcięci, świat poza zasięgiem spojrzenia z wieży nie istniał.
Potem krzesiwa przestały krzesać skry, zapałki przestały się zapalać, pyros już nie wybuchał. Wartownicy na nocnych czuwaniach poczęli rzucać się z blanków, wprost w objęcia chichoczących ghuli i ukrak. Słoneczko, to znaczy Karzeł, wycofał swe wojska pod samą granicę puszczy, teraz już oblężenie polegało na zupełnie czym innym. O zmierzchu stanął pod bramą herold. „Złóżcie broń i otwórzcie wrota, a daruje wam życie. Tak czy inaczej, padniecie mu do stóp, żywi lub martwi. Przybył. Czeka. Otwórzcie wrota. Jeden jest porządek na świecie, jeden władca. Oto jego cień. Otwórzcie wrota. Do Kolenicy przybył kratistos Maksym Rog!” Kazałem kusznikom zastrzelić tego herolda i strzelać z miejsca do wszystkich następnych, jakiekolwiek barwy by okazywali.
Maksym Rog, Czarnoksiężnik, Olbrzym Uralski, Wieczny Wdowiec, kratistos-suzeren Moskwy, czarna legenda Europy, bohater setek romantycznych dramatów, robak historii, strach niepokonany o tysiącu imion — ujrzałem go po raz pierwszy rankiem czwartego Quintilisa. Z minaretu, przez lunetę. Jechał samotnie środkiem ziemi niczyjej między linią okopów armii Iwana Karła i murami Kolenicy, objeżdżał miasto dokoła. Dosiadał jakiegoś rogatego zoomorfa o czarnej jak węgiel sierści i wysokim, wygiętym grzbiecie, pochodzącego od wielbłądów lub humijów, i dopiero po kilku minutach dotarły do mnie prawdziwe proporcje obrazu: na tak wielkim wierzchowcu siedząc, człowiek, którego widzę, sam musi mieć co najmniej osiem pusów wzrostu. A sprawiał wrażenie raczej krępego, barczystego siłacza niż kościstego chudzielca. Było gorąco, miał na sobie tylko białą koszulę i spodnie. Nie widziałem twarzy, jeno grzywę ciemnych włosów, czarny zarost. Raz obrócił ku mnie głowę, byłem pewien, że mnie dojrzał, niemożliwe, ale ja byłem pewien, mało nie upuściłem lunety. Musisz to zrozumieć: już wtedy wystarczyło mu spojrzeć na mnie. Schodząc z wieży, odliczałem stopnie jak minuty pozostałe do egzekucji. Wiedziałem, że wygra. Wiedziałem, że nie mamy szans. Należało otworzyć bramy. To był Czarnoksiężnik.