Żołnierze też go widzieli; o to mu chodziło, to już była przecież czysta walka o narzucenie woli, Forma przeciwko Formie. Wygłosiłem kolejną mowę. „Nie pozwolę na szerzenie strachu, próby ucieczki karane będą śmiercią. Nie wedrą się tu, jeśli sami ich nie wpuścimy. Czekać! Pomoc w drodze!”
Czarnoksiężnik krążył dokoła miasta niczym wilk wokół ognia, dzień w dzień, noc w noc, samotna sylwetka na pustym polu, regularny niczym czarna gwiazda, zegar słoneczny klęski. Z każdą godziną zapadaliśmy się głębiej w jego anthos. Nie wiem, czy taką już ma koronę, czy też dla nas wybrał akurat tę morfę, w każdym razie to, ku czemu zmierzał keros Kolenicy, Forma docelowa… Przyciągała nas nicość, pustka, bezruch, martwota, cisza i doskonały porządek śmierci. Czy miałeś kiedyś takie poczucie — jak bardzo nienaturalne, dziwne i przerażające jest to, że w ogóle żyjesz, że oddychasz, poruszasz się, mówisz, jesz, wydalasz, co za absurdy, co za perwersje, ohyda ciepłego ciała, ślina, krew, żółć, krąży to w środku, obraca się w miękkich organach, przecież nie ma prawa, przecież nie Powinno, przyłóż dłoń do piersi, co to jest, co tam bije, na bogów, tego nie można wytrzymać, zgroza i obrzydzenie, wyrwij, zniszcz, zatrzymaj, wróć do ziemi.
Przeżuwał nas.
Wychodziłem na puste ulice, już chyba tylko ja jeden miałem dość siły, by wspiąć się na wieżę, obejść mury, sprawdzić posterunki, po prawdzie nie było co sprawdzać, ci, którzy na nich jeszcze pozostali, pozostali nie z obowiązku czy strachu przede mną, lecz ponieważ to akurat nie wymagało żadnego ruchu, decyzji, impulsu woli; już prawie nie żyli. Często nie potrafiłem odróżnić martwych od śpiących, nie jedli, nie pili, zasypiali w moczu i gównie. Gdy któregoś wieczoru wróciłem do kwater, zastałem mojego zastępcę i trzech setników śpiących w izbie odpraw; potem powąchałem ich kielichy: nie spali, wypili w winie migdałową truciznę.
Quintilis przeszedł w Sextilis, nie miałem już w co się odziać, wszystkie moje ubrania okazywały się o wiele za duże, podwijałem nogawki, zaciągałem pasa, ciąłem rękawy, z jakiegoś trupa skradłem buty. Inni mieli ten sam problem, już wcześniej się skarżyli; ale też większość nie przejmowała się w ogóle, chodzili nadzy, zbroi dawno już nie wdziewali. Próbowałem utrzymać rygor przynajmniej wśród oficerów. Żadne groźby nie skutkowały. Nabrałem zwyczaju nocnych spacerów, nie mogłem zasnąć w tym ogromnym łożu, chodziłem, by podpatrzeć, podsłuchać, jakie są nastroje, o czym rozmawiają, żołnierze i koleniczanie. Ale wtedy już nie było czego podsłuchiwać, swobodna rozmowa stanowiła taką samą rzadkość, co śmiech, Formą Kolenicy stało się Milczenie.
Nie mogłem pojąć, dlaczego nie atakują, wdarliby się na mury w pierwszym szturmie, nikt by nie stanął do obrony. Czyż tego nie wiedzieli, czy nie wiedział Czarnoksiężnik? Zamiast tego dni, tygodnie, miesiące w jego koronie, miasto i ludzie, czy on nas zabijał, nie, czy sami się zabijaliśmy, nie, po prostu podobieństwo do śmierci przeważało nad podobieństwem do życia. Tak samo drzewa, trawa, zwierzęta — skarlałe, blade, suche, jeśli żywe, to konające. Tylko kratistos potrafiłby w podobnej aurze utrzymać swą Formę.
Ja po prawdzie nie bardzo nawet pamiętam ten czas, pamięć mi się wypaliła. Oczywiście nie chodziło o to, żeby się nie poddać, nie wierz książkom. Wtedy nie chodziło już o nic. Prawdopodobnie gdyby ktoś ich poderwał, zakrzyknął by otworzyć bramy… Ale nikt nie był już zdolny. Liczyłem uderzenia swego serca, żeby się przekonać, że istnieje jeszcze jakiś „ja”, jakiś Hieronim Berbelek, jakikolwiek. Potem się dowiedziałem, że w ostatnich dniach pozostawałem jedynym żywym człowiekiem w Kolenicy, w każdym razie jedynym przytomnym — wyobrażasz sobie, na ile byłem przytomny, skoro nie posiadam z owych dni żadnych wspomnień. Tylko to: upiornie wielkie Słońce na jasnym błękicie nieba.
No i oczywiście wspomnienie ostatnie, gdy już wszedł do miasta. Teraz sądzę, że istotnie szukał mnie. Znał mnie przecież, to znaczy — powiedzieli mu, kto tu dowodzi. Bo to — zrozum — to jest jedyne zwycięstwo kratistosów: nie przez zniszczenie, wyczerpanie, ucieczkę wroga, lecz przez jego dobrowolny hołd. Na ile jakikolwiek nasz czyn na tym świecie można nazwać dobrowolnym. To jest ich tryumf.
Wszedł sam, to się zgadza z legendą, on zawsze wchodzi pierwszy, bierze w posiadanie. Nie jestem pewien, czy ja to poczułem i wystąpiłem mu naprzeciw, czy też on znalazł mnie na tej ulicy. Południe, upał, żadnych cieni. Ujrzałem go wyłaniającego się zza zakrętu, był pieszo, w lewej dłoni nahajka, uderzał nią rytmicznie o udo. Krok za krokiem, powoli, to był spacer victora, a każde miejsce, przez które przeszedł, każdy dom, który minął, każda rzecz, na którą spojrzał — naprawdę zdawało mi się, że widzę tę płynącą przez keros zmarszczkę morfy — każda rzecz była odtąd bardziej jak Czarnoksiężnik. Zastał mnie na ziemi i podczas gdy on ku mnie szedł, ja próbowałem podźwignąć się na nogi. Dawno już nic nie jadłem, jedzenie było nie do pomyślenia, najchętniej zostałbym na czworakach, wiedziałem, że powinienem zostać na czworakach, na kolanach, z głową w pyle, ucałować mu stopy, gdy się zbliży, to należało uczynić, to było naturalne, ku temu wszystko zmierzało — spróbuj zrozumieć, chociaż to tylko słowa — gdy uniosłem wzrok, przesłaniał pół nieba, to jest olbrzym przerósł rodzaj ludzki, nie sięgamy mu ramienia, piersi, on jest ponad, my jesteśmy pod, ziemia, pył, brud, na kolanach, na kolanach — spróbuj zrozumieć — nic nie musiał mówić, stanął nade mną, nahajka o udo, tuktuk, coś tam bełkotałem, chyba jęczałem błagalnie, ślina na brodzie, głowa zwieszona, ale nadal się podnoszę, noga, ręka, podpierając się i drżąc, on stoi, czeka, czułem jego zapach, coś jak te migdały z ust samobójców, a może zapach jego korony spróbuj zrozumieć, ja sam nie rozumiem — wstałem, uniosłem wzrok, wpółoślepiony, spojrzałem mu w oczy, niebieskie źrenice, opalona skóra, uśmiechał się pod wąsem, co miał oznaczać ten uśmiech, śni mi się do dzisiaj, uśmiech tryumfującego kratistosa. Czy ty to rozumiesz? Wyrzekłby słowo, a wyrwałbym sobie serce, by go zadowolić. Splunąłem mu w twarz.
II
Ζ
Aereus
Aprilisa 1194 roku pan Hieronim Berbelek opuścił miasto książęce Vodenburg na pokładzie świni powietrznej „Al-Hawidża”, udając się w podróż do Alexandrii. Towarzyszyli mu syn i córka oraz dwóch służących.
Zajęli dwie podwójne kabiny Č-I i Κ-Λ na górnym poziomie. „Al-Hawidża” zabrała jeszcze dziesięcioro pasażerów. Została wynajęta przez książęcą hutę szkła na bezpośredni lot do Alexandrii, bez żadnych międzylądowań, i demiurgos meteo aerostatu zapowiadał, iż przebycie 20 tysięcy stadionów zajmie trzy do siedmiu dni.
W nocy z 23 na 24 Aprilisa, gdy przelatywali nad doliną Rodanu — cienie wysokich Alp majaczyły na wschodnim niebie, żółte lico Księżyca wyglądało spomiędzy chmur — jeden z pasażerów został zamordowany. Usłyszano tylko jego urwany krzyk, gdy spadał w zimną ciemność, dziesiątki stadionów ku niewidocznej ziemi.