Выбрать главу

Trzeba opowiedzieć przestrzeń tego mordu. „Al-Hawidża” należała do świń średniej wielkości, od żelaznej iglicy dziobu do krzywych skrzydeł ogona mierzyła niecały stadion. Powłokę opinającą aerowy brzuch świni pomalowano na ciemnozielono, by wyraźnie odcinała się od tła. Obie burty znaczyło godło manackiego emiratu Korduby: Michzam i Rasub, święte miecze z sanktuarium z Qudaid. (kompania, która zbudowała „Al-Hawidżę”, należała do rodziny emira; nadal mało kogo było stać na zakup świni powietrznej).

Drewniane gniazdo, wyrosłe na podbrzuszu świni, nie miało nawet pół stadionu długości, a szerokością nie przekraczało dwudziestu pusów. Dolny poziom zajmowała w całości ładownia; pod nią jeszcze, na wręgach z likotowego drewna i otwartych szkieletach stalowych, można było podwiesić setki lithosów dodatkowego ładunku. Rufowe kabestany pracowały na łańcuchach głównego perpetuum mobile aerostatu. Poziom górny przeznaczono na kabiny dla załogi i pasażerów, jadalnię, sterownię, makinownię oraz obserwatorium dziobowe; przed makinownią znajdowała się nadto kuchnia, izby łaziebne i sanitarium. Główny korytarz oddzielał dwa szeregi kabin, po siedem w każdym; na obu końcach łączył się on z korytarzami prostopadłymi, które wychodziły na obiegający cały górny poziom „pokład widokowy”, to znaczy wąski balkon, z którego można było zajrzeć wprost w chmurne przepaście. Pokład widokowy był zabezpieczony gęstą siatką z likotowej plecionki, rozpiętą od krawędzi drewnianej podłogi aż do zielonego podbrzusza świni — przez oka wielkości dłoni nie wypadnie nawet dziecko.

Na balkon można było wyjść także bezpośrednio z kabin, każda posiadała dwoje przeciwległych drzwi: jedne otwierające się na ów centralny korytarz, „kręgosłup” świni, i drugie — na zewnątrz. Po obu stronach drzwi zewnętrznych znajdowały się wąskie okienka, zwykle zresztą zaparowane. Ale i tak nikt przez nie nie wyglądał w chwili, gdy doszło do mordu.

Pan Hieronim Berbelek zajmował wraz z Porte i Antonem kabiny Č-I, pierwsze od dziobu na prawej burcie. Dwie dalsze, Κ-Λ, zajęli Alitea i Abel. Esthle Amitace ze swoją niewolnicą Zueią ulokowały się w kabinach A-B, które znajdowały się na lewej burcie, naprzeciwko kabin Hieronima. Ihmet Zajdar wybrał prawą kabinę rufową Î.

Należy przedstawić pozostałych pasażerów „Al-Hawidży” Pan Berbelek spotkał ich po raz pierwszy na obiedzie 22 Aprilisa. Był to akurat Dies Martis i podano krwiste mięsiwa, zapach gorącej wieprzowiny wypełniał rufową jadalnię. Kapitan Azuz Wawzar wzniósł toast za szczęśliwą podróż. — Pomyślnych wiatrów! — odpowiedział Wukacjusz, kupiec gocki (kabina E). Demiurgos meteo, małomówny młodzieniec negrowej morfy, tylko skłonił głowę. Na honorowym miejscu po prawej ręce kapitana siedziała esthle Amitace. Od początku pozostawało to poza dyskusją, wystarczył był jeden ruch jej wachlarza, błysk szmaragdowego ślepia wężowej bransolety; teraz tylko unosiła brew, a Wawzar przerywał w pół słowa. Pan Berbelek siedział po kapitana ręce lewej. Dalej posadzono rodzinę Trettów, Gaila i Annę z trojgiem dzieci (kabiny TA); z uwagi rzuconej przez Gaila nad pieczenia pan Berbelek wnosił, iż udawali się oni do Alexandrii na ślub krewnej. Naprzeciw Trettów, po prawicy Szulimy, posadzono Aliteę i Abla, jako, było nie było, aristokratów.

Pierwszego dnia „Al-Hawidża” często zmieniała aleje wiatrów, wznosili się i opadali, pneumatory pracowały pełną parą, napędzając likotowe skrzydła wiatraków, na dodatek więc do wszystkich innych sensacji przez cały aerostat przebiegało nieustannie delikatne drżenie, to w szybszych, to w wolniejszych falach — i Alitea zaczęła cierpieć na mdłości już po pierwszej godzinie. Na obiad jeszcze przyszła, ale nie jadła nic; Abel droczył się z nią, pożerając z uśmiechem płaty czerwonego mięsa. Alitea, lekko blada, wachlując się z energią grożącą zwichnięciem nadgarstka, dla odwrócenia własnej uwagi wdała się w ożywioną rozmowę z sąsiadem. Był to Zabachaj, jeden z trzech Babilończyków (kabiny Z, H, N), młodych gwardzistów Siedmiopalcego, wracających do domu przez Aegipt. Dwaj zostali zwali się Urcz i Kistej lub Gistej — tego ostatniego bowiem bardzo trudno było zrozumieć, jąkał się i seplenił, wpadając przy tym w nerwowy dygot. Towarzysze tłumaczyli, iż otrzymał tak niefortunny cios w głowę podczas jakiejś niedawnej bójki karczemnej; morfa Nabuchodonozora miała pomóc mu pozbierać się do kupy. Tymczasem pokazywały się już pierwsze oznaki zatraty Formy: Gistejowi poczęły rosnąć włosy na powiekach i wnętrzach dłoni, z chrząstki lewego ucha wyłonił się paznokieć, a skóra na przedramionach zmieniała barwę, pokrywając się fioletowymi plamami. Ponoć nie mógł on także zasnąć inaczej niż na stojąco, a przez sen gryzł drewno, półki i krzesła. Podczas posiłków wszyscy zerkali nań podejrzliwie. Ostatnim pasażerem (kabina M) była rodowita Neurgijka w średnim wieku, regularnie co kilka miesięcy podróżująca do Biblioteki Alexandryjskiej z ramienia Akademei Vodenburskiej (jak wspomniał kapitan). Ubierała się w męskie szalwary, ręce miała całe w nordyckich tatuażach. Podczas pierwszego obiadu z miejsca upiła się czerwonym winem. Zasnąwszy, chrapała głośno. Szulima strzeliła wachlarzem i Wawzar, szarpiąc się za brodę, zawołał dwóch pokładowych doulosów, oni prawie przemocą zawlekli zataczającą się Neurgijkę do jej kabiny. Pan Berbelek nie poznał wówczas jej imienia. — Upijając się — zacytował klasyka Ihmet Zajdar, gdy zamknęły się drzwi za doulosami — człowiek dobrowolnie idzie w niewolę. — Zazawsze miałem si-i-ilną gło-głowę — stwierdził Kistej. Rozmawiano po ocku i grecku. Pan Berbelek jadł w milczeniu. Nikt nie zwracał na niego uwagi.

Wieczorem wyszedł na tytońca na pokład widokowy. Plany ofensywy powinno się obmyślać w spokoju, w chwilach całkowitego oderwania emocjonalnego, zimnej obojętności wobec ojczyzny i wroga. Podobnie plany zbrodni. Miejsce. Czas. Metoda. Czy będę musiał spojrzeć jej w twarz. (A jeśli ona jednak nie przychodzi od Czarnoksiężnika?) Czy będę musiał. Zaciągał się głęboko ciepłym dymem. Będę musiał.

Świnia kołysała się pod jego stopami, przeskakiwali właśnie z grzbietu jednego wiatru na drugi, złapał się likotowej siatki. Pochylony, spojrzał w dół. Wicher świstał mu między calcami, zmierzwił włosy, zgasił tytońca. Zachodzące Słońce rozciągnęło na wszystkich nierównościach ziemi i arabeskach krajobrazu wodniste cienie, „Al-Hawidża” leciała nad krainą tysiąca jezior zmierzchu. Doliny, wąwozy, zbocza, wszystko zalane cieniem, z wysokości nie widać, czy coś jeszcze porusza się w tym potopie mroku, jeździec — ledwo dostrzegalna kropka, łódź rzeczna — biały żagiel, wytknięty ponad powierzchnię zalewiska. Tylko gdy wpatrzyć się w jeden wybrany szczegół, zakotwiczyć na nim wzrok, tylko wtedy można zauważyć jego ruch, powolną, jednostajną ucieczkę.

Pan Berbelek usłyszał skrzypnięcie drzwi.

— Jak ona się czuje? — spytał.

— Zasnęła, już nie wymiotuje — odparł Abel. — Porte dał jej jakieś zioła. Niewolnica pani Amitace przyniosła list do ciebie. Jak wysoko jesteśmy? Gdyby ta siatka puściła…

— Nie puści. — Pan Berbelek wyrzucił tytońca, wicher zaraz go porwał, nie ujrzeli spadającego ku ziemi niedopałka. — W Alexandrii… ustanowię dla was fundusz rentierski, dam ci prawa wykonawcy, Alitea przejmie zarząd swoją częścią, gdy skończy szesnaście lat; będziecie zabezpieczeni.

— Pojedziecie z Zajdarem na polowanie? Nic ci się nie stanie. Zabierz mnie, nie jestem dzieckiem, nie musisz się mną opiekować. O co w ogóle chodzi? Gdybyś zginął, i tak dziedziczymy po tobie, prawda?

— Nieważne, nie przejmuj się.

— Kapitan obiecał pokazać mi jutro makinownię.

— Miło z jego strony. Obejrzeli się obaj w prawo, gdy z kabiny N wyszedł na pokład widokowy Gistej. Ukłonił się lekko; odkłonili się. Potem zaczął nucić coś pod nosem, rytmicznie kiwając się na piętach. Wrócili do środka.