Выбрать главу

Pan Berbelek wycofał się bez słowa. W korytarzu — kręgosłupie minął się z Zueią; obejrzawszy się na niego, niewolnica skręciła do izby łaziebnej.

Alitea nie była zainteresowana sekretami aerostatu, zaprosiła ją do siebie esthle Amitace. Pan Berbelek wyraził zgodę, gdy córka zapytała, bo nie mógł jej nie wyrazić, po wczorajszej nocy Forma między nim a Szulimą całkowicie wykluczała odmowę. Potem wypytał Aliteę, co robiły. Wzruszyła ramionami. — Rozmawiałyśmy, grały w szachy, pozwoliła mi założyć swoją biżuterię. Nic takiego. — Ale pan Berbelek wiedział, że to się właśnie tak zaczyna, najbardziej bezbronni jesteśmy w nudnej zwyczajności.

Przed wieczerzą odwiedziła go Neurgijka. Nazywała się Magdalena Leese. Niby chciała przeprosić za swoje wczorajsze zachowanie, lecz Hieronim wyczuwał za jej próbami wciągnięcia go w otwartą rozmowę jakiś skryty zamiar, konkretny cel. Nie znali się przecież, przypadkowi współpodróżnicy, o cóż mogło jej chodzić? O ten rytuał nocny? Ale nie pozwolił jej pochwycić się w więzy zażyłości, wymówił się zaległą korespondencją. Porte przez cały czas stał w rogu kabiny, patrzył i słuchał, zimny kontrapunkt dla nieporadnych prób serdeczności kobiety.

Wieczerza była spokojna, wszyscy milczeli, pan Berbelek się nie wyróżniał. Życząc im dobrej nocy, kapitan zapowiedział, że nazajutrz mijać będą Króla Burz, należy zgasić wszelkie zbędne lampy, schować oleje, mocne alkohole, substancje łatwopalne, uważać z tytońcami.

Gdy wracali do kabin, Amitace zatrzymała na moment Hieronima i Ihmeta. — Nie ustaliliśmy jeszcze szczegółów waszego pobytu w Alexandrii. Laetitia z pewnością zaprosi was do swego pałacu; zapraszam w jej imieniu. Chyba nie odmówicie? Esthlos? Panie Zajdar? — Nimrod zerknął na Berbeleka, niby pytająco, lecz Hieronim stał wystarczająco blisko, by objęła go korona łowcy, zrozumiał kontekst natychmiast. Pod tym samym dachem! Dostęp w dzień i w nocy! Wpuść drapieżnika do zagrody! Zaproś wampira! Ofierze się nie odmawia.

— Z przyjemnością.

Rozbierając się do snu, pan Berbelek zastanawiał się nad motywacją Persa. Że on go nakłaniał do szybszego ataku, skrytobójstwa uprzedzającego skrytobójstwo, nie ma co się dziwić, to leżało w jego w naturze, był, kim był, nie trzeba szukać dodatkowych motywów dla polującego wilka: jest wilkiem, poluje. Aleale. Załóżmy, że skłamał, że wcale wtedy Szulimy nie widział w świcie Czarnoksiężnika, że w ogóle nie był w Chersonezie, że to jakiś żart, zemsta, spisek…

Zaraz się Hieronim zreflektował: nie chcę mu wierzyć, bo już tak głęboko zanurzyłem się w anthosie Amitace, jeszcze trochę, a nie uwierzę w żadną jej podłość, choćbym ją ujrzał na własne oczy; to znaczy owszem, uwierzę, ale nie będzie miała ona znaczenia, daleko ważniejszy okaże się byle uśmiech Szulimy, jej cicha satysfakcja, zadowolenie ze mnie, wybaczę wszystko.

Kto więc ma słuszność? Po czyjej stronie racja? W zderzeniu Form na nic rozum i logika, jak świat światem jedna tu miara: siła. Pomiędzy Zajdarem i Amitace, jak między młotem i młotem — taki kształt przyjmę, jak uderzą. Pan Hieronim Berbelek, co prawda, strategos Berbelek, on potrafiłby —

Krzyk, wrzask śmiertelny, pół ludzki, pół zwierzęcy, przebił ściany kabiny i poderwał Hieronima na nogi. To z zewnątrz, z balkonu — ruszył do drzwi, zanim pomyślał — tak krzyczą, gdy szrapnel patroszy im wnętrzności, kula miażdży kość. Był boso, w samych spodniach, otwierając drzwi, potknął się o próg, zaklął, tracąc równowagę, i otarł skronią o futrynę. Zdezorientowany, wypadł na pokład widokowy.

Zimny wiatr momentalnie go ocucił. Zmrużył oczy; po wyjściu ze światła w noc widział wszystko w postaci dwuwymiarowych plam cienia. W każdym razie pokład był pusty — obejrzał się ku rufie i ku dziobowi, i gdy z powrotem obrócił głowę, pokład nie był już pusty, ze swojej kabiny, ostatniej w szeregu, Î, wyszedł Ihmet Zajdar. Odziany w wielobarwną, jedwabną dżibę, jedną ręką zawinął jej długie poły, drugą sięgnął do wnętrza po lampę i uniósł ją wzwyż. Świnia kołysała się lekko, cienie zatańczyły, przegnane przez żółty blask. Ihmet wskazał na siatkę bezpieczeństwa po swej lewej ręce. Podeszli, spotykając się na wysokości kabiny M. Likotowa plecionka była tu rozcięta, w sieci ziała pionowa dziura długa na dobre cztery pusy, poszarpane krawędzie plecionki furkotały na wietrze, łykowate frędzle.

Otwierały się kolejne drzwi, pojawiali się następni pasażerowie: rozjąkany Kistej, Abel i Alitea w pośpiesznie narzuconych pelerynach, Porte i Anton, wreszcie dwaj pozostali Babilończycy oraz Szulima. Tylko Wukacjusz, Magdalena Leese i państwo Trett nie okazali się ciekawi przyczyny nocnego harmidru.

W tym tłoku, gdy wszyscy pchali się byle bliżej źródła. zamieszania, wystarczyłby jeden gwałtowniejszy skok aerostatu, by ktoś wypadł przez rozcięcie, sam Hieronim został już kilkakrotnie ku niemu pchnięty, balkon był bardzo wąski.

— Co się stało?

— Kto krzyczał?

— Byłby pan tak uprzejmy nie deptać mi po nogach!

— Czy ktoś może mi powiedzieć…

— Esthlos! Nic ci nie jest?

— Czy to pan Zajdar może…

— Ktoś przeciął, widzi pani przecież.

— On krwawi.

— Mmmyślę, że ttto…

— Ale kto krzyczał?!

Sześć głosów, dwa języki, pełna skala emocji, od histerii do ironii. Pan Berbelek czekał, aż pojawi się kapitan Wawzar i zaprowadzi porządek, Arab jednakże nie nadchodził; zjawiło się tylko dwóch doulosów, stanęli z tyłu, zmieszani, nie wiedząc, co czynić. Zresztą Hieronim był tu chyba najniższy, nie mógł dojrzeć ponad głowami zgromadzonych, kto jeszcze przybiegł. Wczepiony jedną ręką w siatkę, drugą odpędzał nachylającego się ku rozcięciu Urcza.

Pochwycił na krótko spojrzenie Porte. Sługa wskazywał na jego głowę. — Krwawisz, esthlos.

Pan Berbelek sięgnął czoła, w tym momencie „Al-Hawidża” przechyliła się lekko, gwardzista Babilonu wpadł na niego całym ciężarem. Pan Berbelek odepchnął go, uderzając łokciem pod żebra.