Выбрать главу

— Milczeć! — warknął. — Wszyscy! Do swoich kabin! Zajdar zostaje. Wy! Po kapitana. Już!

Czym prędzej wykonali rozkazy.

Gdy pozostał na balkonie sam z nimrodem, pochylił przed nim głowę.

— Poświeć. Jakaś rana, czuję krew. Zerknij.

— Uuu, dosyć głębokie cięcie, chyba widać kość. Tępe ostrze. To on?

— Co? Kto?

— Jak uciekał.

Spojrzeli obaj na rozciętą plecionkę. Pan Berbelek ujął między dwa palce jedną z luźnych jej linek.

— Likot — mruknął w zdumieniu.

Drzewa likotowe, wymorfowane ongi z dębu i cedru w stuletnich sadach najsłynniejszego teknitesa flory, Filippy z Galii, ceniono dla niesamowitej wytrzymałości i lekkości ich włókien. Likotu często używano zamiast twardych metali, gdy równie ważne kryterium wyboru materiału stanowił jego ciężar — żeby daleko nie szukać, gniazdo świni powietrznej w trzech czwartych zbudowane zostało z likotu. Likotowa siatka więc była praktycznie nie do przecięcia, nie ma noży tak ostrych, ludzi tak silnych.

Pan Berbelek dotknął w zamyśleniu rany na skroni i podniósł wzrok na nimroda.

Ihmet zamrugał, szarpnął się za brodę.

— Nie ja — szepnął. — To nie ja.

Tyle zdążył, bo już nadbiegał kapitan Wawzar wraz z trzema doulosami i zaspanym demiurgosem meteo.

— Każesz niewolnikom sprawdzić wszystkich pasażerów i członków załogi — rzekł Arabowi pan Berbelek, zanim tamten zdążył otworzyć usta. — Niech pytają, gdzie przebywali, gdy usłyszeli krzyk, i kto to może poświadczyć. Przydziel ludzi, żeby jakoś załatali tę dziurę, mamy dzieci na pokładzie. I przyślij mi do kabiny czyste bandaże, idę się umyć. Doulosi zdadzą raport mojemu słudze. Spałeś?

Tak.

— Rozumiem.

Pan Berbelek wrócił do swojej kabiny. Syczał przy każdym kroku. Przyjrzał się potem paznokciowi wielkiego palca u lewej stopy. Był już cały czarny od nabiegłej krwi. Z obmytą i obandażowaną głową, zbadał Hieronim fragment futryny, o który się uderzył (pozostał na nim rozmazany czerwony ślad). Żadnych ostrych krawędzi, ostrych drzazg, wystających gwoździ; gładko zheblowane drewno.

Porte powtórzył przyniesione przez doulosów informacje. Pan Berbelek posłał go po kapitana. Razem weszli do kabiny M. Łóżko było jeszcze posłane, lampy zapalone, na stole leżały dwie książki, stał kubek pełen wina, trochę rozlało się naokoło. Sprawdzili bagaże. Brakowało spodni w których ją widzieli za dnia; i zapewne jednego chimatu lub koszuli, ale tego już nie byli w stanie stwierdzić. — Na pewno nigdzie jej nie ma? — upewnił się Hieronim. Izmaelita pokręcił głową. — Przeszukali każdy zakątek „Al-Hawidży”, esthlos.

Dlaczego ktoś miałby zabijać Magdalenę Leese, bibliotekarkę vodenburskiej akademei? Dla pieniędzy? Ha! Teoretycznie sama mogła wyskoczyć, ale to czyniłoby z niej samobójczynię, a nie dostrzegł w niej podobnej skazy Formy. Ktoś więc ją zamordował, rozcinając likotową siatkę i wypychając Magdalenę z pokładu aerostatu. Czy znała wcześniej któregoś z pasażerów „Al-Hawidży”? Nawet jeśli, to oboje świetnie to ukrywali. Ale dlaczego miałby ją zabijać przypadkowy współpodróżnik? Powód musiałby przecież powstać podczas półtorej doby dotychczasowej podróży. A zważywszy, że przez pierwszy dzień była pijana… Dzisiaj przyszła do mnie, chciała się czegoś dowiedzieć, chciała otworzyć między nami Szczerość; wepchnąłem jej do gardła tę Formę. I teraz nie żyje. Bibliotekarka.

Wyszedł z powrotem na balkon. Lecieli z wiatrem, powietrze było prawie spokojne, Księżyc wypłynął zza chmur. Niewolnik pracował nad zniszczoną siatką, wiązał ją likotowymi powrozami. Na widok Hieronima przyklęknął na jedno kolano, skłaniając nisko głowę.

Pan Berbelek rozejrzał się wzdłuż rzędu zamkniętych drzwi; wszędzie jeszcze paliło się światło, mętny blask sączy1 się przez wąskie okienka.

— To prawie pośrodku, nie zdążyłby uciec naokoło, do korytarza dziobowego lub rufowego, miał ledwo dwie, trzy sekundy, zanim wyszedłem. Zobaczyłbym go, a przynajmniej usłyszał.

— Masz rację, esthlos, to musiał być ktoś z tych kabin — rzekł Wawzar. — Kto tu, mhm, pan Zajdar, pan Gistej, mhm, twoje dzieci, esthlos i, mhm, twoi słudzy…

— Głupiś. Którędy najłatwiej było mu uciec? Gdzie miał najbliższą kryjówkę? — Pan Berbelek wskazał drzwi, przed którymi stali. — Dobrze wiedział, że kabina Leese jest pusta.

— Ach. No tak. Potem mógł przejść środkowym korytarzem do swojej kabiny i wyjść z niej jak gdyby nigdy nic.

Pan Berbelek pokręcił głową.

— Nie sądzę. Rano trzeba będzie przepytać pasażerów. Gdyby ktoś go zobaczył wychodzącego z kabiny ofiary… On albo przebiegł od razu i miał wielkie szczęście, albo odczekał. Niektórzy nie pokazali się tu w ogóle.

— Pan Trett i pan Wukacjusz — Pan Berbelek uniósł rękę.

— Nie i nic takiego nie będziesz rozpowiadał. — Obrócił się do niewolnika. — Ty! Bo chłosta.

Doulos zasłonił sobie uszy, zamknął oczy.

— Nic, nic, nic — powtarzał w skłonie.

Pan Berbelek skinął głową kapitanowi.

— Dobranoc.

— Dobranoc, esthlos.

Hieronim wrócił do kabiny Magdaleny Leese. Co ona wtedy robiła? Wyszła na balkon zaczerpnąć nocnego powietrza czy na przykład porozmawiać z mordercą? Zapewne przyszedł, zapukał, czy mogłaby na słówko, jeszcze się pani nie położyła, nie zajmę wiele, może tutaj, nie będę wchodził do kabiny samotnej kobiety — i kiedy się odwróciła…

Przy czym ją zastał? Nalała sobie wina. Pan Berbelek powąchał. Tania różyczka. Lubi wino, to wszyscy wiemy. Lubiła. W każdym razie tego nie zdążyła wypić. Książki. Otworzył pierwszą. Piąta Wojna Kratistosów pióra Oryxa Bryta. Przekartkował. Żadnych zakładek, dopisków. Nie wygląda na często czytaną. Otworzył drugą. Nie rozpoznał alfabetu, przedhelleńska piktografia, trochę symboli uproszczonych prawie do liter, ale także dosyć skomplikowane obrazki, głowa, rogi, koń, wóz, statek, ręka, skrzydło, fala. Kto drukuje takie rzeczy? To nie może być opłacalne. Przekartkował, zatrzymując się na rycinach. Front pałacu. Jakiś plac trójkątny. Kobiety w kaftorskich sukniach, w każdym razie z odkrytymi piersiami i ściśniętymi taliami (ryciny nie były najlepszej jakości). Mężczyzna z głową lwa, mężczyzna z głową ptaka. Topór o podwójnym ostrzu. Tańczący ludzie, nadzy. Byk. Wojownik w biodrowej przepasce, z włócznią i owalną tarczą. Rolnik w polu, pochylony nad pługiem. Kobieta z —

Pan Berbelek przysunął książkę bliżej lampy.

Kobieta z misą w wyciągniętych rękach, naga, nad nią Księżyc w pełni, obok druga, w kaftorskiej sukni, gołąb nad jej głową, wąż pod stopami.

Pan Berbelek wypił wino i ukradł książkę.

* * *

Król Burz należał do licznych kratistosów przegranych w Drugiej Wojnie, w 320 roku Po Upadku Rzymu. Naprawdę nazywał się Juliusz Kadecjusz, syn Juliusza, o tym wszakże wiedzieli bodaj jedynie historycy. Gdy przychodził na świat, nad Półwyspem Iberyjskim rozszalała się siedmiodniowa burza, od której piorunów i wichrów ucierpiały prawie wszystkie miasta i wioski półwyspu. Anthos Króla Burz zawsze najmocniej odbijał się w Ogniu i w Powietrzu. Nie był wszakże na tyle silny, by oprzeć się naciskowi kratistosów, z których aurami sąsiadował: K’Azury, który ostatecznie wziął pod swoje skrzydła całą Iberię, Meuzuleka Czarnego i Józefa Sprawiedliwego z północnej Afryki, Sykstusa z Rzymu, Belli Afrodity spod Alp. Próbował ucieczki na Korse i potem inne wyspy Morza Śródziemnego, lecz terytorium zostało już podzielone, keros zamarzał. Nie chciał kolejnej wojny. Udał się więc dobrowolnie na wygnanie, zabierając wszakże ze sobą swoje miasto, Oroneię. Oroneia zbudowana została na wysokich skałach nad klifami podmywanymi od południa przez ciepłe fale Morza Śródziemnego. Pierwotnie twierdza alexandryjska, potem miasto arabskie, jedno z centrów handlowych izmaelitów manackich, nigdy nie oblegana i nie zniszczona, zachowała swą eklektyczną helleńskoorientalną architekturę i profil stożka o łagodnych stokach, z kamienną cytadelą o białych murach i krępych wieżach pośrodku, na szczycie, i z niską, ogrodową zabudową na zboczach; jeszcze niżej rozsiadły się satelitarne „wsie targowe”, za którymi ciągnęły się pola uprawne i winnice. Król Burz zabrał to wszystko z sobą. Zaczął od morfunku owych skał, stadion pod powierzchnią gruntu, na których płycie spoczywał cały płaskowyż. Nie miał dobrego wyczucia ge, ale też nie chodziło mu o to, by uczynić Ziemię bardziej Ziemią; wręcz przeciwnie. Ponieważ podpisał na życzenie K’Azury List Pokorny, dano mu czas. Po trzydziestu trzech latach skały Oronei, których Forma była już po większej części Formą Ognia i Powietrza, poczęty się przesuwać ku nowemu naturalnemu miejscu swego spoczynku: na niebie, dwadzieścia stadionów nad lśniącym błękitem Morza Śródziemnego, na styku anthosów K’Azury, Belli, Sykstusa i Józefa Sprawiedliwego. W pogodne, bezchmurne dni żeglarze mogli dostrzec Oroneię, małą elipsę cienia pod Słońcem; z lądu była niewidoczna. Przeważnie jednak uznawano jej widok za zły omen, odradzano pływanie tymi szlakami: oronejczycy swoje nieczystości i śmieci zrzucali po prostu do morza i po portach Europy i Afryki krążyły całe legendy o statkach zniszczonych przez „splunięcie Króla Burz”, ludziach potopionych, ładunkach utraconych. Nadto pogoda zawsze była tu kapryśna, anthos Króla Burz, wzmacniając Formę pyru i aeru, co i rusz tworzył huragany, sztormy i tornada. Po części zresztą była to świadoma morfa Juliusza, który musiał jakoś zapewniać Oronei stały dopływ świeżej wody. Jednakże od chwili spopularyzowania świń powietrznych Oroneia wyszła z izolacji, otworzyła się na handel, bardzo poszukiwanym materiałem budowlanym stał się kamień o Formie zmienionej w koronie Króla Burz, tak zwany oroneiges. Ponoć w Alexandrii budowano już z niego całe „pałace powietrzne”, aergarony, realizowano sny szalonych architektów, Tak przynajmniej opowiadała Hieronimowi esthle Amitace.