Ale — policzył uderzenia serca, siedemnaście, osiemnaście, dobrze — ale słowo Ihmeta to za mało, nawet jeśli zabiła te Leese, to za mało, nawet jeśli zwodzi mnie i sama chce mej zguby w tej przeklętej Alexandrii, po co ja tu przyjechałem — za mało, za mało, potrzebuję potwierdzenia. Test zbyt piękna. Otworzył oczy. — Parseidy, wzgórza pałacowe — mówiła, a wachlarz łagodnymi łukami obrysowywał wyniosłe cienie — to znaczy nie wzgórza, ale całe to wybrzeże Mareotu zostało mocno przemorfowane podczas Piątej Wojny Kratistosów, gdy Nabuchodonozor wypierał Chimeroysa Skarabeusza; teraz mieszczą się tu miejskie rezydencje aristokracji. Oczywiście sporo czasu spędza się w wiejskich posiadłościach w górze Nilu, o ile wiem, Laetitia teraz tam właśnie przebywa — ale kto świadomie rezygnuje z dobrodziejstw anthosu Nabuchodonozora? Nie mówiąc już o tym, że nie jest rozsądnie oddalać się na zbyt długo od dworu Hypatii. Laetitia, co prawda, jest z nią spokrewniona przez babkę ze strony ojca, ale… A otóż i jej pałac.
Dwukółka na moment przystanęła przed bramą, para zdyszanych wiktykarzy oparła się ciężko na poprzecznym drągu. Esthle Amitace wychyliła się ku jednemu ze strażników bramy, który podszedł do powozu. Szepnęła mu coś do ucha, zatrzepotała wachlarzem. Skłonił się głęboko, po czym krzyknął rozkaz, by otworzyć wrota. Przybiegli niewolnicy z lampami. Banda portowych brudasów zakłębiła się wokół strażnika, on wydzielał każdemu z nich po jednej monecie. Tymczasem brama otworzyła się, wjechali między palmy i hiewoje. Zza zakrętu alei wyłaniały się powoli światła pałacu, niewolnicy nawoływali się z ciemności w trzech językach, skrzypiały koła starej wiktyki, chłodny wiatr niósł od niewidocznego jeziora egzotyczne zapachy, ptaki nocy hałasowały w koronach drzew przez aleję przebiegł gampart, zalśniły zielone ślepia w mroku nocy. Alitea ścisnęła prawą rękę pana Berbeleka. — Dziękuję, dziękuję, tato. Zamrugał. Bronił się, ale bezskutecznie; objęła go morfa jej szczęścia. Uśmiech jak niemy okrzyk zwycięstwa, uśmiech jak kielich gorącego światła. Bez słowa pochylił się i pocałował ją w czoło.
Aneis Panatakis był notorycznym oszustem podatkowym. Już trzykrotnie obcinano mu prawy kciuk za przestępstwa przeciwko Skarbowi. Jego imię stało się dla aegipskich celników synonimem nieuczciwości. Zatrudniał siedmiu księgowych; ten siódmy zajmował się wyłącznie prowadzeniem rejestrów łapówek. Panatakis miał dwie żony, sześciu synów, osiem córek. Trzej synowie i jedna córka nie żyli. Syn najstarszy pomagał ojcu prowadzić interes; najmłodszy uciekł do Herdonu; Isman, ulubieniec Aneisa, oczekiwał natomiast w alexandryjskim więzieniu na ścięcie za piractwo. Z córek zaś — dwie wyszły za celników, dwie pracowały jako hetery. Panatakis posiadał też szesnaścioro wnuków. W prawej kieszeni dżulbabu nosił listę z ich opisami i imionami — jak twierdził, nie miał pamięci do szczegółów. Tak samo wytłumaczył się podczas procesu dwóch najemników, którzy próbowali go zabić, napadłszy nocą — nie potrafił przypomnieć sobie ich twarzy. Tydzień później wyłowiono z Nilu resztki ich ubrań, poszarpane przez krokodyle. Aneis Panatakis był alexandryjskim faktorem kompanii Njute, Ikita te Berbelek.
Pan Berbelek odnalazł go na zapleczu jego składów. Panatakis poczęstował go qahwą, pikwajami, daktylami, trzykrotnie zaprosił do swego domu, sześciokrotnie pokajał się za podłe warunki, w jakich musi tu przyjmować tak wspaniałego gościa, jeszcze więcej razy przeklął swe ubóstwo, chciwych celników, Hypatię i Nabuchodonozora, wezwał na pomoc wszystkich bogów (nawet tu posiadał ołtarzyki Manat, Kristosa i Merkurego), westchnął za dawnymi, dobrymi czasami, skrzyczał niewolnika, który zjawił się nie w porę z jakąś wiadomością — i dopiero pozwolił panu Berbelekowi przedstawić swą sprawę.
— Mhmmmm — ssał potem w zamyśleniu ustnik fajki — a zatem chcesz, esthlos, po prostu dowiedzieć się o niej wszystkiego, co możliwe.
— Tak.
— I, rozumiem, nie jest to prośba esthlosa Njute.
— Przekazałem ci listy od niego.
— Taak. Wysoka aristokracja. U kuzynki Hypatii. Mhmmmm. Jeszcze qahwy?
— Nie, dziękuję.
— Tak czy owak, poślę do ciebie człowieka w sprawie negocjacji z Afrykańską, esthlos.
Na ulicach królował upał, słońce wypalało ostatnie plamy cienia ze szczelin pomiędzy kamieniami bruku, spod zadaszeń sklepów i pijalni. Przy wiktyce pana Berbeleka czekał Farad, syn seneszala domu esthle Lotty, służący Hieronimowi za przewodnika po mieście. Na widok pana Berbeleka przerwał głośną sprzeczkę z jakimś przekupniem, skłonił się i pomógł esthlosowi wejść do powozu; dopiero wtedy wsiadł sam, zachowując stosowną odległość. Farad miał na sobie tylko krótką spódniczkę i sandały, i Hieronim, który, wyszedłszy z cienia, natychmiast spłynął potem, obrzucił go srogim spojrzeniem.
— Dokąd teraz, esthlos? — spytał młodzieniec.
— Krawiec, dobry i szybki.
— Och, to nie problem, esthle Lotte korzysta z usług najlepszego, zresztą chyba jeszcze dzisiaj powinien przyjść do pałacu wziąć miarę z esthle Latek.
— Kogo?
— Esthle Alitei.
— Ach. No tak. A daleko do jego pracowni? Do południa jeszcze sporo czasu. Muszę się przebrać w coś, mhm nievodenburskiego.
Skóra Farada, podobnie jak wszystkich alexandryjczyków, miała barwę ciemnej miedzi. Na to jednak wystarczyło odpowiednio długo mieszkać w koronie Nabuchodonozora.
Krawiec, stary Med, zdjął miarę osobiście, machnięciem ręki odpędzając pracowników. Pan Berbelek zamówił kilkanaście kompletów ubrań i zakupił jedno już gotowe, uszyte dla kogoś innego, lecz: — On może poczekać — skwitował Med, wydymając wargi. Biel na bieli: luźne, bawełniane szalwary, obszerna kirouffa z bawełny i jedwabiu, z błękitnym wzorem na rękawach. Kirouffa była wytworną wersją humusu, o połach sięgających ziemi i sutym kapturze. Można było ją zapiąć, aczkolwiek za dnia chodziło się w rozpiętej. Do kompletu należały sandały, lecz Hieronim pozostał przy neurskich jugrach o wysokiej cholewie. Med obiecał resztę ubrań jeszcze w tym tygodniu. Odprowadził pana Berbeleka do bramy, nieustannie gnąc się w ukłonach, ten jednak nie miał złudzeń: krawiec tak naprawdę kłania się esthle Lotte.
Wsiadając do wiktyki, Hieronim skrył głowę w cieniu kaptura.
Ihmet Zajdar czekał, jak obiecał, pod posągiem Alexandra na Rynku Świata; mimo tłumu znaleźli go bez kłopotu. Rzuciwszy na Farada krótkie spojrzenie, zaczął od razu w ockim:
— Trzy rzeczy. Po pierwsze, to polowanie. Rzeczywiście ciekawa sprawa, pokażę ci, co oni przywożą z południa. Chyba faktycznie nie zmarnuję czasu, prędzej czy później pewnie sam bym pojechał. Słyszałem, że w mieście są Daniel z Orme i stara Lucinda; nie wiem, czy dopiero wybierają się tam, czy już wrócili. Po drugie, dobra rada dla esthlosa Njute: pażuba. Nowe ziele. W Złotych Królestwach już wypiera haszisz. Idzie na północ z karawanami kadzidlanymi, wkrótce przeskoczy z Europy do Herdonu. Po trzecie, ona. Musimy zdecydować: tu czy wypadek podczas łowów.