Выбрать главу

Zajdar również porzucił europejskie szaty. W kryjącym go od stóp do głów czarnym dżulbabie, z bambusową laską w dłoni, wyglądał jak jeden z Pielgrzymów do Kamienia. Zresztą może rzeczywiście zamierzał wybrać się do AlKaby. Nigdy przecież nie zadeklarował otwarcie swego uczestnictwa w polowaniu z esthle Amitace.

Wskoczył do powozu i usiadłszy po lewicy pana Berbeleka, trzepnął wiktykarzy bambusem po plecach. Krzyknął coś w pahlavi. Ruszyli, zakręcając w Trakt Beleucki, na południe. Słońce bluzgnęło im w oczy. Hieronim naciągnął głębiej kaptur.

— Jak słyszę — podjął w ockim — to już w tej chwili samo się nakręca. Przybywają nimrodowie, coraz słynniejsi, skuszeni plotkami o polowaniach na bestie, jakich świat nie widział, jadą na południe, do nich przyłączają się znudzeni aristokraci, płacąc sowicie, no bo gdzież wspanialsze łowy niż w anthosie tak wielkich myśliwych? Więc co sezon rusza wyprawa za wyprawą, dżurdże, jak je tu nazywają, już nie wypada choć raz nie wziąć udziału, forma towarzyska ogarnia miasto, kraj, powstają pierwsze pieśni i sztuki. Wiedzą, że to forma, ale chcą jej ulec. Pojedziesz? Tylko ogłoś, że jedziesz, też będziesz miał listę chętnych.

— A ty, esthlos? Nie wybierasz się? Aa, no tak, jeśli dostaniesz ją tutaj…

Czy tak mówi o swoich ofiarach? — pomyślał Hieronim. Stojąc z dymiącym keraunetem nad okrwawionymi zwłokami. „Dostałem ją”.

— Czemu sam tego nie zrobisz — mruknął — skoro najwyraźniej tak ci na tym zależy?

Nimrod skierował błękitne spojrzenie na pana Berbeleka. Czy w ogóle dojrzał jego twarz w cieniu kaptura? Bambus stukał o burtę wiktyki. — A chcesz tego, esthlos?

Pan Berbelek nie odwrócił wzroku i Pers w końcu opuścił oczy.

— Moja jest — rzekł pan Berbelek.

— Niebo słyszało, ziemia słyszała — przytaknął pokornie nimrod.

Pan Berbelek policzył uderzenia serca. Dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć, dobrze. Skoro już raz usiadł na dłoni — czemuż nie oswoić tego jastrzębia?

— Teraz powiesz, czegoś nie powiedział.

Ihmet wpatrywał się w koniuszek kija podskakujący w rytm obrotów wysokich kół wiktyki.

— Ardżer, osiemdziesiąty pierwszy, Ręka Thora. Miałeś tylko jedną setnię. Nie widziałem ich od lat, ale to nie znaczy, że nie obchodzi mnie ich los, ty powinieneś to zrozumieć, esthlos. Brat, cała jego rodzina. Nie żyliby. Wyprowadziłeś ostatniego mieszkańca; a nie powinieneś był, statki poszły na dno, Bałtyk był Thora. Uratowałeś wszystkich. Skoro teraz Czarnoksiężnik sięga po ciebie… Jakże mógłbym stać bezczynnie? Esthlos.

Niesamowite, zdumiał się Hieronim, poprawiając machinalnie fałdy kirouffy. Na te tysiące śmiertelnych wrogów, których człowiek narobił sobie, paląc miasta i wyrzynając armie, na te dziesiątki tysięcy — rzeczywiście zyskuje się przy okazji jednego czy dwóch przyjaciół…!

Wiktyka wjechała tymczasem na Most Beleuta, przecinający ukośnie Jezioro Mareotyjskie. Tu rozciągał się Wewnętrzny Port, zmodernizowany za czasów poprzedniej Hypatii, gdy po raz kolejny poszerzono i pogłębiono kanały łączące jezioro z Nilem i Morzem Śródziemnym. Mareot zawsze był jeziorem słonym, ale teraz stanowił właściwie dodatkową zatokę morską. Alexandria rozbudowywała się wokół niego, na nim i nad nim. Z mostu widzieli pierwsze aergarony, pałace zawieszone nad wodami Mareotu, wznoszone przy wschodnim brzegu, gdzie według prawa mogły pływać jedynie łodzie aristokratów. Farad zaraz objaśnił, który aergaron należy do kogo i kto aktualnie przegrywa w tym architektonicznym wyścigu. Z prawej strony natomiast ciągnęły się w łamanej linii kamienne nabrzeża handlowe, cumowały tu feluki i galery, statki morskie i transokeaniki, prawdziwa gęstwa masztów, dźwigów, takielunku. Farad wskazał Hieronimowi składy Kompanii Afrykańskiej, olbrzymie silosy i bakhauzy.

Z mostu zjechali w ulice Górnej Alexandrii. Tu już nie było mowy o starożytnych budowlach, tysiącletnich świątyniach i murach pamiętających czasy Pierwszego Kratistosa. Murowane budynki wznosiły się na siedem, dziesięć, piętnaście pięter, nierzadko łącząc się ze sobą ponad ulicami, co z jednej strony gwarantowało przechodniom błogosławiony cień, z drugiej zaś — człowiek odnosił wrażenie, że wjeżdża do jednego, wielkiego budynku, brudnego labiryntu gigantycznych korytarzy, gdzie można się tylko zagubić. W tej prawie zamkniętej przestrzeni kakofonia głosów ludzkich i zwierzęcych, egzotycznej muzyki i równie egzotycznych śpiewów, niemalże ogłuszała. Pan Berbelek uniósł głowę. Niebo migało nad nim w nieregularnych prześwitach między chodnikami łączącymi tarasy. Tam, na wyższych kondygnacjach, i na płaskich dachach tych domów, tam toczyło się pod słońcem Nabuchodonozora drugie, równoległe życie: piesi, wiktyki, wielbłądy, zebry, humije, konie, muły, kozy, stragany i przekupnie, sklepy i warsztaty. Tylko muchy, moskity i zarży tak samo kłębiły się w słońcu i cieniu. Pan Berbelek niecierpliwym ruchem strącił sobie z twarzy nachalne owady; zaraz wróciły.

Z niewidocznego minaretu muezzin zawodził azan do Popołudniowej modlitwy.

Zakręcali tyle razy, że gdy w końcu się zatrzymali,

Hieronim miał trudności nawet z orientacją podług stron świata. Zajdar zeskoczył pierwszy, bez pukania otworzył drzwi i wszedł do wnętrza. Wiktyka stała w ciemnym, ślepym zaułku, dom miał kraty w oknach, na ścianach świeże wapno. Pan Berbelek wciągnął powietrze przez nos i pożałował: cuchnęło okropnie. Nad drzwiami wisiał szyld, ale napis nie posiadał wersji greckiej.

— Demiurgos Harszin, syn Zebedeusza, syna Kodżiego, taxodermista — przeczytał Farad. Tytuł demiurgosa na szyldzie nie znaczył nic: co drugi rzemieślnik ogłaszał się bez mała teknitesem.

Weszli do środka.

— Bogowie — westchnął Farad, rozglądając się po sali i zatykając nos.

Mimo licznych okien, więcej światła pochodziło z umieszczonych wysoko pod sufitem lamp; okna przesłonięte były stertami zwierzęcych trucheł, wyprawionych i niewyprawionych skór, szkieletów i pojedynczych kości, przeźroczystych i nieprzeźroczystych słojów z zakonserwowanymi w nich fragmentami ciał, jeszcze bardziej tajemniczych pudeł i skrzynek zamkniętych. Piętrzyło się to w hałdach pod wszystkimi ścianami, niegdyś zapewne poustawiane na półkach; może zresztą krył się tam na regałach jakiś porządek, oko bowiem dostrzegało jedynie chaos.

Pan Berbelek przeszedł ku środkowi sali, gdzie na równoległych stołach prezentowały się w całej swej ohydnej glorii nie ukończone jeszcze dzieła mistrza taxodermisty. Dalej, w przejściu do izb w głębi, stały dzieła gotowe. W sumie gapiła się w tej chwili na Hieronima ponad setka martwych ślepi — a co z tymi zwierzętami, co oczu nie mają, i tymi, co wytrzeszczają na razie suche oczodoły…? Pan Berbelek dotknął ostrożnie rozwartego pyska wyprężonego do skoku drapieżcy.

— Co to jest? Hyena?

— Aaaa, nie, nie, esthlos — garbaty staruszek półnegrowej morfy podreptał do pana Berbeleka, przerywając szeptaną rozmowę z Zajdarem. — To zamówienie specjalne, wyzwanie dla demiurgosa. Uśmiechając się, poklepał drapieżnika po nagim, to znaczy bezskórnym grzbiecie. — Nie ma takich istot, ja je tworzę, składam z martwych części. Zrzuciwszy biały kaptur, pan Berbelek rozejrzał się po sali.

— Jak zatem poznać, które zwierzęta są prawdziwe? Nie znam się na miejscowej faunie. To na przykład — to będzie ptak, prawda?