Выбрать главу

Muzeum, założone przez Alexandra w sześćdziesiąte urodziny na wzór ateńskiego Lyceum jego nauczyciela i drugiego ojca, Aristotelesa, pierwotnie składało się z kapliczek poświęconych Muzom (z czasem przekształconych w świątynie najrozmaitszych bóstw), ogrodów, gdzie prowadzono pod otwartym niebem wykłady (z czasem wchłoniętych przez Ogrody Parethene), bestiarium (również wchłoniętego przez Ogrody) oraz założonej przez samego Aristotla biblioteki. Biblioteka, także finansowana z rządowego skarbca, nie skupiała się na dociekaniach fizycznych i poszukiwaniu zofii i okazała się najbardziej użyteczna dla biurokratycznego centrum Imperium Alexandryjskiego, jakim szybko stało się miasto. Wkrótce uniezależniła się, rozbudowując się ponad wszelkie zamierzenia twórcy. Obecnie, po blisko dwóch tysiącach lat nieprzerwanego zbierania, kopiowania, tłumaczenia i archiwizowania książek i wszelkich innych materialnych nośników myśli ludzkiej, Wielka Biblioteka w samej Alexandrii zajmowała ponad dwadzieścia budynków, gdzie pomieszczono kilkaset milionów tomów; nadto istniały rozliczne filie Biblioteki w krajach byłego Imperium. Jedynie Biblioteka Pergamońska za czasów potęgi Seleukidytów mogła się z nią równać.

Dla człowieka z ulicy chcącego skorzystać z tej skarbnicy wiedzy właściwą drogą była droga przez Serapeum. Świątynia Serapisa jako pierwsza została zaanektowana przez rozrastającą się Bibliotekę. Nadal stanowiła miejsce kultu boga płodności i śmierci — choć tu pierwszeństwo posiadała słynąca z licznych uzdrowień świątynia kanopijska — lecz przede wszystkim pełniła rolę publicznego wejścia do Biblioteki. Bibliotekarze i kapłani przez wieki wypracowali kodeks pokojowego współżycia, z którego obie strony były zadowolone.

Wiktyka pana Berbeleka przejechała przez most nad Jeziorem Mareotejskim, skręciła z Traktu Beleuckiego w lewo i ugrzęzłszy w tłoku ulicznym, zatrzymała się pośrodku południowozachodniego kwartału Starej Alexandrii. Hieronim zapłacił wiktykarzowi, po czym, narzuciwszy kaptur na głowę, wtopił się w nurt przechodniów. Wzorem Zajdara nabył bambusowy kij, tak zwaną ryktę — służyła ona głównie do dźgania innych przechodniów w żebra i obijania im łydek, tudzież zastawiania się przed ryktami cudzymi. Aristokraci z zasady nie poruszali się po mieście pieszo i bez towarzystwa sług.

Do Serapeum nie mógł nie trafić, widział je już z daleka. Nawet nie w tym rzecz, że sama budowla była wysoka — a była — lecz stała na olbrzymiej platformie wyniesionej ponad miasto. Pan Berbelek, wspinając się, liczył stopnie wielkich schodów. Sto sześćdziesiąt trzy. Na środku platformy wznosiło się sanktuarium otoczone marmurową kolumnadą. Nie było drzwi ani strażników, w każdym razie —

Hieronim ich nie dostrzegł; każdy mógł wejść. Za kolumnada za cienistym przedsionkiem ze lśniącą mozaiką nasufitową, przedstawiającą Słońce, otwierała się Wielka Sala świątyni, z posągiem Serapisa w centrum. Nie był to oryginalny posąg dłuta Briaxisa, wykonany na osobiste zlecenie Alexandra — tamten uległ zniszczeniu podczas Drugiego Powstania Pitagorejskiego. Zastąpiono go figurą przeniesioną z Serapeum kanopijskiego. Brodaty bóg siedział z rozłożonymi ramionami — pod jednym przycupnął dwugłowy pies, o drugie wspierał się masywny skeptron — a był tak olbrzymi, że jego dłonie dotykały ścian po obu stronach. Ściany były pokryte ornamentami ze złota, srebra i brązu; sam bóg wykonany został ze złota, srebra, ołowiu, rubii i cyny, szafirów, hematytów, emeraldów i topazów. Wysoko w jednej ze ścian znajdowało się małe okno, które otwierano w dzień celebry, gdy wnoszono do sanktuarium Żywe Słońce; przez to okienko wpadał wówczas wąski promień słoneczny i kładł się jasnym pocałunkiem na wargach boga. Samo Żywe Słońce podnoszono na wysokość jego ust — tam zawisało w powietrzu, pomiędzy otwartymi dłońmi boga. Gdy przejeżdżali wczoraj przed świątynią, Farad usłużnie wyjaśnił panu Berbelekowi, iż w ręce Serapisa wbudowano potężne magnesy. Hieronim żałował, że nie dane mu już będzie ujrzeć celebry w ignorancji, jak powinno się czcić wszelkich bogów.

Za posągiem po obu stronach otwierały się drzwi prowadzące do naw bocznych i dalej, w podziemia, ciągle powiększanym labiryntem magazynów sięgające głównego budynku Biblioteki. Pod prawym ramieniem Serapisa znajdował się stół datków dla świątyni, pod lewym — stół datków dla Biblioteki. Darowizny były oczywiście dobrowolne i ich wysokość dowolna, lecz Farad w swoim niepowstrzymywalnym słowotoku zdążył był objaśnić panu Berbelekowi także tę tradycję.

Hieronim skręcił w prawo, sięgnął do wewnętrznej kieszeni kirouffy i złożył na stole pięć talentów zbożowych. Urzędnik Biblioteki podniósł wzrok znad księgi datków.

Pan Berbelek oparł na krawędzi stołu dłoń z pierścieniem rodowym na serdecznym palcu.

— Esthlos Hieronim BerbelekzOstroga szuka mądrości w przybytku Muz — rzekł po grecku.

Urzędnik skinął na jednego z nagich niewolników przykucniętych obok pod ścianą. Niewolnik przyskoczył ku niemu; urzędnik szepnął mu coś do ucha. Doulos oddalił się szybkim krokiem w głąb bocznej nawy.

— Raczysz spocząć, esthlos.

Pan Berbelek usiadł na marmurowej ławie za plecami Serapisa. Dłonie oparł na rykcie wpartej w posadzkę między stopami. Twarz krył mu biały kaptur; żelazny pierścień z Szarańczą stanowił jedyny widoczny znak tożsamości.

— Esthlos?

Uniósł głowę. Przywołana bibliotekarka była bez wątpienia rodowitą alexandryjką, jeśli sądzić po miedzianej skórze, piersiach o klasycznym kształcie, czarnych włosach i prostym, wąskim nosie. Długą spódnicę spinała wysoko w talii sprzączka z gemmem Biblioteki.

Zaprowadziła go do wschodniej nawy, gdzie usiedli przy jednym z niskich marmurowych blatów zastawionych stosami książek. Dwoje bibliotekarzy pracowało w głębi pomieszczenia, rozmawiając cicho nad rozłożonymi papierami. Było to sanktuarium cienia, chłodu i ciszy; lampy dawały tylko tyle światła, by dało się przy nim czytać.

Bibliotekarka poczęstowała Hieronima miodorańczą z wypełnionej owocami misy. Podziękował.

— Berenice — przedstawiła się. — W czym mogę pomóc. Wyjął książkę. Berenice wyciągnęła rękę. Po ledwie zauważalnym momencie wahania wręczył jej czarny tom.

Otworzyła go, przewróciła kilka stron i spojrzała pytająco na pana Berbeleka.

— Greckie, ockie, gaelickie, vistulskie, gockie, moskiewskie lub łacińskie tłumaczenie. Macie któreś z nich? Na pewno macie.

Berenice w zamyśleniu ułożyła sobie zamkniętą książkę na kolanach — brudna czerń na miękkiej bieli — splotła na niej dłonie — teraz spostrzegł, że na kciukach nosi identyczne obrączki — i pochyliła lekko głowę. Oboje skryli swoje twarze: ona — za zasłoną włosów, on — w cieniu kaptura.

— Chciałabym wiedzieć, jak wszedłeś w jej posiadanie, esthlos.

— Macie te tłumaczenia czy nie?

— Och, na pewno mamy.

— Więc?

— Jak? — powtórzyła. — Esthlos?

— O co chodzi? To jakiś rzadki okaz?

— Naprawdę nie wiesz —

— Czy przychodziłbym tutaj i pytał —

— No tak. Tak. — Milczała przez chwilę. — Właściwie powinnam o tym zameldować zwierzchnikom.

— O czym, na bogów? Przynajmniej powiedz mi, co to za książka. Co to za język. Co w niej jest napisane. Wiesz przecież.

— Wiem, wiem, znamy takie książki.

Sposób, w jaki to powiedziała — intonacja, z jaką opuściło jej wargi słowo „takie” — otworzył w głowie Hieronima ścieżkę szybkich skojarzeń. Biblioteka Alexandryjska jest instytucją teoretycznie niezależną, lecz znajduje się przecież na ziemi Hypatii, w anthosie Nabuchodonozora. Berenice, będąc rodowitą alexandryjką, nosi w sobie wszystkie dobrodziejstwa i przekleństwa tej Formy.