Pan Berbelek zrzucił kaptur. Obróciwszy się ku kobiecie, ujął ją lekko za ramię. Drgnęła.
— Możesz mi powiedzieć — rzekł. — Powinnaś. Odruchowo skinęła głową.
— Światło naszej Pani, prawdopodobnie z pierwszego druku — zaczęła szybko. — Język Labiryntu, jedno z pism świątynnych Kaftoru, nie używany przez tysiąclecia. Kiedy po Piątej Wojnie Kratistosów i Wygnaniu Illei Kollotropyjskiej pojawiły się kulty księżycowe, przyjęły one tamte tradycje i potraktowały ten skompletowany na nowo język jako swoisty szyfr. Pisma i książki zaczęły krążyć po Europie i Afryce Alexandryjskiej. Tuż po Wygnaniu kratistosi pozostawali szczególnie wyczuleni, naciskali na władców, wszystkich pochwyconych wyznawców Pani skazywano na śmierć. Minęło kilkaset lat, ale podobna książka nadal stanowi poszlakę obciążającą pod anthosem większości kratistosów. Także tutaj, także pod anthosem Nabuchodonozora; zwłaszcza tutaj. Przecież musisz wiedzieć, esthlos: Potnia ongiś władała tymi ziemiami, od Pirenejów po Sadarę i Axum. Mamy te tytuły w Bibliotece, bo mamy wszystkie, ale nie wypożycza się ich i nikt z zewnątrz nie posiada do nich dostępu.
Przeklęta Magdalena Leese, pomyślał pan Berbelek. Jeszcze tylko tego mi brakowało. Jeśli Szulima również w tym tkwi…
Ścisnął ramię Berenice; przecież już mu uległa, nie odmówi teraz.
— Oddaj.
Ale ona poderwała się, oswobodziła z uchwytu, odstąpiła od stołu. Książkę przycisnęła do piersi (brudna czerń na jasnym brązie).
— Myślę… myślę, że teraz już pójdziesz, esthlos.
I to by było tyle, jeśli chodzi o powrót wielkiego strategosa, westchnął w duchu Hieronim, z powrotem naciągając na głowę kaptur. Byle bibliotekarka — już wystraszona, a mimo to bez problemu ucieka mi spod ręki. Inna rzecz, czy ja rzeczywiście położyłem na szali morfę strategosa, przecież nie poderżnąłbym jej gardła, to nie był rozkaz, nie składała mi nigdy przysięgi. Nie jesteś kratistosem, Hieronimie, ani królem, ani aristokratą czystej Formy. Dziecinne wyobrażenia Abla rzucają ci się na umysł. Czarnoksiężnik zjadł twoje serce, zapomnij o tamtym życiu.
Wyszedł z Serapeum na rozsłoneczniony plac. Z wysokości stu sześćdziesięciu trzech schodów widział całą Starą Alexandrię, aż po świątynię Izydy i Wielką Latarnię na wyspie Pharos. Niebo było bezchmurne, niepokalany błękit, z którego spływa oczyszczająca jasność. W kilka uderzeń serca całkowicie zmienił się Hieronimowi nastrój. Mimo wszystko — pomyślał, wciągając do płuc morską bryzę — mimo wszystko Ihmet miał rację: długie dni, ciepłe noce, światło rozpuszczone w powietrzu, ludzie piękniejsi, zdrowsi, przyprawy bardziej pikantne, wina bardziej gorzkie; tak można wmówić w siebie życie i radość z życia, to jest szlachetna forma. Tysiąc błogosławieństw dla Nabuchodonozora Złotego! Nie poddam się. Zawsze mogę przynajmniej splunąć jej w twarz, prawda?
Schodząc z platformy świątynnej, pan Berbelek śmiał się na głos.
Rozdzielili się pod Fontanną Hezjoda. Alitea była przekonana, że on zamierza odwiedzić rzymski burdel, dobrze odczytała jego nastrój, ale Abel był podekscytowany zupełnie czym innym. Wczoraj, po wieczerzy, zagadał się z Zenonem, synem esthle Lotte z pierwszego małżeństwa. Niewolnice wciąż dolewały wina, rozmowa meandrowała, dokąd tylko prowadziły ją pierwsze skojarzenia — circus Aberrato K’Ire czarne olimpiady, rzymscy gladiatorzy — i wtedy Zenon opowiedział o tym miejscu i pokazał swą bliznę, ukrywaną przed matką i familijnym teknitesem ciała: wąską, bladą szramę na biodrze. — Każdy młodzieniec z dobrego domu ma chociaż jedną — zapewnił Zenon. — To jest teraz w modzie. Chodzą wszyscy. Nie wypada unikać. Ogrody Parethene, oczywiście Dies Martis, godzina po zmierzchu, ale trzeba być wcześniej. Ogród Dwudziesty Drugi. Za poręczeniem. Jedna blizna, jedno poręczenie. Chcesz?
Co za pytanie! Forma nie dopuszczała odmowy, tylko tchórz by odmówił — nic dziwnego, że „chodzą wszyscy”. Ale on naprawdę chciał. Choć może właśnie Forma sprawiła, że chciał. Z salonu do salonu, z dzielnicy do dzielnicy, gdziekolwiek spotka się dwóch lub więcej dobrze urodzonych, młodych mężczyzn, wystarczy, że tylko jeden ją narzuci świadomie, mimowolnie — ona zwycięży, niemożliwa do odwrócenia, poniosą ją dalej… Kiedy tak o tym teraz myślał, wchodząc do Ogrodów, obejrzawszy się raz za siebie, na wieczorne miasto, Alexandrię od horyzontu po horyzont, od nieba do nieba, naszło go wyobrażenie tej niewidzialnej pięści, zamykającej się na stolicy Aegiptu i wyciskającej z niej najświeższe, najżywsze soki wprost na żyzną ziemię Ogrodów Parethene, co tydzień, w Dzień Marsa, godzinę po zmierzchu. Jeśli jacyś w ogóle istnieją, to tylko właśnie tacy bogowie, rzekł sobie Abel. I tak właśnie składamy im ofiary: gorliwie, z chęcią, z własnej, nieprzymuszonej woli. Bo wiem, że to Forma, ale chcę jej ulec. Gdybym tu nie przyszedł, nie potrafiłbym spojrzeć im w twarz: Zenonowi, innym, którzy wiedzieliby, że odmówiłem. Wstydem nie rządzi rozum. Wstyd rodzi się z dokonywanego nieustannie porównania z obrazem człowieka takiego, jakim chcielibyśmy być. Tak samo ojciec powinien był pokarać tego mordercę na „Al-Hawidży”; wstyd, że pozwolił mu umknąć. Ja wiem, jak nie mogę się nie zachować. Nieświadomie gładził przez cały czas rękojeść gockiego kandżaru ukrytego pod kirouffą.
Święte Ogrody Parethene założono jeszcze pod aurą kratisty Mei, przed Wojnami Kratistosów. Powiada się, że wszyscy najlepsi teknitesowie ge i flory to kobiety, ich to dzieła przechodzą do historii. Twórcą Ogrodów była Maria Anatolijka, Czarna Gołębica, ta, która wyhodowała palmę mleczną i pszenicę piaskową, sierb i zerbigo. Przemorfowała ów skrawek aegipskiej ziemi w ten sposób, że każda roślina była odtąd zdolna narzucić mu swoją Formę — najbardziej egzotyczne okazy z najodleglejszych zakątków Ziemi rosły tu w warunkach zbliżonych do tych z kraju ich pochodzenia. 0uż za czasów Nabuchodonozora część Ogrodów obudowano panelami z vodenburskiego szkła, aby zapewnić dodatkową izolację). Sofistesi do dzisiaj spierali się, na czym właściwie polegała morfa Czarnej Gołębicy, co takiego zrobiła ona tutaj z kerosem.
Ogrody Parethene były dostępne dla gości przez całą dobę, opłata wynosiła dwadzieścia drachm. Abel zapłacił i wszedł. Od stojącej za bramą kapliczki Parethene alejka rozwidlała się, odnogi biegły w przeciwne strony, po obwodzie. Wewnątrz tego okręgu znajowały się ogrody zamknięte, pozostające zazwyczaj pod patronatem świątyni bądź wysokich domów; na zewnątrz — ogrody otwarte, pod patronatem Hypatii. Ogród Dwudziesty Drugi był ogrodem wewnętrznym, zapisanym na Ptolemeuszy.
Zapadał już zmierzch, niewolnicy zapalali lampy. Oświetlano tylko obwodową aleję, wnętrza ogrodów szybko pogrążyły się w półmroku, splecionym z milionów ruchomych cieni. Mijając kapliczkę, Abel spojrzał ponad żelaznym ogrodzeniem — z północnych ogrodów widać doskonale morze, Wielką Zatokę i Pharos, odbite światło latarni Przedziera się przez gąszcz nawet tutaj. Abel wszakże skręcił na południe.
O tej porze Ogrody odwiedzali głównie szukający odosobnienia kochankowie; dwudziestodrachmowa wejściówka była między innymi po to, by zniechęcić do korzystania z nich kurwy uliczne. Ogród Induski, Ogród Hatata, Ogród Antypodów — te cieszyły się największą popularnością. Niewielu odwiedzało Ogród Lodowy i Ogród Sadary.
Abel minął pierwszy zakręt. Przy każdej odnodze stał mały posążek Parethene, po trzymanym przez nią atrybucie można było rozpoznać charakter danego ogrodu. Zenon powiedział Ablowi, by ten skręcił przy Parethene ze smokiem u stóp.