Lecz nie powiedział mu, że jest to zaledwie drugi ogród południowej alei i Abel, zaskoczony, przystanął na widok kamiennej figury kobiety i potwora. Dłoń ściskała mokrą od potu rękojeść kandżaru. Oblizał wargi, rozejrzał się — nikt akurat nie przechodził, zresztą jakie to ma znaczenie, czy ktoś go zobaczy, o to przecież chodzi, niech wszyscy zobaczą, jak Abel Latek, Abel Berbelek tym oto handżarem —
Mogło mi się coś stać, mogłem zabłądzić, ojciec mógł mnie złapać i zabronić, wcale nie muszę tam iść, jakoś się wymówię, uwierzą — wiedział, że nie uwierzą — przecież byle kamień pod stopą, byle potknięcie w złej chwili, przypadek, pchnięcie między żebra, lekarz nie zdąży, to się zdarza, Zenon mówił, że się zdarzało — ale przypadek nie ma wpływu na Formę, czy Alexander Wielki mógłby zginąć, spadłszy z konia? — jeśli teraz wrócę, a nikt mnie nie widział, nikt więc nie będzie wiedział, że —
Zostawił posążek daleko za sobą, był już przy drzwiach ogrodu, stalowe godło Ptolemeuszy — orzeł na błyskawicy — lśniło w półmroku. Otworzyły się, zanim zapukał. Zenon czekał przy odźwiernym, gotów poręczyć.
— Wchodź, wchodź, zaczęli wcześniej!
Poczęstował go tytońcem. Abel zaciągnął się głęboko. Trzymał tytońca w lewej dłoni; spojrzał — nie drżała. Uśmiechnął się krzywo.
— Dobrze; miałem nadzieję, że nie będę musiał czekać.
Ziemię Smoków, Południowy Herdon porastały najwyraźniej gigantyczne drzewa o pniach niczym wieże, ich wysokie korony całkowicie przesłaniały ciemniejące niebo. Drogę wskazywały papierowe lampiony i echo grupowych pokrzykiwań. Szli za niewolnikiem dźwigającym na ramieniu wielką amforę. Zenon popędzał Abla, zaraz wyprzedzili doulosa. — No chodź, niech przynajmniej zobaczę, jak to się kończy! — Z konarów gigantycznych drzew zwisały girlandy ciemnofioletowych pnączy, o lekko fosforyzujących, czerwonych kwiatach. Wchodząc na polanę, Zenon cisnął niedopałek do wnętrza jednego z ich kielichów. Kwiat natychmiast zacisnął się w purpurową pięść.
Na polanie zebrała się blisko setka ludzi, chłopcy i dziewczęta, zapewne nikt starszy ponad dwadzieścia pięć lat; w jednomorfowej perfekcji swych ciał, dodatkowo idealizowanych przez hojnie opłacanych teknitesów, podobni do siebie niczym bracia i siostry, wszyscy aristokraci lub potomkowie rodów do aristokracji aspirujących, przyszła elita Alexandrii, Dzieci Nabuchodonozora. Śmiali się, skandowali przekleństwa, wyzwiska i zachęty, pili z kryształowych pucharów ciemne wino, palili w perskich fajkach słodki haszisz. Część siedziała na trawie w rozłożystych korzeniach smoczych drzew, kilka par pogrążonych w pieszczotach przestało nawet zwracać uwagę na otoczenie — lecz większość stała w szerokim kręgu wokół centrum polany, gdzie jeden nagus z nożem w garści gonił drugiego nagusa z nożem. Pierścień czerwonych lampionów wisiał nad ich głowami.
Zenon z Ablem przepchali się do pierwszego szeregu, Zenon porwał po drodze od przechodzącego doulosa czarę z winem.
— Ha! Wiedziałem! Serce myszy! — Splunąwszy z obrzydzeniem, wyciągnął w stronę uciekającego nożownika rękę z palcami wyprostowanymi w geście Odwróconych Rogów.
Abel spostrzegł, że inni wykonują ten sam gest. Głosy przeklinały tchórzostwo Gajusza i ponaglały Axyndra, by wreszcie dopadł tamtego. Abel zaciągał się desperacko tytoniowym dymem, ale to też już nie pomagało.
Przeciwnicy gonili się po okręgu, musiało to trwać już dłuższy czas, raczej truchtali, niż biegli, Axynder wrzeszczał na Gajusza, wymachując nożem, czerwony na twarzy, Gajusz oglądał się przez ramię. Żaden z nich nie był nawet draśnięty.
W pewnym momencie Gajusz zatoczył się i potrącił jednego z widzów; ten odepchnął go i Gajusz przewrócił się, padając na plecy. Axynder doskoczył do niego — teraz go zabije, pomyślał Abel — Gajusz odrzucił precz nóż i Axynder postawił stopę na jego piersi. Obaj dyszeli ciężko.
Tłum zaczął skandować jedno słowo: — Hołd! Hołd! Hołd! — Forma sytuacji była tak silna, że Abel ani się zorientował, a sam jął wykrzykiwać owo żądanie, chwila musi się dopełnić, taka jest oczywistość: — Hołd! Hołd!
Axynder przysunął brudną nogę do ust pokonanego. Gajusz nie mógł się już nawet zawahać. Z zamkniętymi oczyma uniósł głowę i pocałował stopę zwycięzcy.
— Axynder! Axynder! Axynder! — skandował tłum, Abel wraz z nim.
Do Axyndra podbiegły dwie dziewczyny, zaczęły się uściski i całusy, Axynder, promieniujący tryumfem, wznosił do góry czystą klingę niczym jakieś trofeum; ktoś wręczył mu kielich wina, on wylał je sobie na głowę. Wszyscy się śmiali.
Gajusz odczołgał się poza zasięg światła czerwonych lampionów.
— No dobra — mruknął Zenon i oddał Ablowi pustą czarę. — Herman jest. Póki się nie rozejdą.
I nim Abel pojął znaczenie jego słów, syn esthle Laetitii Lotce wystąpił na środek polany i trzykrotnie klasnął.
— A teraz! — zakrzyknął. — Panie i panowie! Teraz! Bo wieczór dopiero się zaczął! Nie odchodźcie! Teraz! Szacunek dla esthlosa Hermana z Meretepów! Syna Admosa! Krwi tysiącletniej! Prawnuka Pogromcy z Rodos! Dziewiętnaście lat! Trzecie wyzwanie! Cztery blizny! Szacunek! Teraz! — Herman wystąpił z kręgu na środek polany, za całe odzienie miał białe szalwary, szybko je zrzucił; ktoś cisnął mu nóż, Herman złapał go w powietrzu. Zenon zwrócił się ku Ablowi. — Teraz! Teraz! Szacunek dla esthlosa Abla z Berbeleków! Syna Hieronima! Hieronima Berbeleka! Tak! Strategosa Europy! Zwycięzcy z Umity! Zwycięzcy z Finas! Zdobywcy Psiego Grodu! Pioruna Vistulii! Hańby Czarnoksiężnika! Tak! Syna Hieronima Berbeleka! Szesnaście lat! Pierwsze wyzwanie! Szacunek! Teraz! Tu! Teraz!
Z każdym wykrzykiwanym honorem ojca Abel z coraz większą pewnością czuł, że przegra, że musi przegrać, zwycięstwo jest niemożliwe. Powoli i spokojnie, niczym w transie — pewność była tak wielka — zdjął kirouffę i szalwary, rozpiął sandały, wyjął z pochwy gocki kandżar. Na moment zagapił się na czarne, zakrzywione ostrze z purynicznej stali. Rękojeść-kobra była mokra od potu, otarł dłoń o udo.
Zenon, wracając do szeregu widzów, klepnął Abla w plecy. Abel uniósł głowę. Nic nie słyszał, oni już coś skandowali, ale on nie słyszał, czerwone światło odebrało mu słuch. Herman szedł ku niemu, wyższy o pół pusa, z nożem ściskanym w dziwnym uchwycie na wysokości piersi. On trenował, pomyślał Abel, on już walczył, on umie. Ja sztyletem tylko się bawiłem. Nie mam prawa wygrać. Powinienem rzucić broń i paść na ziemię, ucałować mu stopy. Inaczej potnie mnie. Szlachtt!
Wyobraził to sobie: jak klęka i całuje jego stopy. Krew uderzyła mu do głowy. Wyszczerzył zęby. Szacunek dla esthlosa Abla Berbeleka! Syna Hieronima! Skoczył na Hermana. Tamten zamrugał, uniósł nóż, w ostatniej chwili opuścił go, cofnął się, odwrócił i zaczął uciekać. Abel zawsze był szybki, w gymnazjonie prześcigał wszystkich rówieśników. W dziesięć susów dopadł Hermana, ciął go przez plecy, przez udo, przez ramię, przez plecy; złapał go za włosy i szarpnął, zatrzymując w miejscu, po czym wbił mu kandżar w prawy pośladek.
Herman upadł. Dyszącego Abla odciągnął Zenon. Nad pokonanym pochylali się już lekarze, demiurgosi krwi i kości. Abel odwrócił zdumiony wzrok.
Wysoka aristokratka o diamentowych pierśczykach i kolorowym tatuażu oplatającym szyję podała Ablowi wielki kielich pełen wina. Uśmiechała się szeroko. Abel, ruchem tak naturalnym jak otarcie potu z czoła, przygarnął ją do siebie i pocałował, łapczywie wyjadając oddech spomiędzy jej warg.