Выбрать главу

Zenon szarpnął go za ramię i wzniósł ponad głowę jego prawą dłoń, nadal zaciśniętą w pięść. Już wszyscy skandowali, taka była oczywistość:

Abel! Abel! Abel! Abel! Abel!

* * *

Pierwszą rzeczą, jaką esthle Laetitia Lotte zrobiła, powróciwszy do Alexandrii, było zorganizowanie powitalnego przyjęcia. Witała bynajmniej nie esthle Amitace; chodziło o to, by alexandryjska aristokracja mogła się przywitać z Laetitia. Przyjęcie miało być, według słów Lotte, „dosyć skromne”. Zaprosiła nieco ponad setkę gości. Wieczorem trzeciego Maiusa, o Przyklęku Słońca — gdy krawędź tarczy słonecznej dotyka złotego posągu Alexandra — otworzyły się wrota pałacu.

Gościnność esthle Lotte, jakkolwiek wielka, miała swoje granice, nigdy nie było zresztą zwyczaju refundować gościom zakupów i pan Berbelek musiał zapłacić za ubrania dla siebie i dzieci z własnej kiesy. Mimo wszystko uniósł brew, gdy ujrzał rachunek przedstawiony przez medyjskiego krawca i babilońskiego jubilera Lotte: dziewięćdziesiąt procent należności to była należność za stroje Alitei. Zapłacił oczywiście bez kłótni; niemniej przy pierwszej okazji przepytał Porte i Antona co do krążących wśród służby i niewolników plotek (najpewniejsze źródło informacji w każdym domu) i wyszło na jaw, czego w gruncie rzeczy Hieronim się spodziewał: Alitea większość czasu spędzała z esthle Amitace, w pałacu lub w mieście, w ekskluzywnych łaźniach i someach teknitesów ciała, także zakupów dokonywała w towarzystwie Szulimy. Ona morfuje ją na moich oczach, irytował się w duchu pan Berbelek. Teraz, gdy Alitea jest najbardziej podatna, Amitace kształtuje jej przyszłość. I jak ja mogę temu zapobiec? Nie mogę; musiałbym złamać Formę własnej córki, musiałbym związać jej wolę. Kiedy to się zaczęło, na „Al-Hawidży”? Czy już podczas spotkania w cyrku? Bo prawdą jest, że rodzice nigdy nie są najbliższymi przyjaciółmi swych dzieci; ta rola przypada zawsze obcym, gdy dzieci poszukują sposobu na wyrwanie się spod formy ojca, matki — i wpadają na oślep w formy przeciwne. Tylko że w przypadku Abla to ja jestem tym obcym. Alitea zaś — Alitea znalazła sobie Starszą Siostrę.

Gdy jednak ujrzał ją owego wieczoru w wielkim atrium pałacu, u boku kuzynki Hypatii, witającą się z nowo przybyłymi gośćmi, w jednym z tych strojów, za które zapłacił był małą fortunę — cała złość z niego wyparowała i przyznał spokojnie, że przegrał tu z Szulimą i w istocie nie jest nawet z tego powodu zły. Ujrzał bowiem piękną kobietę, dummną aristokratkę. W ciągu tych kilku dni Amitace prawie zdołała przeobrazić Aliteę w alexandryjkę, nawet jej skóra jakimś cudem zaczęła nabierać owego miedzianego odcienia, barwy „nabuchodonozorowego złota”. Czarne loki spadały na plecy w starannie ufryzowanych falach, aż do równie czarnego, szerokiego pasa, przeszywanego srebrnymi nićmi, spod niego wypływał śnieżnobiały jedwab długiej spódnicy, rozciętej prawie do kolana, w rozcięciu migały złote rzemienie wysokich sandałów, kilkakroć obiegające smukłą łydkę; ta noga była lekko wysunięta. Alitea stała wyprostowana, z głową odchyloną do tyłu, uniesionym podbródkiem, ramionami cofniętymi, piersiami — co prawda jeszcze dalekimi od nabuchodonozorowej morfy — podanymi w przód, srebrny naszyjnik schodził między nie soplem zimnego metalu, na pół skryte za widnokręgiem Słońce krzesało na nim ostre błyski, gdy Alitea unosiła prawą rękę, odwracając dłoń, by witający się aristokraci mogli ucałować w pokłonie wnętrze jej nadgarstka, i wysocy aristokraci Aegiptu istotnie kłaniali się, składali formalne pocałunki, ona nagradzała ich skinieniem głowy i ruchem czarnego wachlarza ze skrzydła bazyliszka, trzymanego w ręce prawej, z lekkością i konfidencją godnymi zaiste esthle Amitace, otworzyć, złożyć, otworzyć, zatrzepotać, złożyć, dotknąć ramienia gościa — nawet gdy już potem odeszli i zmieszali się z innymi, oglądali się na Aliteę, wymieniali półgłosem uwagi, próbowali pochwycić jej spojrzenie. Udawała, że nie dostrzega.

Po prawicy esthle Lotte stali jej synowie oraz esthle Amitace i esthlos Kamal, przyrodni brat Laetitii. Miał to miejsce zajmować esthlos Berbelek, lecz wymówił się interesami. Co gorsza, wymówka była prawdziwa: zgodnie z informacją otrzymaną od Aneisa Panatakisa, zaproszenie przyjął i w pałacu esthle Lotty pojawił się esthlos Qethar Anudżabar, jeden z dwóch głównych udziałowców Kompanii Afrykańskiej. Nie czekając na formalne przedstawienie, podszedł do Hieronima i zainicjował rozmowę. Oczywiście był odeń znacznie wyższy; spod rozpiętej kartiby wyzierał czarny, muskularny tors (Anudżabar przez większą część roku mieszkał w anthosie Meuzuleka, w twierdzy Sala na zachodnim wybrzeżu Afryki), twarz okalała przycięta w kwadrat broda, grube wargi nieustannie wykrzywiał bezczelnie szczery uśmiech. Wobec małomówności Berbeleka łatwo narzucił formę konwersacji. Kieliszkiem absyntu wskazywał poszczególnych gości i półgłosem powtarzał Hieronimowi co zabawniejsze plotki na ich temat; czasami te plotki okazywały się w istocie aluzyjnymi komentarzami do złożonych w listach Kristoffa Njute propozycji handlowych. Pan Berbelek słuchał z ciekawością. Esthle Lotte chyba rzeczywiście znała każdego, kogo opłacało się znać w Alexandrii.

— Esthle Marta Odijja, Druga Powierniczka Gemm, w istocie kontroluje kancelarię Hypatii, dzieliła z Hypatią ostatnich dwóch kochanków; kiedyś wpadła w szał i udusiła kilka swoich niewolnic. O, a to Izydor Wół, uśmiechnij się do niego, esthlos, ci dwaj to jego ochrona, byli żołnierze Horroru, dziwne, że w ogóle przyszedł, żebyś widział, w jakiej fortecy mieszka; kiedyś miał prawie monopol na handel ze Złotymi Królestwami, ostatnio się popsuło, ostra konkurencja, już trzy zamachy, może więcej. Uprak Indus, nie ten, w lewo, ten obok Rzymianki z rubinem w cycku, Uprak odziedziczył szaleństwo Chimeroysa, forsuje projekt tamy na Nilu, utopił już w tym połowę fortuny, Hypatią i Nabuchodonozor oczywiście nigdy nie wyrażą zgody, ale, na Kristosa, nie mów mu tego, he he! O, pojawił się nasz skośnooki dyplomata, Uzo, człowiek ipońskiego cesarza, rzadko odwiedza miasto, trzyma się na granicy korony złotego. Bardzo popularny na dworze, daje niebotyczne łapówki. Żebym jeszcze tylko wiedział, w jakim celu. Za kwiatami japrysu, pod parasolem — siostry Iczepe z Ptolemeuszy. Azi i Trez, ale nie odróżnisz, która jest która: mieszkają razem, wyszły za tego samego mężczyznę, teknites usuwa im wszelkie różnice ciał, same chyba się nie odróżniają, jedna morfa. O, ten młodzian, który nie może oderwać się od ręki twojej córki — esthlos Dawid Monszebe, z Drugich Monszebów, wnuk Namiestnika Górnego Aegiptu, ares. Chciał uciec do Horroru, ojciec trzymał go pod strażą przez pół roku. Widać się ugiął; albo też Dawid złożył jakąś przysięgę. Ci, co właśnie wchodzą, Glakkowie. Mieli w rodzinie demokratę, podejrzana morfa, lepiej się trzymać z daleka. Ta piękność, co właśnie wita się z Laetitią — esthle Ignatia z Aszakanidów, pochodzą z Indu, ale od dwóch pokoleń w koronie Złotego, Ignatia ponoć nawet spotkała się osobiście z kratistosem. Po drugiej stronie basenu, przed flecistą — esthlos Heine Onykos, dopiero co wrócił z dżurdży. Właśnie, przecież ty się wybierasz na dżurdżę, prawda, esthlos?

— Zostałem zaproszony.

— To jak, jedziesz, nie jedziesz? Pogadaj z nim.

Esthlos Anudżabar bez problemu przekonał seneszala, by do wieczerzy posadził ich przy jednym stole. Esthlos Onykos istotnie zaraz został zapytany o swoją niedawną wyprawę myśliwską.

— Tego nie da się opowiedzieć — rzekł wreszcie, pomamrotawszy i poszarpawszy się za brodę. — Jak sobie teraz przypominam… To wszystko było nie tak. To znaczy — przywieźliśmy przecież rozmaite trofea, ale one też już są niepodobne, to była zupełnie inna forma, nie do utrzymania w koronie Nabuchodonozora; i tak samo jest ze wspomnieniami. Co ja mogę wam opowiedzieć? Że potwory? No potwory. Trzeba samemu pojechać i zobaczyć.