— Jak daleko zaszliście? — dopytywał się Qethar.
— Nie tak daleko. Dwie dziesiąte drugiego kręgu. Północny brzeg Żółwiej. Lucinda chciała iść dalej, ale nimrodowie zawsze chcą. Xewry i humije przestawały się nas słuchać, jedzenie smakowało już okropnie, w nocy kamienie wpełzały zwierzętom pod skórę, jeden z niewolników zaczął srać ustami —
— Eee, nie przy jedzeniu! — skrzywiła się esthle Ignatia Aszakanidyjka.
— Przepraszam. W każdym razie zdecydowaliśmy, że czas wracać.
Pan Berbelek słuchał w milczeniu.
— Ponoć pomaga, jeśli napoić je pażubą — odezwał się esthlos Dawid Monszebe, który również siedział przy tym stole. Przez większość czasu okręcał się na krześle, by móc spojrzeć na usadzoną przy stole Lotte Aliteę, i nie zwracał uwagi na dyskusję. Hieronim zastanawiał się, czy młody ares w ogóle wie, że ten tu esthlos Berbelek jest ojcem dziewczyny; może przedstawiano ją tylko jako Aliteę Latek.
Esthlos Onykos chrząknął pytająco.
— Wywar z pażuby — wyjaśnił Monszebe. — Dodać do wody dla zwierząt. Chętniej pójdą. Słyszałem, że dzicy tak robią. Szamani podają pażubę wojownikom, którzy idą za Suchą Rzekę.
— Jest takie szaleństwo, znane jeszcze starożytnym — włączył się Qethar, otarłszy usta. — Ciało wtedy odpada kawałkami, skóra, mięśnie, do kości —
— Lepra — rzuciła młoda Negryjka.
— No nie przy jedzeniu, nie przy jedzeniu!
— Prosimy o wybaczenie. — Anudżabar skłonił się ponad stołem. Zaraz jednak kontynuował. — Otóż doszła mnie plotka, jakoby pażuba w dużych dawkach wywoływała leprę.
— W dużych dawkach nawet kalokagatia jest niezdrowa — skwitowała esthle Ignatia, na co wszyscy uprzejmie się zaśmiali; na podobne żarty mogą sobie pozwolić jedynie niekwestionowane piękności. Bodaj tylko Hieronim spostrzegł, że w istocie był to żart polityczny: mówiąc, spoglądała na Ipończyka Uzo, siedzącego przy sąsiednim stole.
Po wieczerzy, gdy goście rozdzielili się i część udała się do sali tańców, część — oglądać występy opłaconych przez Laetitię aktorów, akrobatów i magoi, część rozeszła się po pałacu, a część wyszła do ogrodu — esthlos Anudżabar zaprosił pana Berbeleka na fajkę pod Księżycem. Księżyc był w półcieniu, rozcięty światłem i ciemnością dokładnie między morzami, rzucał na ogród różowy blask, w którym wszystko było bardziej miękkie, obłe i śliskie. Usiedli na jednej z kamiennych ław, otaczających plac z wodotryskami. Statuy mężczyzn, kobiet i fantastycznych kakomorfów, z których pod różnymi kątami tryskała woda, wykonane były podług kanonów sztuki nabuchodonozorowej — helleński naturalizm, jednolite proporcje, aegipski ideał piękna — podczas gdy sam pałac powstał jeszcze za czasów Chimeroysa, potem jedynie odnawiany i przystosowany do nowych obyczajów. Stąd między innymi atrium otwarte na frontowy dziedziniec i irytująca asymetria planu. Berbelek i Anudżabar usiedli po lewej stronie placu. Przed sobą, za kurtynami srebrnych kropel, mieli rozświetlony tysiącem lamp i pochodni profil budynku; za plecami — szelest niewidocznych palm i akacji, i szum wód bliskiego Jeziora Mareotejskiego; a ponad głowami — bezchmurne niebo tak gęsto inkrustowane gwiazdami, że nawet bez półksiężyca niemal oślepiające. Alejkami spacerowała leniwie para gampartów.
Doulos przyniósł długie fajki z drzewa horusowego, o kamiennych cybuchach. Qethar wybrał ze szkatułki zielnej mieszankę, jedna czwarta hasziszu. Zapalili. Do ogrodu wychodzili inni goście, zazwyczaj zatrzymując się przy kompleksie wodotrysków. Pan Berbelek spostrzegł Abla w otoczeniu kilku młodszych gości. Już wcześniej rzuciła mu się w oczy zmiana, trudne do pochwycenia w pojedynczym obrazie przesunięcie ciężaru Formy chłopaka. Na przykład teraz: ustawiają się wokół niego tak, by wszyscy mogli widzieć jego twarz, milkną, gdy on mówi, nie przerywają temu, na którego właśnie patrzy — starsi przecież od Abla, wyżej urodzeni, mężczyźni i kobiety. Ogląda się na przechodzącego niewolnika — nawet nie zdążył wyciągnąć ręki, ktoś inny podaje mu kielich z tacy. Śmieją się, gdy on się śmieje. Coś się za tym kryje, coś się wydarzyło — ale w jakiej formie mógłbym go o to otwarcie zapytać? Czy w ogóle istnieje taka forma?
— „W krzyku poznajemy wroga, w milczeniu — przyjaciela” — zacytował esthlos Anudżabar.
— „Największe kłamstwa wypowiadane są w ciszy” — odpowiedział cytatem pan Berbelek.
Siedzieli zwróceni w tę samą stronę — nogi wyciągnięte na krótko przyciętej trawie, fajki oparte na piersi — nie patrzyli na siebie, noc pośredniczyła w dialogu.
— „Ludzie silni są ludźmi prawymi i prawdomównymi, albowiem każde kłamstwo wymaga wyparcia się swojej morfy i kłamcy najdoskonalsi wkrótce zapominają, kim są”.
— „Gdy spotka się dwóch kłamców, czyja Forma zwycięży: lepszego czy gorszego kłamcy?”
— Zdobywszy miasto, Xerxes rozkazał ściąć wszystkich ocalałych jego mieszkańców, albowiem zamknęli przed nim bramy i opierali mu się, chociaż wcześniej poprzysięgli lojalność. Wówczas poczęli występować kolejni pokonani, zaklinając się, iż oni pragnęli dochować przysięgi, lecz nic nie mogli poradzić przeciwko większości. Xerxes zapytał tych, którzy milczeli, czy to prawda. Zaprzeczyli. Kazał ściąć wszystkich. Zapytany, skąd wiedział, którzy kłamali, odparł: „Ponieważ ich pokonałem”.
— „Nie wierz człowiekowi, który nie wypowiedział w życiu ani jednego kłamstwa”.
— Jedną co najmniej korzyść odnoszą kłamcy: że gdy mówią prawdę, nikt im nie wierzy.
— „Obraża bogów, kto okłamuje dziecko”.
rodzinie kłamców przyszło na świat prawdomówne dziecko. Jak to możliwe? Ponieważ kłamcami byli ojciec i matka.
— „Gdyby wszystkie dzieci dziedziczyły Formę swoich rodziców, nie byłoby nadziei dla rodzaju ludzkiego”.
— „Któż życzy źle własnemu dziecku? Wszyscy chcielibyśmy ujrzeć je lepszymi, niż sami mieliśmy wolę się stać, i tak je wychowujemy; a one — swoje dzieci. W ten sposób w skończonej liczbie pokoleń osiągnięta zostanie doskonałość”.
— Masz dzieci?
— Siedmioro.
— Ja tylko tych dwoje.
— Odziedziczyły jasną i silną morfę. Widzisz to, prawda?
— Tak. Tak.
— I ów moment, kiedy po raz pierwszy łapiesz się na tym, że pracujesz nie dla siebie, nie dla własnych ambicji, ale z myślą o tym, co nadejdzie po twojej śmierci.
— Tak, chyba tak. Ja ostatnio raczej nie miałem wielkich ambicji.
— Ale jednak posiadasz jakieś wyobrażenie przyszłości, w której… Nie? To przynajmniej ich przyszłości.
— Bo właściwie dlaczego miałbym chcieć zapewnić im bogactwo? Jeśli okażą się na tyle silni, zdobędą je sami, prawda? A słabi — i tak je zmarnują.
— Ostatecznie więc dlaczego w ogóle mielibyśmy tracić czas na zamartwianie się burzami, potworami morskimi, mieliznami, piratami, podstępną konkurencją, kaprysami rynku, zmiennymi cenami, nieuczciwymi wspólnikami, kłamliwymi partnerami — i walczyć o coraz większe bogactwo?
Pan Berbelek wzruszył ramionami i powoli wypuścił z ust słodkawy dym.
— Dlaczego?
— Ponieważ leży to w naszej naturze. — Qethar Anudżabar wstał, odłożył fajkę, wygładził kartibę. — Pojutrze w biurze Kompanii, w południe. Przedstawię kontrpropozycje, przynieś stosowne dokumenty, masz pełnomocnictwo i jeśli się zgodzisz, podpiszemy od razu w obecności świadka Hypatii. Esthlos? — Pan Berbelek wstał, uścisnęli sobie nadgarstki. — Uczyniłeś mi zaszczyt.