Выбрать главу

Co rzekłszy, Anudżabar skinął głową i odszedł.

Hieronim rozejrzał się po placu wodotrysków. Abel zniknął gdzieś wraz ze znajomymi. W jedną z alejek ogrodowych skręcił Izydor Wół z jakąś aristokratką na ramieniu, dwaj strażnicy podążali za nim jak cienie. Na schodach ogrodowych pojawiła się na moment Alitea w towarzystwie Dawida Monszebe; pan Berbelek ruszył ku nim, lecz zanim obszedł kompleks fontann, na powrót skryli się w pałacu. Wpadł na wychodzącą właśnie Szulimę. Oglądając się za siebie, odprawiała machnięciem doulosa i najwyraźniej nie spostrzegła Hieronima. — Och, to ty, esthlos! — Zanim zdążył ją przeprosić, wyminąć i pośpieszyć za Aliteą, esthle Amitace ujęła go pod ramię i pociągnęła ku zakrętowi w najbliższą alejkę.

— Właściwie nie mieliśmy okazji spokojnie porozmawiać — zaczęła, schowawszy wachlarz pod gorset; lekki wiatr od jeziora był przyjemnie chłodny i wilgotny. Srebrny pierśczyk Szulimy lśnił w blasku Księżyca niczym —

— Mord! Straże! — wrzeszczał biegnący przez plac mężczyzna. — Gonią mnie!

Pan Berbelek wyszarpnął się z uchwytu Szulimy. Mężczyzna dopadł do pierwszego wodotrysku; był to Izydor Wół. Pan Berbelek podbiegł doń.

— Straże! — dyszał Izydor. — Straże!

Na schodach pałacowych pojawił się niewolnik, zaraz cofnął się i pognał po pomoc. Pan Berbelek obejrzał się ku wylotowi alejki, na którą widział był wchodzącego Izydora, Z półmroku wyłoniły się trzy przygięte do ziemi postaci.

— A twoi ludzie? — spytał Hieronim.

— Nawet-nawet nie wystrzelili.

Postaci weszły powoli w księżycowy blask. Głowa i pazury gamparta, reszta człowieka. Z cienia wyłonił się czwarty gampantrop. Zaczęły okrążać fontanny i stojących przy nich mężczyzn.

— Jeśli pobiegniemy do pałacu, skoczą nam do gardeł — mruknął pan Berbelek. Przez firanę spadających po szerokich łukach kropli widział esthle Amitace, stojącą spokojnie na granicy półmroku i lunarnej poświaty. Pochwyciła spojrzenie Hieronima i potrząsnęła głową. Ruch jasnych włosów zwrócił uwagę jednego z gampantropów, który natychmiast skręcił ku Szulimie.

Pan Berbelek, nie obracając głowy, zazezował ku pałacowi. Gdzie ci przeklęci strażnicy? Nawet największy strategos nic nie poradzi bez wojska. Przyciśnięty do kamienia posągu Izydor modlił się na głos.

Gampantrop zaczął biec ku Szulimie. Postąpiła krok naprzód, pierśczyk błysnął księżycowym refleksem. Wyprostowaną prawą ręką wskazała ziemię u swoich stóp. Gampantrop zatrzymał się, uniósł łeb, wyszczerzył kły, po czym położył się na trawie przed Amitace. Skądś wyciągnęła mały, zakrzywiony nóż. — Szszszszsz! — zanuciła, pochylając się nad sygemorfem. Opuścił łeb. Poderżnęła mu gardło.

Pozostałe trzy gampantropy, usłyszawszy pisk konającego pobratymca, zatrzymały się w miejscu i obróciły zimne, zwierzęce spojrzenia na prostującą się Szulimę. Pan Berbelek zdążył jeszcze zauważyć, jak smoliście czarna zdaje się w świetle Księżyca krew rozlana na błękitnej spódnicy Amitace. Ktoś wybiegł z pałacu. Gampantropy ponownie obróciły łby. Dlaczego one nadal nie atakują? Kobieta zerwała w biegu spódnicę, by nie krępowała jej ruchów. W ręku miała ułamek tyczki lampionowej. Bestie skoczyły na nią z trzech stron. Zueia wykonała trzy szybkie pchnięcia tyczką — każde śmiertelne. Odskoczyła, by trupy nie zahaczyły o nią, padając. Pan Berbelek podciągnął lewy rękaw, zwinął prawą dłoń w pięść i uderzył się w przedramię. Zacisnął zęby by nie krzyknąć. Siniec pojawił się natychmiast, absurdalnie wielki, ciemny, krew poczęła się sączyć porami. A więc Ihmet Zajdar jest niewinny. Oto, kto zamordował Magdalenę Leese. Na plac wbiegli mamlucy z odbezpieczonymi keraunetami. Pan Berbelek usiadł na mokrym marmurze fontanny i ściągnął z powrotem rękaw, kryjąc krwawy stygmat. Odrzuciwszy zaimprowizowaną broń, Zueia podeszła do swej pani. Szulima spoliczkowała ją dwukrotnie. Zueia uklękła obok trupa czwartego gampantropa i ucałowała dłoń Amitace, powtarzając gorliwie: — Despoina, despoina, despoina. — Pan Berbelek nie słyszał dotąd o aresieniewolniku; wszak to sprzeczność sama w sobie, jak zimny ogień lub król bez władzy. Nawet u kratistosów, nawet u Czarnoksiężnika aresowie są wolnymi żołnierzami. Zueia miała łzy w oczach. Esthle Szulima Amitace odwróciła się i ruszyła ku schodom, wiatr przycisnął jasnozłote włosy do opalonych pleców. Pan Berbelek nigdy nie widział jej bardziej piękną. Zacisnął pięści. Trzydzieści siedem, trzydzieści osiem, trzydzieści dziewięć, czterdzieści; dobrze.

Θ

Sztylet

Aneis Panatakis obnażył sztylet.

— Chthonitharchoth, Iahveth, Eulamo, teraz posiada duszę. Dotykaj tylko rękojeści, ostrze zabija. Musiałem znaleźć naprawdę szalonego demiurgosa, kowala wody, ostatnie dni rozpadu, ciało rozlewa się na wszystkie strony w czarny mór; tylko on był w stanie wmorfować jad w metal. Irga, z żądła mantikory, zabija wszystko, co żywe — dotknięcie pali skórę, draśniesz i jad wchodzi w krew, wbij głęboko, a nawet kratistos nie zdzierży. Unikaj wody i rdzy, esthlos. Trzymaj w zimnie, w ciemności.

Sztylet miał chaldajskie ostrze — wąski język jasnego metalu kręty niczym liść hiewoi, niczym płomień, wąż atakujący — co jednoznacznie wskazywało na jego przeznaczenie: był to oręż przeciwko Formie, nie Materii. Pan Berbelek oczywiście nie wierzył w te wszystkie magiczne bzdury, z trudem zachował obojętny wyraz twarzy, gdy Panatakis mamrotał przez kilka minut bezsensowne onomata barbarika — musiał jednak przyznać, że była to piękna broń. Kiedy ważył ją w dłoni, dreszcz przebiegł mu po plecach, zimna elegancja wpisanej w przedmiot śmierci czyniła ze sztyletu swoiste dzieło sztuki. Demiurgos nie użył żadnych drogich metali, szlachetnych kamieni, nie bawił się w ryty i ornamenta: gładka stal, szczupły jelec, prosta rękojeść, okrągła głowica. Pochwa wykonana była ze skóry krokodyla. Dołączono także trzy rzemienie z zatrzaskowymi sprzączkami; przeciągnąwszy rzemienie przez symetryczne otwory pochwy, można było przypiąć sztylet za pasem, na nodze, na ręce. Czwarty rzemień zabezpieczał sam sztylet, przypadkowe wysunięcie i dotknięcie klingi groziło wszak co najmniej zakażeniem skóry.

Pan Berbelek oczywiście nie powiedział Panatakisowi, do czego potrzebuje tak śmiercionośnej broni. Zresztą nie musiał: przyszedł był do kupca (tym razem do jego domu) następnego dnia po przyjęciu u esthle Lotte i cała Alexandria nie mówiła o niczym innym, jeno o zamachu na Izydora Woła.

— Cicho, powiadam, cicho i bez świadków! — kręcił głową Aneis, dolewając Hieronimowi ziołowego wina, którego hurtowym eksportem do Herdonu starał się zainteresować współwłaściciela NIB. Siedzieli na pokrytej wieloma warstwami kobierców podłodze szerokiego balkonu, pięć pięter nad główną ulicą Kartaku, nowej dzielnicy indyjskiej. — Tak się morduje. A to? To jest fucha, partactwo i obraza bogów! Tfu!

— Wół nie rusza się z domu na krok; musieliby nań regularny szturm przypuścić.

— Ha! I oto jest pytanie: skąd wiedzieli, że pojawi się u esthle Lotte? I to z takim wyprzedzeniem, że zdążyli zorganizować gampantropy! Nie chciałbym być teraz w skórze domowników Woła, on już się nie zadowoli byle przysięgą.

— Prawda, ty prowadziłeś z nim interesy.

— Kilkanaście lat, tak. Miałem nawet nadzieję, że ożeni się z Mają. Może to i lepiej, że nic z tego nie wyszło…

— To było jednak mądre posunięcie — zauważył pan Berbelek — to z gampatropami: tylko one mogły wedrzeć się na ziemię Lotte, nie alarmując natychmiast jej gampartów. Laetitia ma ich kilka tuzinów, unikalna morfa rodowa, wyczują każdego obcego. To był dobrze zaplanowany zadach, właściwie powinien był się udać.