Na godzinę przez Przyklękiem Słońca Zueia przyniosła odpowiedź:
Gdy ujrzysz gody centaurów i dryadę pochyloną nad myśliwym, wiedz, że bogini była ci życzliwą. Nie zważaj na bieg wody. e. A.
Wody Jeziora Mareotejskiego toczyły się w przemorfowanym wschodnim jego zakolu tak leniwie, że nie było mowy o przezwyciężaniu tu żadnego nurtu. Gdy pan Berbelek zjawił się na pałacowej przystani, ciemna powierzchnia jeziora pokryta już była szeroką konstelacją zielonych gwiazd — w blasku tych najbliższych, sześćdziesiąt, osiemdziesiąt pusów od brzegu, dojrzeć można było zarysy niosących je łodzi, szlachetne profile wysokich dziobów; dalej — tylko cienie pośród cieni, powolny ruch w turkusowej poświacie. Światła Alexandrii okalały ciemną toń rozmigotaną obręczą: jasne kwadraty okien, latarnie, pochodnie, ogniska, wszystko zlewało się w gorejącej łunie metropolii. Po południu spadł lekki deszcz, ale teraz niebo było bezchmurne, miliard gwiazd odbijał się w wodzie. Księżyc w nowiu wzeszedł i zajdzie z mroczną twarzą. Od czasu do czasu nad miastem wybuchał kwiat ogni serpyjskich, ponad jeziorem przepływała wówczas fala śmiechu i okrzyków. Poza tym panowała cisza, z rzadka przerywana pojedynczym zawołaniem czy zduszonym chichotem. Kilka minut wcześniej przez Most Beleuta przemaszerowała askalońska orkiestra poprzedzana przez amidańskich trębaczy, echo jazgotliwej muzyki jeszcze krążyło nad ciemną tonią.
Pan Berbelek wsiadł do kołyski Ozyrysa i odepchnął się wiosłem od pomostu. Większość łodzi (wszystkie pałacowe) wyposażona była w dwa likotowe niby-maszty: chude tyczki połączone nad głową pasażera trzecią, poziomą. Jeśli nie wiał zbyt mocny wiatr, przerzucało się ponad tą poprzeczką zwój lekkiej tkaniny, mocowanej do burt po obu stronach, co tworzyło ponad łodzią rodzaj namiotu, baldachimu. Pan Berbelek złożył staranie zwój jedwabiu w skrytce na rufie; pod zwojem schował czarną kirouffę, identyczną z tą, jaką miał teraz na sobie. Kirouffa — zapięta pod szyję, z sutym kapturem naciągniętym na głowę — stanowiła jedyne jego odzienie. Chodziło o to, by je jak najszybciej zamienić i pozbyć się zakrwawionego ubrania.
Pan Berbelek odbił na sto pusów i zakręcił, wiosłując równolegle do brzegu. Wypatrywał centaurów i dryady pod zieloną gwiazdą. Część łodzi dryfowała ze zgaszonymi latarniami, spięta burta w burtę, symetryczne cienie. Większość izydowych kochanków wciąż jednak krążyła, szukając. Odruchowo obracali się, przyglądając się twarzy każdego mijanego wioślarza, malunkom na kadłubie jego łodzi. Hieronimowi w pewnym momencie wydało się, że rozpoznał twarz Dawida Monszebe. (Gdzie jest Alitea? Powinienem był wypytać Antona. No i gdzie jest Abel? Muszę się bardziej przykładać do roli ojca, nie może to przecież być nic aż tak trudnego). Monszebe jest wysoko urodzony, dla niego to zabawa. Bardzo są popularne wśród pospólstwa legendy o odważnych młodzieńcach, którzy ryzykując jednak śmiercią przemykają w noc święta na skradzionych łódkach na wody aristokratów i gaszą latarnię jakiejś bosko pięknej esthle. Może i tkwi w tym odrobina prawdy, dla nastolatek
z marmurowych pałaców ta legenda również jest w pewien sposób atrakcyjna…
Z przodu, po lewej: centaury na wiosennej łące. Spokojna woda obmywa helleński ornament kołyszącej się w leniwym dryfie łodzi. Zaciągnięty nad nią jedwabny namiot kryje sylwetkę pasażera. Pan Berbelek na moment zamarł z uniesionym wiosłem. Pociągnął jeszcze kilka razy, przepływając na drugą stronę dryfującej łodzi, by się upewnić. Ale nie mogło być wątpliwości: czerwonowłosa dryada skradała się za przyczajonym myśliwym, Mareot lizał ich stopy.
Hieronim odruchowo sprawdził sztylet. Jest. Rozglądnął się. Najbliżsi świadkowie co najmniej czterdzieści pusów dalej. Do brzegu — pusów sto dwadzieścia. Jeszcze jakaś wymówka, by odwlec? Żadnej. Powiosłował naprzód.
Łodzie otarły się o siebie burtami. Odrzucił wiosło, chwycił za sznury. Odsunął się zielony jedwab, ręka z wężową bransoletą pomogła mu zaciągnąć węzeł. Kołyski zetknęły się na całej długości, dziób do rufy, rufa do dziobu.
Sięgnął po sztylet.
— Zgaś — rzuciła.
Zgasić latarnie — tak, oczywiście. Zgasił swoją, cofnął się na rufę, przeskoczył do łodzi Szulimy i zgasił jej. Odwracając się do wnętrza namiotu —
Sięgnął po sztylet.
Również miała na sobie jedynie kirouffę, białą, rozpiętą, z kapturem zarzuconym na ściągnięte do tyłu włosy. Siedziała na ofrędzlonych poduchach ze skrzyżowanymi nogami, z misą owoców między nimi; małym zakrzywionym nożykiem obierała właśnie pomarańczę, i gdy pan Berbelek się obrócił, cisnęła mu ją bez ostrzeżenia. Złapał w ostatniej chwili, cofnąwszy dłoń z rękawa.
— Siadaj, siadaj — mruknęła, wycierając lepkie od słodkiego soku ręce w bawełnianą chustę. Całe światło pod baldachimem pochodziło z sączącego się od dziobu blasku miasta i gwiazd; nawet gdyby Hieronim dodatkowo go nie przesłaniał, trudno by mu było dojrzeć w tym jedwabnym cieniu twarz kobiety i odczytać jej wyraz. Wystarczyło jej pochylić lekko głowę pod kapturem. Czy ona w ogóle spogląda na mnie? Przeklęta pomarańcza, już lepią mi się palce.
Usiadł.
Szulima odstawiła misę, ziewnęła, prostując ramiona nad głową — kirouffa rozchyliła się do reszty, spadł kaptur — uśmiechnąwszy się, kopnęła ku Hieronimowi okrągłą poduszkę, po czym, w jednym płynnym, pełnym dziewczęcej gracji ruchu, wyciągnęła się przed Berbelekiem na puchowej podłodze: głowa uniesiona na opartych na łokciach rękach, filuterny błysk w oku, zgięte w kolanach nogi kiwają się do rytmu delikatnych zakołysań łodzi, na palcach stóp błyskają srebrne obrączki, podeszwy tych stóp są białe jak vistulski śnieg.
— Szpiegujesz mnie — powiedziała.
Sięgnął po sztylet.
— Oj, upadła ci pomarańcza.
Prawie przemocą wcisnęła mu owoc do dłoni. Jej twarz znajdowała się tak blisko, nie musiałby nawet się pochylać, nie musiałby prostować ręki, wbiłby jej płomienne ostrze w oko, zanim zdążyłaby zamrugać. Tylko ta pomarańcza, ta pomarańcza z Szeolu, co on ma zrobić z pomarańczą?
Szulima uśmiecha się ironicznie, nóżki migają w cieniu.
— Przyjaciel powiadomił mnie, że jacyś ludzie wypytują o moje transakcje sprzed lat, co gdzie kupowałam i za ile, skąd pochodziły pieniądze, i temu podobne. Okazało się, że to partnerzy niejakiego pana Panatakisa. Który prowadzi w Afryce interesy twojej kompanii. Wypierać się chyba nie będziesz, co, Hieronim?
Wyrzucił pomarańczę za burtę, wytarł dłonie w połę czarnej szaty.
— Kim ty jesteś? — zachrypiał.
Zaśmiała się.
— No jakże, chyba się nie spodziewasz, że w noc Izydy kobieta wyzna ci wszystkie swoje sekrety!
— Pomiot Czarnoksiężnika!
— Nie wierz temu Panatakisowi, to największy oszust Alexandrii. Jest silniejszy, niż się wydaje, nie mógłby się tak wzbogacić, posiadając morfę niewolnika, nie daj się zwieść pozorom.
— Siedziałaś u jego tronu podczas Hołdu Krymskiego! Wydęła wargi.
— Ojojoj, no to już po Szulimie.
Kpi z niego! Krew zadudniła mu w uszach.
Sięgnął po sztylet.
Dlaczego jednak on ciągle jest wolniejszy? Ręka powinna wyprzedzić każdą myśl. Tymczasem zanim zdążył wysunąć ostrze z pochwy, Szulima już siedziała mu na kolanach, oparłszy stopy o lewą burtę łodzi, objąwszy Hieronima za szyję, uwięziwszy jego dłoń zaciśniętą na stalowej rękojeści pomiędzy ich ciałami, i szeptała mu do ucha w aristokratycznej grece słowa jak krople gorącego miodu: