— Siedemdziesiąt osiem… pięć i pięć… po dwadzieścia cztery — mamrotał pod nosem Ihmet Zajdar, licząc zapamiętale na abakosie, pochylony nad mapą. Zenon i Abel stali po jego bokach, oparci o czarny blat wodzili palcami po kolorowej Afryce.
Pan Berbelek obszedł stół z drugiej strony. Doulos przyniósł tacę ze świeżymi arfagami. Hieronim rzucił chłopcom po jednej, sam rozbił skorupę swojej, uderzając o podstawę świecznika.
Alexandria — trzeci krąg północny, drugi liść wschodni — błyszczała na pergalonie złotym półksiężycem, wbijającym się wzdłuż brzegu Morza Śródziemnego w zachodnią część delty Nilu. Niebieski Nil wił się na południe przez żółte pustynie i zielone dżungle, docierając prawie do krawędzi stołu. Staranną greką opisano kolejne katarakty oraz linię wież heliografów, biegnącą wzdłuż rzeki i przez Wielkie Axum, aż do leżącego prawie na samym równiku Agorateum, dokąd przybijały wszystkie statki z Indii i Dzunguo. Druga, prostopadła linia heliografów prowadziła z Nowego Babilonu, przez Alexandrię i wzdłuż całego północnego wybrzeża Afryki, do Sali w pierwszym liściu zachodnim.
Im dalej wszakże od tras komunikacyjnych, im głębiej na południe i zachód, tym mapa była bardziej ogólnikowa, °pisy bardziej skąpe; pierwszy i drugi krąg północny na zachód od Nilu i na południe od Złotych Królestw pozostawały prawie puste, jeśli nie liczyć kilku większych wyżyn, zlokalizowanych przez Mazera zapewne na podstawie map orbitalnych, oraz drobno wykaligrafowanych wskazówek zebranych z legend i opowieści podróżników.
— Mam! — zawołała Szulima, zjawiwszy się z wielkim atlasem pod pachą. Rzuciła go na stół i przysunęła sobie wysoki taboret.
Pan Berbelek stanął za nią z pękniętą arfagą w lewej dłoni, prawą przesunął wzdłuż kręgosłupa Amitace, po ciepłej, gładkiej skórze i pod rozpuszczone włosy. Szulirna posłała mu ponad ramieniem ostrzegawcze spojrzenie, ale nie odsunęła się. Przerzucała energicznie wielkie karty.
— To: drugi lot „Paxu”, tysiąc sto osiemdziesiąt osiem. Używaliśmy ich szkiców do planowania poprzednich dżurdż. Popatrzcie, tutaj mają kawałek Żółwiej Rzeki, tu powinna być Sucha, a te wzgórza — to już są Krzywe Krainy, Skoliodoi.
Obróciła atlas, by mogli się przyjrzeć. Ihmet odłożył abakos.
— Nadal musimy zdecydować, którędy podejdziemy. Jak się orientuję, są trzy trasy. Nilem do Pachoras i prosto na południowy zachód. Nilem do Fortu Sępów i na zachód. Do Królestw i na południe. No, można też na przełaj przez wschodnią Sadarę…
Szulirna uniosła głowę.
— Kiedy ogłosiłeś?
— Dwunastego, esthle. Pierwszy tydzień Quintilisa jako wstępny termin wyruszenia. Planowany czas: trzy miesiące. Finansowanie z równych wkładów.
— I?
— Jeśli mam się trzymać pierwotnego limitu liczby uczestników, to powinienem już zamykać listę. Ja, ty, esthle, esthlos Berbelek z synem i córką, esthlos Lotte, to już jest pół tuzina. Zakładając dziesięciu niewolników na człowieka —
— Załóż piętnastu.
— Ugrzęźniemy z tą dwustuosobową armią.
— Połowa ucieknie na sam smród Skrzywienia — mruknęła Szulirna.
— No i zwierzęta — ciągnął Zajdar, drapiąc się po garbatym nosie. — Rozmawiałem przedwczoraj z nimrodem Danielem Ormeńczykiem. Mówi, że następnym razem spróbuje z nieba, jeśli tylko znajdzie kogoś, kto mu ubezpieczy świnię powietrzną. Trzeba wynająć co najmniej dwóch demiurgosów fauny. Poza tym jakiegoś godnego zaufania mieszańca do negocjacji z miejscowymi dzikusami…
— Tym się nie martw, znam bardzo dobrego. Co do trasy. — Pochyliła się nad stołem, przysuwając otwarty atlas do analogicznego fragmentu mapy.
Hieronim nie potrafił się oprzeć geometrycznemu łukowi jej pleców. Uniósłszy arfagę, wypuścił na brązową skórę Szulimy strumyczek zimnego soku; szybko ściekł on ku zawojowi bawełnianej spódnicy. Szulima wzdrygnęła się. Zakląwszy, obróciła się do pana Berbeleka. Ten uśmiechnął się szelmowsko, wzruszył ramionami. Kopnęła go w goleń — chciała kopnąć, odsunął się w porę. Pokazała mu Odwrócone Rogi. Ukłonił się.
Abel i Zenon obserwowali to ponad stołem, z trudem powstrzymując śmiech. Gdy Szulima zwróciła się z powrotem ku mapie i atlasowi, Abel pokiwał porozumiewawczo głową. Zgromiła go wzrokiem.
— Co do trasy. Złote Królestwa. Dlaczego? Cztery powody. Raz, zapchany Nil. Dwa, pora deszczowa w Axum. Trzy, do Królestw to świnia nas zabierze bez problemu, parę dni i jesteśmy w połowie drogi. Cztery, najszersze dojście. To znaczy, o konkretnym szlaku możemy zdecydować już w Królestwach, opierając się na lepszych informacjach, a idąc z północy, posiadamy dostęp do prawie całych Krzywych Krain, nie ma powodu odkrywać już odkryte, dziewięćdziesiąt procent tych ziem jest niezbadana. Mówię tu o wschodniej połowie pierwszego liścia i zachodniej drugiego w drugim kręgu. — Obwiodła paznokciem obszar na mapie. — Jak z pieniędzmi? — zwróciła się do Ihmeta.
— Skalkulowałem z zapasem. Oczywiście prywatne wyposażenie nie wchodzi w zakres. Ceny keraunetów poszły ostatnio w górę. Mam nadzieję, że się już zaopatrzyliście.
— Właśnie się wybieramy do rusznikarza — rzekł Abel, spoglądając znacząco na ojca.
— Mam dzisiaj jeszcze trzy spotkania — rozłożył ręce Hieronim.
Pan Berbelek istotnie nie dysponował w tych dniach nadmiarem wolnego czasu. Od chwili ujawnienia umowy NIB z Kompanią Afrykańską (a Aneis Panatakis rozgłosił był o niej po Alexandrii chyba jeszcze tego samego wieczoru), do Hieronima, jako pełnomocnika i współwłaściciela Njute, Ikita te Berbelek, zgłaszały się tuziny kupców i przedsiębiorców z propozycjami interesów, na których obie strony niezawodnie zarobią, jeśli tylko esthlos Berbelek raczy poświęcić godzinę, pół godziny, kilka minut na zapoznanie się z tym oto genialnym pomysłem, proszę, a jak niewiele trzeba, by go zrealizować, doprawdy, suma nie warta wzmianki, no ale skoro pytasz, esthlos… Część z nich zjawiała się u Panatakisa, ale część nachodziła od razu Hieronima, nierzadko wpraszając się pod tym czy innym pretekstem do pałacu Lotte, albo też czatując pod jego bramą i wskakując do wyjeżdżającej wiktyki z panem Berbelekiem. Hieronim przeraził się, jakież to plotki rozpuścił Aneis na jego temat; jeszcze ktoś gotów go porwać dla okupu! Albo Abla czy Aliteę! Takie jednak były obyczaje alexandryjskie, tak się tu robiło interesy: z przymusu, pod gwałtem, na granicy oszustwa. Równoprawne spółki należały do rzadkości. Bogactwo było związane z krwią i morfą jeszcze silniej niż na północy, w Europie. Jakby istotnie południowa aristokracja zachowywała w swej Formie więcej owej pierwotnej drapieżności, która wyniosła jej przodków na szczyt piramidy społecznej.
Tym niemniej trafiali się pośród tej masy finansowych naganiaczy ludzie z pomysłami wartymi uwagi. Natknąwszy się na interes obiecujący zyski, trzeba było przejąć go bezwzględnie i samodzielnie poprowadzić. Tak oto pan Berbelek zakupił dla NIB na przykład eksperymentalny warsztat jubilerski (próbujący sztuki szlifowania kamieni szlachetnych w ostre krawędzie i równe płaszczyzny), cygańską hutę rubii, wytapiającą w wielkich ilościach transmutowany metal rubinu, oraz fakturę alkimicznych trucizn, które miały ponoć znacznie podnieść urodzaj w kolejnych wylewach Nilu. Tego popołudnia był umówiony na spotkanie między innymi z wynalazcą pyromatonu, pozwalającego uzyskiwać w piecach hutniczych temperatury dotąd nieosiągalne, co powinno wreszcie umożliwić puryfikację Materii do czystego ge, samożywiołu Ziemi. Jeśli potwierdziłyby się teorie sofistesów, otworzyłoby to drogę dla masowej produkcji materiałów samożywiołowych: nieskończonych, niezrywalnych nici, stali cieńszej od jedwabiu, twardszej od diamentu, miękkiego marmuru o tysiącletniej pamięci formy — i to bez udziału żadnego teknitesa czy choćby demiurgosa. Pan Berbelek nawet wierzył w szczerość wynalazcy. Jak jednak z góry poznać, które hipotezy aristotelesowców okażą się słuszne, a które nie?