Złapał się na tym, że opowiada obszernie o owych dylematach synowi, gdy stali w cieniu pod zadaszeniem strzelnicy warsztatu demiurgosa Jana Ormasa i czekali na niewolników z następną parą keraunetów.
— Mhm, gdyby to była prawda, można by sporządzać też lekkie zbroje na tyle wytrzymałe, by powstrzymały kulę — rzekł Abel, ważąc w rękach przepięknie rzeźbiony i malowany keraunet o trzypusowej lufie. — Niech się schowa Horror ze swoim hydorowym grafitem!
— Zauważ, że z samożywiołowej, prawdziwie purynicznej stali można by także robić lżejsze, a znacznie potężniejsze keraunety. A tylko pomyśl o pyresiderach! — Pan Berbelek uniósł keraunet do oka i wystrzelił szybko, zanim ciężar broni uniemożliwił mu celowanie. Grzmot przeszył uszy, kolba w kształcie pyska behemota kopnęła go w bark z siłą godną tego morfezoona. Strzelnica wyposażona była w podpórki pod lufy o regulowanej wysokości, ale nie tak przecież będą strzelać na dżurdży — trzeba dobierać broń stosownie do warunków. Opuszczając behemotowy keraunet, Hieronim stęknął głośno. Ormasowy niewolnik zabrał ciężki oręż.
— Jutro przyprowadzę Aliteę, musi sobie znaleźć coś na swoje siły — rzekł Abel.
Pan Berbelek skrzywił się mimo woli.
— Co? — żachnął się Abel. — Myślisz, że sobie nie poradzi?
— Czy ona kiedykolwiek trzymała w ręku keraunet?
— Nie. Podobnie jak i ja. Nauczę ją. To proste.
— Najchętniej w ogóle zostawiłbym ją w Alexandrii.
— Chyba żartujesz. Esthle Amitace jedzie — jak chcesz zatrzymać Aliteę?
— Esthle Amitace. No tak.
— Dlaczego akurat Alitea miałaby nie dać sobie rady? Bo jest najmłodsza? Ta siostrzenica Weroniuszów nie jest wiele starsza; a zabierają ją, prawda?
— A niech się Weroniuszami skorpiony karmią, co mnie oni obchodzą. Martwię się o Aliteę. Co innego salony Alexandrii, co innego dzicz kakomorficznej Afryki. Powiedzmy, że raz wpadnie w panikę w złym momencie… Co, trzymać ją w obozie przez cały czas?
— Wiesz, czasami trzeba podjąć ryzyko, żeby Forma mogła się określić, zdecydować w tę czy tę stronę.
— Ohoho, pan Latek przeczytał książkę!
Abel uśmiechnął się szeroko, białe zęby błysnęły w cieniu.
— Ty się o Aliteę nie martw, jeszcze się okaże, że faktycznie zostaje w Alexandrii, a wtedy będziesz żałował, że nie jedzie z nami.
— Zaraz, zaraz, o czym ty… Ten ares Monszebe, tak?
— E, co ja tam wiem. Pytaj się lepiej swojej Szulimy. — Na jaja Dzeusa, bo jak tu nagle zostanę dziadkiem… — No nie, czarne ziółka to ona pija co księżyc.
— Ja w ogóle nie chcę tego słuchać!
Abel zaśmiał się, podrzucił do oka keraunet; ścisnął spust. Zagrzmiało. Chyba nawet trafił w tarczę.
Godzina po zmierzchu, będę czekał przy tylnej bramie. Zanim wyjedziesz, estblos. Proszę. Aneis. Pismo było takie samo, co zawsze, jednak panu Berbelekowi z jakiegoś powodu zaświtała myśl o zasadzce. Kto mianowicie miałby się na niego zasadzić, podszywając się pod Panatakisa? Tego już nie potrafił sobie wyobrazić.
Cóż ja się zrobiłem taki strachliwy? — warczał w duchu na siebie, idąc przez ogród pałacowy pogrążony w ciepłej, wilgotnej ciemności. Minął go młody gampart, zielone ślepia w ułamku sekundy przewierciły duszę na wylot. Pan Berbelek sprawdził sztylet w lewym rękawie.
Ale to oczywiście był Aneis Panatakis — w swej własnej, niepowtarzalnej osobie.
— Ukłony, ukłony, ukłony, tysiąc błogosławieństw dla esthlosa Berbeleka, o wybaczenie błagam, że o takiej porze i w takich okolicznościach, doprawdy, płonę ze wstydu, lecz bogowie by mnie pokarali, gdybym nie spróbował cię odwieść od tego, esthlos, boję się o twoje życie, nie możesz teraz zginąć, serce by mi pękło, nie możesz!
Serce, akurat, prędzej konto bankowe, pomyślał pan Berbelek.
Odciągnął faktora dalej od bramy, by nie słyszeli ich mamluccy strażnicy.
— O co właściwie ci chodzi, Aneis? Mówże po ludzku!
— Nie jedź. Co?
— Jutro wyjeżdżasz na dżurdżę, przecież sam mi mówiłeś esthlos. Nie jedź.
— Dajże spokój. Wszyscy jeżdżą.
Panatakis szarpnął się za brodę, splunął, przeżegnał się, lewą ręką odpędził biothanatoi, prawą otworzył dla Akazy, zatupał, rozglądnął się nerwowo po nocy; wreszcie zaczął szeptem:
— Rozmawiałem z Izydorem. Tak, tak, Wół w końcu przyjął Panatakisa. Izydor się łamie. Jest przerażony. Mówi, że to wszystko właśnie z powodu Krzywych Krain. Odkąd tylko zaczęły chodzić plotki i potem, po pierwszych trofeach przywiezionych zza Żółwiej, a zwłaszcza w ostatnich latach… Spisuje kronikę, wynajął sofistesa, pokazał mi dokumenty. Od tysiąc sto osiemdziesiątego szóstego, kiedy nadworny medyk Huratów potwierdził pierwszą kakomorfię. Ślą swoich szpiegów, posłów, agentów, szczury. Wynajmują karawany jako przykrywkę. Wykupują całe kompanie. On jest pierwszy w kolejności, on ma najlepsze dojście. Na Alexandrię był mocny, nikt nie mógł mu zagrozić. Ale teraz dostaje takie propozycje, że nie potrafi ani przyjąć, ani odmówić, wzięli go w kleszcze. Esthlos, on mówił o królach, o kratistosach! To jest cała podziemna wojna, niewidoczna ani na szachownicy polityki, ani na szachownicy pieniądza. Dżurdże to pewnie także ich wymysł i narzucona aristokracji moda, żeby mogli tam jeździć bez wzbudzania podejrzeń. Skażcie mnie bogowie, jeśli wiem, po co. Sofistes Woła też się tylko domyśla. Mówi o topomorfie, drugiej Al-Kabie, miejscu samoistnego wypaczenia kerosu. Ale co to ma za znaczenie — oni po prostu chcą położyć na tym łapy, zagwarantować sobie zyski i wyłączność. Taka pażuba. Sofistes twierdzi, że ludzie Kuszychadów Axumejskich przeprowadzali tam eksperymenty, posiali za Suchą konopie, a z nich zamiast żywicy hasziszu wyciska się sok pażubowy.
I teraz ta pażuba rozchodzi się po świecie; lecz im dalej od Skoliodoi, tym mniejsza siła. Inni znowu sądzą, że uciekł tam któryś z wygnanych kratistosów, że oszalał, umiera, poddał się dżungli, a to jest anthos jego śmiertelnego obłędu Albo narodził się nowy, z dzikusów nieludzkich, tych Negrów barbarzyńskich, a tak potężny, że już jako niemowlę odcisnął się na całej krainie tą morfą niesłychaną i
— Aneis, posłuchaj ty siebie samego: Wół zaraził cię swoim przerażeniem, roznosisz je teraz jak trupi smród. Przychodzisz prosto od niego, prawda? Idź ty się lepiej prześpij i zapomnij o tym wszystkim.
— Esthlos!
— Idź, idź. — Pan Berbelek odwrócił się do bramy.
— Gauer Szebrek z Babilonu, nie jedź z nim, esthlos, Wół przysięga, że to szpieg Siedmiopalcego; jeśli on pomyśli, że chcesz —
Pan Berbelek, zirytowany, przyśpieszył kroku. Nie wiedział, ile z bełkotu Panatakisa jest prawdą (zapewne nic), wiedział za to, że dalsze wystawianie się na tę nocną litanię strachu istotnie może pozostawić w nim trwały osad izydorowego tchórzostwa. Nie w takiej formie wyrusza się na dżurdżę.
Wracając do pałacu przez ciemny ogród, zawędrował w zamyśleniu w labirynt wąskich alejek nad brzegiem jeziora. Topografia odpowiadała teraz stanowi jego umysłu. Gdzie nie skręcić, tylko cienie, cienie; z rzadka polana księżycowego blasku, a i on podejrzany. Światło naszej Pani. Jeśli Szulima istotnie ma coś wspólnego z tym kultem i chce do jego celów wykorzystać kakomorfię Skoliodoi… Jak chce wykorzystać mnie? Nieprędko nadarzy się sytuacja o takiej Formie, jak wtedy na jeziorze, bym mógł zapytać Szulimę otwarcie; tymczasem zdany jestem na aluzje i domysły. A jej plany prawdopodobnie obejmują także Aliteę, chyba nie mylę się, zakładając, że to Amitace popchnęła ją ku temu młodemu aresowi z Teb. A może Szulima taki po prostu ma kaprys, nie należy przypisywać kobietom zbyt wielkiej premedytacji, wychodzimy potem na durnych obsesjonatów. W każdym razie ares wraca do Górnego Aegiptu, Alitea jedzie ze mną, ostatecznie może nie okaże się to takim złym pomysłem, ile razy miałem okazję porozmawiać z nią sam na sam, popracować nad Formą ojca i córki? Ani razu właściwie. Przekażę im dokumenty funduszy powierniczych; to będzie dobra okazja. Spisanie testamentu też nie byłoby złym pomysłem. Słusznie mówił Anudżabar: jeśli nie dla dzieci i nie dla życia pośmiertnego, to po co w ogóle się staramy, po co gromadzimy bogactwa i dobra przemijalne? Bo taka jest nasza natura, tylko dlatego. A ponieważ człowiek potrafi się zmieniać podług swej woli —