Usiadł obok Alitei, po lewej, wyciągając nogi między splotami siatki. Natychmiast poczuł, jak buty zsuwają mu się ze stóp. Wrażenie było absurdalne, buty — dobrze dopasowane vodenburskie jugry z wysokimi cholewami — nie miały prawa się zsunąć; niemniej aż się pochylił na likocie, dopiero oczom dał wiarę.
Afryka przemykała pod nimi z wielką prędkością, wiatr mierzwił włosy, podrywał kapelusze dziewcząt, świszczał w olinowaniu „Powstającego”, furkotały nogawki szalwarów i poły kirouffy Hieronima. Lecieli wyłącznie dzięki pneumatonowi i wielkim wiatrakom aerostatu, wbrew stawiającym opór, nieruchomym masom gorącego powietrza, nie ciągnął ich ze sobą żaden wicher. Ziemia znajdowała się zaledwie sto pusów pod masztami towarowymi „Powstającego”. Gdyby na ich trasie pojawiło się jakieś wzgórze albo wyjątkowo wysokie drzewo, mogli liczyć tylko na refleks kapitana świni. Wyżyna wszakże była płaska jak stół: ten sam morfunek Illei Okrutnej, który ożywił i eksplodował tybeckie wulkany, zniwelował grunt dookoła gór na przestrzeni tysięcy stadionów. Nawet w częstotliwości pojawiania się akacjowych, kaoblowych i palmowych zagajników oraz w rozkładzie strumyków i rzeczek objawiała się jakaś nienaturalna regularność, wytrawione w kerosie dążenie do porządku — kratista Illea musi być zaiste osobą metodyczną, niezwykle dobrze zorganizowaną.
Mignęło pod świnią także kilka wiosek: skupiska okrągłych chat, zazwyczaj ukryte między drzewami, z kilkoma wątłymi smużkami dymu wznoszącymi się prosto w oślepiająco błękitne niebo. Dzikusi unosili czarne twarze, odprowadzali wzrokiem pędzący aerostat. Alitea i Klaudia machały do nich, lecz tamci najpewniej w ogóle tego nie widzieli, oślepieni przez Słońce.
„Powstający” spłoszył kilka stad dzikich zwierząt: antylop, gazel, nawet małe stado elefantów i zdziczałych oglaków. Częściej napotykali stada wypasane przez negrowych pasterzy, wielkie gromady oswojonego bydła, setki, tysiące sztuk. Chowoły, tapalopy, mamule, akapasi, humije, tryle — wszystko morfa Illei i jej teknitesów. One z kolei prawie w ogóle nie reagowały na przelot aerostatu.
Pan Berbelek wciągał głęboko do płuc powietrze złotej sawanny, smakował zapach dzikiego anthosu. Od siódmego wieku PUR, od chwili wygnania Illei, Złote Królestwa nie miały kratistosa na tyle potężnego, by objął je wszystkie swą aurą. W większej części nadal pozostawały pod wpływem kratistosów nieświadomych, nierzadko plemiennych szamanów żyjących gdzieś na obrzeżu Królestw — w takich wioskach, nad jakimi „Powstający” właśnie przelatywał. Mimo wszystko to już była dzika Afryka, oderwana od form cywilizacji. Ludzie pili tu krew, parzyli się z bestiami, palili żywcem dzieci, wyrzynali w napadach niewytłumaczalnego szału całe miasta, poddawali się morfie bezimiennych bóstw sprzed początku czasu; ludzie i nie ludzie, istoty jeszcze dalsze od doskonałości.
— Tam! — zawołała Klaudia, wskazując punkt przed dziobem świni, na linii horyzontu, pod rozlanym na pół nieboskłonu Słońcem, na tle monumentalnych gór. Strzelały stamtąd jasne refleksy, wyłaniała się spod widnokręgu gwiazda gorącego blasku.
— Am-Szasa — stwierdziła Alitea. — Dolatujemy już. Myślicie, że naprawdę jest ze złota?
— Trzeba było słuchać pana Szebreka, krynicy wszelkich mądrości — rzekł Hieronim, mimowolnie podnosząc głos, by być słyszanym ponad świstem wiatru. — To illeum, glina powstała ze zmieszania pyłu wyrzuconego przez tybeckie wulkany. Wypalają z niej bardzo wytrzymałą ceramikę, używają do wyrobu dachówek. Zresztą ponoć też cegieł, nie wiem, zobaczymy W słońcu faktycznie lśni jak złoto.
— Zostaniemy tam chyba na trochę, co? Skoro już jedziemy przez Złote Królestwa…
— Kilka dni może, dopóki wszystkiego nie zorganizujemy i nie wybierzemy trasy. Na Sadarze jest sześć czy siedem takich miast, może zahaczymy o Am-Tuur, jeśli pójdziemy prosto na zachód. To zależy, który szlak okaże się najbardziej obiecujący: trzeba popytać, zebrać informacje wśród miejscowych myśliwych, przekupić szamanów… Może uda nam się wejść głębiej w Skoliodoi.
— Znajomy mojego ojca — wtrąciła się Klaudia — ustrzelił za Suchą latającego węża.
— Węża? — zmarszczyła brwi Alitea. — Znaczy, co? miał skrzydła? Niby jak on latał?
— Długi jak ta świnia. Pokazał mi ściągniętą skórę, wisi na ścianie u niego w holu, skręcona w spiralę. Musieli ją przybić, inaczej unosiłaby się w powietrze, sama z siebie.
— Mam nadzieję, że uda mi się upolować coś podobnego. Węża albo smoka, albo hydrę; tam przecież może być wszystko, prawda? I przywieźć do domu takie trofeum.
— Nie bój się, w Vodenburgu byle kakomorf zrobi wrażenie — rzekł pan Berbelek.
— Vodenburgu? — Alitea obejrzała się na ojca, wyraźnie poruszona. — Wracamy po dżurdży do Neurgii?
— Taki był plan. — Pan Berbelek ostrożnie dobierał słowa. — Alexandria, Iberia i na zimę do Vodenburga. A jaki dom miałaś na myśli? Pałac esthle Lotte?
— Mógłbyś kupić jakąś posiadłość. Przecież wiem, robisz tam interesy, wielkie pieniądze, wszyscy mówią, z tym esthlosem Anudżabarem, nie musisz wracać do Vodenburga, esthlos Njute na pewno… Co? Dlaczego nie?
— Naprawdę chciałabyś zamieszkać w Alexandrii?
— Abel też, spytaj go.
— Jakiś konkretny powód?
Wydęła wargi.
— Vodenburg brzydki jest. Klaudia parsknęła śmiechem.
Pan Berbelek pokiwał smętnie głową.,
— A naprawdę?
Alitea wzruszyła ramionami. Widział, jak kolejne nastroje przesuwają się po jej twarzy niczym chmury po niebie, jedna ciemniejsza od drugiej. Nadąsana, zgarbiona, z przygryzioną dolną wargą, uciekała Alitea w formy dziecinne; była dzieckiem.
Nasadził jej na głowę kapelusz, wygładził włosy.
— Pomyślimy, pomyślimy.
Rozpromieniła się natychmiast; nic nie mógł poradzić — musiał się uśmiechnąć, chciał się uśmiechnąć. Objął ją prawym ramieniem.
— Jeśli powiesz mi prawdę — rzekł, nadal się uśmiechając.
Momentalnie z powrotem się naburmuszyła. Klaudia rozchichotała się na dobre. Alitea pokazała jej język.
Ostentacyjnie odwróciwszy się od nich obojga, oparła czoło o sztywny powróz, przewiesiła ręce przez siatkę. Znowu wpatrywała się w ziemię pod nogami.
Hieronim podniósł się, otrzepał szalwary i kirouffę.
— Jak Szulima zostanie, to ty też zostaniesz.
Pan Berbelek zatrzymał się w pół kroku. Złapawszy się likotowej siatki, nachylił się nad córką.
— Coś ty powiedziała?
Machała bosymi stopami nad migoczącym srebrno jeziorem, z którego poderwało się właśnie spłoszone ptactwo, rozświergotana burza czerwonych, żółtych i niebieskich piór.
— Nic.
— Co takiego? Powtórz.
— Xewra. Nie rób takiej miny, jeździ się dokładnie tak samo jak na koniu czy zebrze. Zresztą wymorfowana właśnie z zebry. Bardzo popularna w drugich i pierwszych kręgach. Proponuję wziąć trzydzieści sztuk.
Zwierzę miało sześć pusów w kłębie, mocne, masywne nogi, szyję nieco dłuższą i bardziej wygiętą niż koń (ale sam łeb bez wątpienia koński) i długi, gęsty ogon. Krótka sierść układała się symetrycznie na bokach xewry w wielokolorowe wzory, nie białoczarne pasy, lecz jakieś motyle, skomplikowane ornamenta, żółte, brązowe, purpurowe, nawet zielone. Kaprys teknitesa, przypuszczał pan Berbelek; podobnie Abraxas Gekun, któremu przed tysiącem lat udało się nareszcie wyhodować ujeżdżalną zebrę, przyciągnął był ją bez żadnej racjonalnej przyczyny ku formie z ogniście czerwonymi ślepiami — taki po prostu był Wielki Abraxas.