Выбрать главу

— Reszta i bagaże, jeśli nie na wozach, pójdzie na wielbłądach i humijach, ale my musimy mieć wierzchowce do polowania — stwierdziła Szulima, jedną ręką poklepując xewrę po szyi, a drugą — odganiając od twarzy tłuste zarży. — Bardzo dobrze wytrzymują kakomorfię.

— Skoro tak twierdzisz, esthle — skinął esthlos Ap Rek. W odróżnieniu od Hieronima, wybrał się na targ Am-Szasy w aegipskich sandałach i teraz co chwila zatrzymywał się, by wytrzeć stopy z kolejnej kupy nawozu, w jaką wdepnął. Nadal jednak zachowywał stoicki spokój, jak na starego dworzanina przystało.

Gdy Zueia płaciła, a Szulima dogadywała z siwym Negrem ostatnie warunki, pan Berbelek rozglądał się po zatłoczonym targowisku za Aliteą i Klaudią, które oddaliły się już chwilę wcześniej w towarzystwie dwóch Weroniuszowych doulosów. Zajdar, Zenon i Abel oraz Tobiasz Liwiusz w ogóle nie zabrali się z resztą myśliwych na targ, wybierając śniadanie u posła rzymskiego, jak się okazało, starego przyjaciela Liwiuszy. Weroniuszowie udali się na zwiedzanie ruin Labiryntu Illei, a Gauer Szebrek zniknął z hospicjum jeszcze przed świtem.

Kiedy po drugiej stronie zagrody z xewrami, za stanowiskiem handlarza niewolnikami, wybuchło głośne zamieszanie, pan Berbelek od razu pomyślał o Alitei — i była to myśl słuszna. Pobiegł przez tłum, rozpychając się i tłukąc ludzi po nogach i plecach trzcinową ryktą, dodatkowo zdenerwowany w ogarniającej tłum morfie podniecenia.

Zastał Aliteę i Klaudię całe i zdrowe, dyskutujące podniesionymi głosami z negrowym rymarzem o plemiennym morfunku rozciągającym mu uszy i wargi do monstrualnych rozmiarów; nie wysławiał się przez to bynajmniej w sposób łatwiejszy do zrozumienia. On mówił w jakimś miejscowym dialekcie, dziewczęta po grecku, gapie pokrzykiwali w pahlavi i tuzinie innych dialektów, a biedny Papugiec próbował to wszystko przetłumaczyć. Każdy oczywiście pomagał wyartykułować swoje racje, wymachując energicznie rękoma.

Pan Berbelek uderzył trzykrotnie ryktą o jedno z wyłożonych na kobiercu siodeł, trlaskkk, trlaskkk, trlaskkkk!

— Cisza!

Negrowie oczywiście nie zrozumieli słowa, niemniej natychmiast zamilkli.

Pan Berbelek zatoczył ryktą w powietrzu szeroki półokrąg. Gapie odsunęli się dwa kroki do tyłu. Odwrócił się do nich plecami.

— O co chodzi? — spytał Aliteę.

Spoglądała wystraszona. Dopiero po chwili zorientował się, że trzyma ryktę wpółuniesioną, jak do kolejnego uderzenia. Opuścił rękę.

— O co chodzi? — powtórzył.

— Ktoś chciał nas okraść — odpowiedziała szybko Klaudia.

— Kto?

— Uciekł. Niewolnicy pobiegli za nim.

— Mam nadzieję, że przynajmniej zostawili pieniądze.

Alitea pokazała sakwę. To słudzy i doulosi zawsze płacą, aristokracja nie brudzi sobie rąk mamoną. Zwyczaj przydatny także w podobnych sytuacjach: jeśli kogoś zbójca ma poturbować, niech turbuje niewolnych.

— Zo-zobaczyłem esthle Latek — wtrącił się Papugiec, gnąc się w ukłonie przed Hieronimem — i przyszedłem za-zapytać, gdzie znajdę esthle Amitaace. Esthle Latek po-po-po-prosiła mnie, bym tłumaczył w targach. I za-zauważyłem tego mężczyznę, stał tam za wowozem i obserwował nas. Wska-za-załem go kupcowi, by potwierdził, czczy to jego cz-człowiek. Aale tamten wtedy naciągnął ka-kaptur i odszedł. Krzyknąłem „złodziej!” i on zaczął biec. Nieniewolnicy pobiegli za nim.

Papugiec był tym półdzikim tłumaczem Szulimy. Jąkał się tylko, mówiąc w językach cywilizowanych; druga, dzika połowa jego morfy była mocniejsza.

— Jeśli zrozumiał, co krzyczysz, to nic dziwnego, że uciekł — mruknął pan Berbelek. — A co mówi on? — wskazał rymarza. — Może to rzeczywiście był jego człowiek?

— Mó-ówi, że nie.

— Jasne, teraz nie przyzna się, choćby to był jego syn. — Pan Berbelek obrócił się do dziewcząt. — Co wy tu właściwie chciałyście kupić? Bierzcie szybko, dostaniecie za pół ceny. Siodła już mamy.

— Te bicze — wskazała Alitea.

— Rukaty — poprawiła ją Klaudia.

— Te rukaty.

— Przecież to dla poganiaczy bydła, na nic się nie przydadzą na dżurdży.

— Co, nie wolno mi sobie kupić? — żachnęła się Alitea. — Widziałam, jak z nich strzelają, głośniej od keraunetu. Nauczę się.

Pan Berbelek machnął ręką.

— Esthle! Eeesthle! — Papugiec przypadł do Szulimy, która właśnie pojawiła się wraz z Zueią. — U-umówiłem ich, już czekają! Przy wo-wo-wodopojach. Chodźmy! Eesthle!

Na wszelki wypadek pozostawili Antona przy stoisku rymarza, póki doulosi Weroniuszy nie wrócą z pościgu, najprawdopodobniej bezowocnego; reszta ruszyła ku południowej bramie targu. Wyszli na szeroki, piaszczysty Trakt Bydlęcy. Miejski wodopój znajdował się poniżej Am-Szasy, gdzie spływająca z gór rzeka zwalniała i rozlewała się szeroko po złotych pastwiskach Sadary. Na szczęście nie przeganiano właśnie Traktem żadnego stada, tylko kilkanaście mamuli wlokło się poboczem, poganianych leniwie przez samotne negrowe dziecko.

Im bliżej wodopoju, tym większe zagęszczenie żarz w powietrzu. Te owady, wymorfowane w zamierzchłej przeszłości z much gnojowych, nie wiedzieć przez kogo i ku jakiemu celowi, stanowiły prawdziwą plagę Afryki. Nawet anthos Illei nie zdołał ich wypędzić; a może po jej wygnaniu po prostu wróciły, rozprzestrzeniwszy się uprzednio na całą Ziemię. Pan Berbelek odpędzał się od nich rękoma i ryktą; na koniec po prostu zasznurował kirouffę, naciągnął sobie na głowę kaptur i ścisnął lewą dłonią białą tkaninę, pozostawiając jedynie otwór na oczy. Inni postąpili podobnie, jeśli tylko pozwalało im na to odzienie. Kobiety opędzały się od żarz, wachlując się kapeluszami. Zarży były czarne, tłuste, trzykrotnie większe od much. Według legendy zrodziły się z jaj złożonych w trupie zabitego w Pierwszej Wojnie Kratistosów kratistosa Vercyngoteryxa Glinojada. Pan Berbelek był teraz w stanie uwierzyć w tę bajkową nekromorfię. Minęli truchło chowoła, całe pokryte zarzami, smród i głuche brzęczenie owadów przyprawiały o ból głowy.

Plemię zwało się N’Zui i jego Forma obejmowała długie, patykowate kończyny, skórę czarną i lśniącą niczym unurzany w łoju węgiel oraz prawie bezwłose, wysokie czaszki z dziwnymi wgłębieniami ponad czołem. Przy wodopoju, kucając w półokręgu na skrawku niezadeptanej trawy za zakrętem Traktu, pod samotną ratakacją, czekało pięciu wojowników N’Zui, jeden stary i czterech młodych.

Wstali, gdy biali podeszli pod drzewo. Papugiec zagadał szybko w dialekcie plemienia. Starzec był szamanem, a wojownik z przepaską ze skóry mantikory — drugim synem wodza, on będzie prowadził negocjacje. Zwał się N’Te, co znaczy Ten, Który Odgryza. Wyszczerzył się szeroko do Papugca.

— P-pyta, kto jest waszym wo-odzem.

— Szulima już prowadziła z nimi… — zaczął pan Berbelek ale nie było po co kończyć, forma ustaliła się bez jego udziału, Papugiec, już tłumacząc pytanie, patrzył na niego, reszta również odruchowo obejrzała się na Hieronima, i Ten, Który Odgryza odczytał to bezbłędnie, stając naprzeciwko pana Berbeleka. Pozostali cofnęli się o krok. Hieronim wiedział, że nie ma sensu sprzeciwiać się morfie sytuacji, zresztą najpewniej stanowiła ona po prostu konsekwencję zdarzenia na targu. Nadal miał ryktę w ręku, wystarczyło ją unieść.