Выбрать главу

Zrzucił kaptur, odsłaniając twarz. Uderzył ryktą o udo. Szaman zawył, ugryzł się w dłoń i skierował zakrwawione palce ku panu Berbelekowi. N’Te wyszczerzył się jeszcze szerzej. Wskazał na ziemię między nim i panem Berbelekiem. Przysiedli na piętach, Papugiec z boku. Rozpoczęły się negocjacje.

Pan Berbelek zażądał stu osiemdziesięciu wojowników, jako tragarzy, poganiaczy zwierząt, tropicieli i myśliwych, do prac obozowych i do walki, gdy zajdzie potrzeba; na trzy do pięciu miesięcy. N’Te zażądał jednej złotej drachmy dla każdego wojownika za każdy miesiąc. Budżet dżurdży było na to stać, ale pierwszej propozycji oczywiście nigdy nie wolno przyjąć. Po kwadransie targów nawet Papugiec stał się zbędny, pan Berbelek i Negr porozumiewali się, unosząc do góry wyprostowane palce, rysując kreski na ziemi i potrząsając głowami. Na koniec stanęło na półtorej drachmy za każde trzy miesiące. Splunęli i przydeptali ślinę.

Pan Berbelek wstał, rozprostował plecy. Właściwie pozostał tu sam, nawet Szulima odeszła. Papugiec dogadywał z N’Te szczegóły.

— Kto ich poprowadzi? — spytał Hieronim. — Chcę mieć kogoś, kto by bezpośrednio odpowiadał za wojowników.

— On.

— Kto?

Papugiec wskazał N’Te. Ten, Który Odgryza pokiwał głową, jakby rozumiał ich słowa. Znaczenie miał fakt, iż on się nie podniósł, nadal trwał w przysiadzie na piętach, patrzył z dołu. Pan Berbelek wzniósł ryktę. Negr klasnął, raz i drugi. Przyjmowałem już bardziej wątpliwe przysięgi, pomyślał Hieronim. Odwrócił się ku miastu.

Alitea i Klaudia dawno już straciły zainteresowanie negocjacjami. Przeszedłszy na drugą stronę Traktu, bawiły się rukatami, bezskutecznie próbując wykrzesać z biczy efektowne dźwięki. Przyglądali się temu, od czasu do czasu wybuchając śmiechem, Anton i dwaj doulosi Weroniuszy — dopóki Klaudia nie uderzyła przypadkiem jednego z nich. Gonili się potem w krzyku i śmiechu, dziewczęta pogubiły kapelusze, ubrudziły spódnice. Nad nimi, w tle, wspinało się po południowowschodnim zboczu Siodła Ebe złote miasto, rozpuszczająca się w wieczornym półmroku Am-Szasa, na razie jednak jeszcze skąpana w promieniach Słońca chowającego się za Górami Tybeckimi — tarasy nad tarasami, na nich stłoczone bez wyraźnego planu jedno — i dwupiętrowe kwadratowe budowle, o ścianach i dachach o tej porze oślepiających żółtym blaskiem. Na szczycie zigguratu świątyni Njad zapłonął ogień, kapłan właśnie zjadł serce dzisiejszej ofiary. Światła zapalały się w oknach setek domów. Dzieci pasterzy przeganiały bydło od wodopoju do zagród i stad. Nagie i półnagie Negryjki rozmaitych morf wracały od górnych źródeł, roznosząc po mieście dzbany i tykwy z wodą, ich głosy płynęły z nurtem rzeki, niezrozumiały świergot pół tuzina dialektów. Alitea przebiegła obok Hieronima, wymachując rukatą za rechoczącym Antonem; zabawy ciąg dalszy. Nawet żarz jakby ubyło. Słońce chowało się za krzywą krawędzią góry i cień wylewał się powoli na Am-Szasę, niczym zimna krew z rozdartej arterii bogini Dnia. Melancholijne przeczucie ścisnęło pana Berbeleka za serce: scena jest zbyt piękna, zbyt spokojna, nazbyt wiele tu beztroski i ciepłych barw. Takie właśnie chwile się wspomina, żałując tego, co bezpowrotnie utracone.

* * *

Na każde większe polowanie rozsądnie jest zabrać ze sobą medyka, tym bardziej na dżurdżę, i Ihmet wynajął był w Alexandrii jednego z najbardziej doświadczonych, starego Axumejczyka negrowej morfy, demiurgosa ciała Mbulę Szpona. Mbula miał ponoć ponad sto lat, lecz prezentował się jako bardzo żwawy staruszek, co dobrze świadczyło o sile jego Formy. W trudny do wytłumaczenia sposób już pierwszego dnia zaprzyjaźnił się z dziewczętami. Podczas podróży świnią zabawiał je, rozcinając sobie purynicznym nożem ramię, nogę, stopę i objaśniając wewnętrzną budowę człowieka; krzywiły się z obrzydzenia i niby odwracały głowy, a przecież patrzyły, zafascynowane, i na koniec chichotały, gdy szybko zasklepiał rany. Mówił plebejską greką. Był pośród uczestników dżurdży jedynym mężczyzną niższym od pana Berbeleka.

To właśnie Szpon — nie Zajdar, nie Papugiec, nie Szulima i nie Liwiusz, lecz stary medyk — przyniósł informacje, które zadecydowały o wyborze trasy.

— Marabratta, tutaj. — Dziabnął krzywym paluchem czarnobiałą mapę. — Dalej pięćset stadionów wzdłuż Suchej i na południe. Oczywiście za granicą Skoliodoi, ale widać z wierzchołków drzew. Przysięga, że to miasto.

— Miasto w Krzywych Krainach?

— Tak.

— Zbudowane przez kogo?

Mbula przyłożył dłoń do czoła, co stanowiło w niskich kręgach odpowiednik wzruszenia ramionami.

— W Skoliodoi żyją jacyś ludzie? — zdumiał się esthlos Ap Rek.

— Z definicji, skoro tam żyją, nie są ludźmi — mruknął Gauer Szebrek.

Zajdar pochylił się nad mapą.

— Marabratta… Katamusze… Abu-Ti… Znasz te ziemie?

— Zna-am. A-ale za Marabratttą nigdy nie byłem.

— Kto był?

— Nnie wiem. Nnikt.

— No a ten twój wyzwoleniec? — Nimrod zwrócił się do medyka. — Skąd on się tam wziął? Poszedłby z nami za przewodnika? Złoto do ręki i tak dalej. Co?

— Nie. Nigdy. Przez pół roku pocił się piaskiem, ślinił błotem, dopiero co wrócił do formy, jeszcze sra kamieniami i sypie się z niego rdza.

— Marne świadectwo dają oczy i uszy człowiekowi o duszy barbarzyńcy — mruknął pan Berbelek. Rozglądnął się po werandzie hospicjum. — Wszyscy? Dobrze. Trzeci dzień w Am-Szasie, tracimy czas. Jaka decyzja? Marabratta? Tak? No to już. Ihmet, Marabratta. Papugiec, biegnij do N’Te: jutro o świcie za wodopojem. Spakować się, zapłacić, położyć się wcześnie. Tak, esthle?

Justyna Weroniusz zapaliła tytońca od drżącego płomienia świecy.

— Chciałabym się dowiedzieć — rzekła, uwolniwszy z ust ciemny dym — kto i kiedy uczynił cię strategosem tej dżurdży, esthlos.

Pan Berbelek podszedł do niej, wyjął spomiędzy jej palców tytońca, zaciągnął się. Marek Weroniusz siedział po drugiej stronie żony, Hieronim patrzył mu w oczy, gdy strzepywał popiół na glinianą podłogę werandy.

— Ty, esthle — odparł, nie odwracając spojrzenia od starszego mężczyzny. — W tej właśnie chwili.

— Co znowu… — żachnęła się Justyna, podrywając się na nogi.

Pan Berbelek zatrzymał ją w pół ruchu, kładąc dłoń na ramieniu. Usiadła z powrotem. Pochylił się nad nią; esthlosa Marka miał teraz na linii wzroku za esthle Justyną.

— Czy chcesz, abym was poprowadził? — spytał cicho.

Próbowała szukać wsparcia u innych, lecz nie zdołała nawet odwrócić spojrzenia, twarz pana Berbeleka znajdowała się zbyt blisko. Nie było w nim groźby i nie było w nim kpiny, nie uśmiechał się, patrzył na Weroniuszy spokojnie, niemal przyjaźnie. Nie mogła powiedzieć „nie”.

Skinęła głową.

Oddał jej tytońca.

Gdy wracał do stołu z mapami, spostrzegł Abla. Syn stał w drzwiach prowadzących na werandę, skryty w cieniu. Podpatruje mnie, pomyślał Hieronim. To dobrze czy źle? Przecież Abel tego właśnie chciał: odziedziczyć morfę. I czy istotnie zależność nie działa w obie strony? No bo na co mi właściwie ta czysto teatralna władza? Wcale nie chcę kierować dżurdżą. Ale wiedziałem, spodziewałem się, że on będzie patrzył… A to się właśnie tak rozwija, karmi samo sobą, rośnie niepostrzeżenie od rzeczy najbanalniejszych: odruch ciała, szybkie słowo, nieprzemyślana reakcja, rykta w górze, rozkaz z moich ust, więc patrzą na mnie, oczekują kolejnego, więc zachowuję się, jak wymaga forma sytuacji, Papugiec, ten rymarz, a skoro oni, to i N’Te, a skoro on, to i esthle Justyna, a skoro ona, to — to — to właśnie jest twoje życie, strategosie Hieronimie Berbelek.