— Nie robimy rzeczy, które chcemy zrobić, jeno te, które leżą w naszej naturze — mruknął po vistulsku.
— Co? — Zajdar podniósł wzrok znad mapy.
— Nic, nic. Policzyłeś już, ile dni?
Później, gdy nad Am-Szasę wzeszedł różowy półksiężyc i na werandzie pozostali tylko pan Berbelek, Tobiasz Liwiusz i Mbula Szpon, we trzech palący w glinianych fajkach miejscową odmianę herdońskiego ziela i popijający tak zwane „gorzkie złoto”, alkohol fermentowany ze złotych traw sadaryjskich, i bardziej podłe piwo tedż — wtedy ponownie zjawił się Abel. Hieronim bez słowa podał mu kubek. Abel usiadł pod ścianą, zachowując dystans. Esthlos Liwiusz zabawiał pana Berbeleka historiami zasłyszanymi u rzymskiego posła: o coraz liczniej ciągnących przez Królestwa dżurdżach (dopiero co jedna wyszła z Am-Szasy na szlak południowy); o przywożonych przez myśliwych z Krzywych Krain strasznych trofeach, które tu, poza anthosami cywilizowanych kratistosów, zachowują o wiele więcej ze swej oryginalnej, niemożliwej Formy; o nieprzetłumaczalnych opowieściach dzikich wędrowców z pierwszego kręgu, które zarażają paniką całe plemiona; o sofistesach z Aegiptu, Babilonu, Sydonu, Trytu, Axum, nawet z Herdonu i Ziem Odwróconych, ściągających tu, by badać Formę Skoliodoi; o fenomenach atmosferycznych, wyrywających się co jakiś czas z Krzywych Krain i nawiedzających południowe peryferia Królestw: chmurach ognia na niebie, piorunach kroczących przez pustynię na tysiącpusowych łapach, o deszczach, w których wszystko, co żywe, rozpuszcza się niczym rozgotowane ciasto… Pan Berbelek wypytywał Mbulę o miasto Skoliodoi. Wyzwoleniec najwyraźniej nie był zbyt elokwentny, Szpon potrafił powtórzyć tylko kilka fraz o „czarnych piramidach” i „kamiennych drzewach światła”. Na koniec Liwiusz zasnął z głową na stole, uległszy „gorzkiemu złotu”. Medyk odholował go do łóżka.
Abel zatrzymał ojca jeszcze na moment.
— Czy pozwoliłbyś mi chociaż raz…
— Co?
— Chciałbym samemu poprowadzić jedno polowanie. Sprawdzić, czy jestem zdolny…
Pan Berbelek pokręcił głową.
— Ale dlaczego? — żachnął się Abel.
— Nie tak, nie tak — westchnął Hieronim. — Gdybyś rzeczywiście był zdolny, nie pytałbyś o pozwolenie.
— E! Głupie aforyzmy! Po co mam się z tobą kłócić i spierać przed ludźmi, skoro mogę po prostu zapytać?
— Ale jeżeli pozwolę ci je poprowadzić — pan Berbelek przeciągnął między zębami to „pozwolę” niczym niestrawny flak — to tak naprawdę prowadził je będziesz ty czy ja? — Klepnął syna w plecy, uśmiechnął się krzywo. — Podpatrujesz? Podpatruj. Czy ja rzeczywiście pytałem o pozwolenie? Myślisz, że esthle Weroniusz mogła mi czegokolwiek zabronić?
Pierwsza xewra pana Berbeleka zwała się Ulga (fioletowe płomienie na jej bokach, szyja w spirali soczystej zieleni), xewra druga, luzak — Sytość (czerwone zygzaki, biała pierś). Wszystkie wierzchowce były oznakowane pyrmorfunkiem w zbarbaryzowanej grece. Ulga okazała się bardzo dobrze ułożona, wyczuwała najlżejsze naprężenia mięśni ud, nieustannie przekrzywiała łeb, kątem oka kontrolując ruchy jeźdźca. Handlarz w Am-Szasie zarzekał się, że myśliwi będą mogli nawet strzelać z siodła. Nimrod Zajdar sprawdził to, ledwo opuścili miasto, odjechawszy na stosowną odległość od karawany, by keraunetowym grzmotem nie wzbudzić paniki wśród zwierząt i ludzi.
W skład karawany wchodziło osiem wozów ciągnionych przez poczwórne zaprzęgi chowołów, nadto trzy tuziny hunujów, na które trzeba będzie przeładować co cięższe bagaże, gdy dżurdża dotrze do terenu nie do pokonania dla wozów. Na koniec, w Krzywych Krainach, i tak zapewne wszystko nieść będą tragarze N’Zui. Zajdar, Papugiec i N’Te tak ułożyli trasę, by ominąć dżungle i pustynie. Aż do Marabratty mieli podróżować sawanną, sadarowymi lasami baobabowymi, skrajem skalistej hamady. Jechali na zachód południowy zachód.
Pierwszy dzień był dniem ustalenia rytuałów. Stu osiemdziesięciu Negrów stawiło się pod Am-Szasą, każdy ze skórzanym tobołkiem na plecach, trójkątną tarczą z likotowej kory i bawolej skóry oraz trzema kurroi, krzywymi dzirytami-oszczepami z kości humija, podobnymi nieco do harpunów. Po związaniu razem, zadziorami na zewnątrz, służyły jako rozrywająca ciało maczuga, kurrote; ciskane oddzielnie przebijały na wylot gazelę. Pan Berbelek nie zdołał się powstrzymać od ironicznego uśmiechu. Oto przecież było wojsko, jego wojsko — początek i koniec każdego strategosa. Czekali, siedząc na piętach, w półmroku przedświtu, ponad horyzont wysunęła się dopiero czerwona grzywa Słońca. N’Te wstał, wskazał Hieronima swoimi kurroi i krzyknął. Pan Berbelek podjechał bliżej, zsunął z głowy kaptur kirouffy. Papugiec wraz z resztą został z tyłu, za wozami i zwierzętami; ale teraz nie chodziło o treść słów, treść nie miała znaczenia. Hieronim zajechał był od wschodu, by mieć Słońce za plecami. Stanąwszy w strzemionach, wskazał ryktą na N’Zui i przed siebie, ku zachodowi. — Ruszamy! — Wstali, nie czekając potwierdzenia rozkazu z ust N’Te.
Rzecz jasna, to był dopiero początek. W południe, gdy przystanęli na „godzinę wody”, jeden z wojowników prowadzących od rzeki humija potknął się i potrącił rozmawiającego z Zajdarem pana Berbeleka. Było to tak oczywiste, że Hieronim i Ihmet zdążyli nawet wymienić rozbawione spojrzenia, zanim pan Berbelek odwrócił się i trzasnął Negra ryktą przez plecy. Wojownik skoczył z wrzaskiem na Hieronima — chciał skoczyć, ale pan Berbelek nie zatrzymał się, stał już twarzą w twarz z wyższym o pus N’Zui i zamiast uderzyć, tamten cofnął się o krok, drugi, trzeci, pan Berbelek postępował za nim, z twarzą kamienną i ryktą wskazującą ziemię. — Psie! — syczał (a Negr oczywiście nie rozumiał słów). — Służ! — Z piątym krokiem zaczął okładać wojownika ryktą po piersi, po twarzy, po grzbiecie, gdy tamten zgarbił się, pochylił, na koniec padł na kolana, pan Berbelek chlasnął go wówczas przez kark, postawił obutą w jugr stopę na potylicy Negra i nacisnął, wtłaczając mu głowę w ziemię. Kiedy w końcu odstąpił, N’Zui, nie trąciwszy czasu na łapanie oddechu, zaintonował charkotliwie jakąś pieśń-litanię i jął bić przed Hieronimem pokłony. Pan Berbelek odszedł, nie obejrzawszy się.
Tej też nocy po raz pierwszy rozbili obóz. Pan Berbelek postanowił od razu zaszczepić zwyczaje na czas zagrożenia, wyznaczając dziesiątą część wojowników do warty i grupując namioty w kręgu wozów. Tak naprawdę największym zagrożeniem okażą się najpewniej nocni drapieżnicy z apetytem na świeże mięso chowoła, humija czy xewry, lecz Hieronim już ze zbyt wielkim zaangażowaniem odgrywał stretegosa Berbeleka, Forma albo jest prawdziwa, albo nie, nie istnieją półFormy, „Formy na niby” — a czy kto kiedy słyszał o strategosieoptymiście? Łatwiej spotkać tchórzliwego aresa.
Drugiego dnia, gdy wyjechali poza otaczające Am-Szasę wioski, pastwiska i pola uprawne, nimrod zaczął uczyć niedoświadczonych myśliwych posługiwania się keraunetem. Odjeżdżali rankiem od karawany na kilkanaście stadionów; tam strzelali do głazów i pni. Do braku obeznania z bronią pyrosową, oprócz Alitei, Abla, Klaudii oraz esthlosa Ap Reka, przyznał się także Gauer Szebrek (Ihmet twierdził, iż Babilończyk istotnie zdawał się nie radzić sobie z keraunetem).
Esthlos Liwiusz śmiał się, że tak właśnie wyglądały teraz dżurdże: wyprawy towarzyskie aristokracji, co nigdy dotąd nie powąchała pyrosu. Drugiej nocy, przy ognisku, gdy rozgrzani „gorzkim złotem” zapadli w gadatliwą formę, Tobiasz przyznał się do pięciu lat spędzonych w Zamorskich Legionach Rzymu. Pokazał morfunek na barku. Pan Berbelek zrozumiał, ile tego dwudziestokilkulatka kosztuje udawanie, że nie zdaje sobie sprawy, kim jest Hieronim. A w każdym razie nieokazywanie mu tego. Pan Berbelek zapisał: Dlaczego gdy spotykałem ich na salonach Europy, tych młodych aristokratów tak ciekawych smaku prawdziwego, śmiertelnego niebezpieczeństwa, że wyssaliby go nawet z mojego trupa, zresztą to właśnie robili, dlaczego wtedy ich morfa odbijała się ode mnie niczym lustrzana pustka w drugim lustrze — a teraz sycę się nią bez umiaru, bezwstydnie przeglądam się w ich oczach — skąd przyszła ta zmiana?