Выбрать главу

W nocy z dwudziestego siódmego na dwudziesty ósmy, pomiędzy Dies Saturni a Dies Solis, Ihmet Zajdar zjawił się bez uprzedzenia w namiocie pana Berbeleka i, przykucnąwszy u wezgłowia, obudził go krótkim potrząśnięciem. Hieronim odruchowo sięgnął pod posłanie. Nimrod złapał go za nadgarstek.

— Spokój, to ja.

— Widzę — syknął pan Berbelek. — Puść.

Ihmet zwolnił uchwyt.

Pan Berbelek usiadł. Wejście namiotu było zapięte od wewnątrz, przed namiotem spał Porte, a płótno nie zostało nigdzie przecięte, jeśli pan Berbelek potrafił to ocenić w świetle Księżyca. Postanowił nie pytać, jak nimrod się tu dostał.

— Mów.

— Jesteśmy śledzeni.

— Kto, ilu, jak daleko, jak długo?

— Szesnaście humijów i wielbłądów, pięć zebr. Ludzi czternastu lub piętnastu. Często się rozdzielają, główna grupa trzyma się jakieś pół dnia od nas, południe, południowy wschód. Po dwóchtrzech zwiadowców na zebrach podjeżdża bliżej, badają trop, wyprzedzają nas i cofają się. Bardzo dobrze zacierają ślady po sobie, nie ryzykowałem bliższych podejść. To nie są Negrowie, nie tylko.

— Jak długo?

— Nie wiem, co najmniej pięć dni, musiałbym zostawić was na tydzień, żeby sprawdzić, czy od samej Am-Szasy.

— Ci zwiadowcy wymieniają się tu, czy przy głównym oddziale?

— Najlepiej wziąć ich na dwa razy. Zwiadowcy powiedzą, o co chodzi, będziemy wiedzieli, czego się spodziewać.

— Polują? Tak.

— Nimrodowie, aresi?

— Żadnych; albo się kryją. Ale dobrzy tropiciele, bardzo dobrzy.

— Wiesz, gdzie znajdują się tej chwili?

— Zwiadowcy? Pięćdziesiąt stadionów. — Ihmet wskazał ręką kierunek. — Chyba że poderwali się na jakiś nocny rekonesans.

— Trzech czy dwóch?

— Dwóch.

— Dobrze. Idź obudzić esthlosa Liwiusza i esthle Amitace.

— Esthle Amitace? Po co?

— Może nam się przydać jej niewolnica. Nimrod podniósł się.

— Ihmet. Tak?

— Czy prawdziwemu strategosowi odpowiedziałbyś na rozkaz pytaniem?

Zajdar niespodzianie roześmiał się.

— Czy prawdziwy nimrod przychodziłby pytać, co zrobić z wytropioną zwierzyną?

Wyszedł, odrzuciwszy klapę namiotu, budząc przy tym starego Porte.

Opuścili obóz pod Księżycem w pełni, z trzema godzinami ciemności w zapasie. Berbelek, Zajdar, Liwiusz, Zueia. Zabrali ze sobą trzy luzaki. Pan Berbelek wydał wcześniej N’Te przez Papugca precyzyjne rozkazy. Wszyscy wojownicy zostali obudzeni, wysunięto warty na kilka stadionów w sawannę; karawana ma ruszyć o świcie jak co dzień, szlak był ustalony; nikomu jednak nie wolno oddalać się poza zasięg wzroku. Pod nieobecność esthlosa Berbeleka dowodzi Mah’le.

Pięćdziesiąt stadionów dobry koń potrafi pokonać w kilkanaście minut. Xewry były ponoć znacznie lepsze na długich dystansach, lecz i tak pozostawało dosyć czasu do świtu. Nie mogli też przecież po prostu pogalopować prosto na wroga.

Piętnaście stadionów od spodziewanego miejsca jego obozowiska zatrzymali się i zsiedli z wierzchowców. Zajdar zdjął dżulbab i kamizelę i bez słowa pobiegł w noc; przez chwilę widzieli go jeszcze jako chudy cień pod Księżycem, potem ciemna sawanna połknęła nimroda. Spętawszy xewrom nogi, przysiedli na ziemi. Ognia oczywiście nie można było rozpalić, drżeli z zimna. Afryka oddychała we śnie powoli, głęboko, trawy gięły się co kilka minut, usypiający szelest płynął przez równinę, szszszszlchsz, śpij. Między trawami błyskały ślepia ścierwojadów. Nikt nic nie mówił, czekali na nimroda. Pan Berbelek rozgrywał w głowie czarne przyszłości, bardzo przekonujące w swym absurdzie: Zajdar wywiódł go tu celowo, nie kłamał tylko w tym, że tam, w ciemności, rzeczywiście ktoś się czai — na niego, na esthlosa Hieronima Berbeleka, teraz dopadną go tu bez problemu, oddzielonego od karawany i wojska, z jednym żołnierzem i jednym aresem, a ich, ich może być dwudziestu, zastrzelą go bez ostrzeżenia, bo uwierzył i dał się poprowadzić w zasadzkę, kiedyś nie miałby wątpliwości, nikt nie byłby zdolny skłamać mu prosto w oczy i nie zdradzić się, ale teraz

— Dwóch, śpią, zebry po przeciwnej stronie, chodźcie — sapnął na wydechu nimrod, wyłoniwszy się z nocy.

Podnieśli się, wyciągnęli spod siodeł długie keraunety, każdy po dwa, także Ihmet. Sprawdzili ładunki, sprawdzili młoteczki i kowadełka, zarzucili broń na plecy, po czym ruszyli za nimrodem, który narzucił tempo szybkiego marszu. Skromny zagajnik ratakacjowy wyłonił się z nocy nierównym księżycowym cieniem. Zajdar pokazał na zachód: zebry. Pan Berbelek skinął na Liwiusza. Tobiasz odbiegł w tamtą stronę, zataczając szeroki łuk.

Ostatnie sto pusów pokonali przygięci do ziemi, prawie kryjąc się w trawie. Przycupnąwszy za pniem pierwszej ratakacji i uspokoiwszy oddech, pan Berbelek w sześciu krótkich gestach przedstawił plan, prosty jak wszystkie najlepsze plany. Nimrod oddał Hieronimowi i Zuei swoje keraunety, wyjął długi nóż myśliwski. On podejdzie od wschodu, Berbelek i Zueia pokryją teren pod kątem prostym, od północy, by zachować otwarte pole ostrzału. Hieronim klepnął Ihmeta w bark. Rozdzielili się.

Zwiadowcy spali pośród korzeni krzywej ratakacji, zgarbionej nisko nad małą polanką, korona prawie dotykała ziemi. Ares i pan Berbelek, ułożeni do strzału pięćdziesiąt pusów dalej, w gęstych krzakach, dostrzegali w cieniu tego drzewa tylko zarys ciemnych pagórków — ciała lub nie ciała, trzeba wierzyć nimrodowi. Czekali na ruch Zajdara. Co kilka minut gałęziami wstrząsał długi oddech Afryki, zimne westchnienie z głębin niepoznanego lądu, tchchchch, i znowu cisza, i wdech, i wydech, i wdech, i wydech, w ogóle nie zobaczyli nimroda, dopóki nie wyprostował się nad nieruchomymi zwiadowcami i nie machnął ręką. — Już!

Podeszli. Zawiniętych w wełniane koce, leżało tu dwóch mężczyzn, dwadzieścia i trzydzieści lat, obaj aegipskiej morfy, może bardziej południowej — Nubia? Axum? Pan Berbelek lufą keraunetu strącił z nich koce. Brudne, podniszczone odzienie; zarazem jednak — złoty pierścień na kciuku starszego. — Zwiąż ich — rozkazał Zuei i poszedł po Liwiusza. Sam przyprowadził na polankę zdobyczne zebry, Tobiasza posłał po xewry.

Tymczasem młodszy zbój, najwyraźniej słabiej ogłuszony przez nimroda, a może o twardszej czaszce, odzyskał przytomność. Pan Berbelek skinął na Zajdara. Pers splunął, przesunął klingę noża po języku, po czym zaczął odcinać więźniowi palce — więzień w krzyk, aż wystraszyły się zebry — jeden po drugim, począwszy od lewego kciuka; odpadały od dłoni niczym dojrzałe owoce. Po piątym oprzytomniał starszy zbój, łysy jak kolano Axumejczyk. Wytrzeszczył oczy na Hieronima i Zueię, przykucniętych z keraunetami przełożonymi przez uda, na siedzącego okrakiem na jego towarzyszu Zajdara, skrupulatnie zlizującego krew z noża po każdym cięciu. — Potem ty — rzekł pan Berbelek po grecku i powtórzył to w łacinie i pahlavi. Axumejczyk natychmiast zaczął mówić, łamana greka popłynęła rwanym potokiem; nimrod zatrzymał ostrze. Młodszy zbój, któremu pozostały u rąk wszystkiego dwa palce, naprzemiennie szlochał i rzęził.

Co się okazało: dżurdże zdążyły obrosnąć całym przemysłem, tym legalnym i tym nielegalnym. Pograniczne bandy, takie jak ta, żyjące z rabunków i rozbojów na owym obrzeżu cywilizacji, pomiędzy królestwami i anthosami kratistosów, zwietrzyły swoją szansę. Oczywiście nie było mowy o frontalnej napaści na dżurdżę, zresztą znacznie lepiej opłaciłby się atak na karawanę kupiecką, one przynajmniej wiozły jakieś bogactwa; ale istniał inny sposób na wyciśnięcie pieniędzy z aristokratów północy. Czekano, aż oddali się na jakieś dłuższe polowanie kilkuosobowa grupka — i porywano co znaczniejszych myśliwych. Aby nie popełnić błędu identyfikacji, obserwowano pilnie członków dżurdży jeszcze w miastach Złotych Królestw: kto tu jest ważny, kto płaci, komu się kłaniają. Najlepiej porwać jego krewnych; a wprost wymarzoną ofiarą są dzieci. Aristokraci płacą setki talentów. Wymian dokonuje się w pustynnych częściach Sadary lub w głębi dżungli, pod dzikimi anthosami.