Выбрать главу

Pan Berbelek przypomniał sobie rzekomego złodzieja na targu w Am-Szasie. No tak, powinienem był się domyśleć.

Tymczasem wrócił Liwiusz z xewrami.

— Trudno mi uwierzyć — kręcił głową. — Alexandria huczałaby od plotek. A nikt nawet się nie zająknął.

— To nie jest miasto, w którym człowiek dobrowolnie przyznaje się do słabości — rzekł pan Berbelek.

Tobiasz stanął nad zbójem.

— Przecież większość dżurdż jest prowadzona przez nimrodów, jak mogliście się spodziewać, że was nie wytropią?

— Nie wytropili. Nigdy dotąd. Trzy razy.

Hieronim spojrzał na Ihmeta, uniósł brew. Pers przyłożył dłoń do czoła.

Wrzucili spętanych porywaczy na zebry i ruszyli stępa z powrotem ku obozowi dżurdży. Słońce jeszcze się nie zaczęło wygrzebywać spod ziemi. Pan Berbelek jechał przy zebrze starszego zbója (zwał się on Hamis) i wysłuchiwał w ciszy afrykańskiej nocy pospiesznej spowiedzi — co tylko Hamis mógł zdradzić, co się do zdrady nadawało. Jest ich piętnaścioro, przywódca nazywa się Hodżrik Kafar, to dezerter z Gwardii Memphiskiej. W Aegipcie, Axum, Huratii, Efremowych szejkanatach i w Złotych Królestwach wyznaczono nagrody za głowy pięciu z nich. Nie ma między nimi żadnego aresa ani nimroda, jeno jeden demiurgos Wody, który otwiera im źródła na pustyniach. Wszyscy uzbrojeni w keraunety. Do ich obozu można trafić tak a tak; wymieniają się wtedy i wtedy; jeśli warta, to tu i tu. Darujecie mi życie, esthlos?

Zmiana zwiadowców miała nastąpić nazajutrz, nie było więc na co czekać. Pan Berbelek oddał więźniów pod kuratelę N’Te. Papugcowi kazał ogłosić, że za godzinę wyruszy wyprawa wojenna, okazja dla zdobycia łupów, sławy i przychylności bogów. Pięćdziesięciu mężnych! Oczywiście wszystkie kurroi poszły w górę. Wybierał Ten, Który Odgryza. Co do myśliwych, to z Hieronimem pojadą naturalnie Ihmet, Tobiasz, Zueia i Papugiec, lecz tu też chętni okazali się prawie wszyscy — przecie to nareszcie była prawdziwa przygoda. Mieli zostać napadnięci przez zbójców! Będzie co opowiadać. Nawet stary Ap Rek wpadł w formy młodzieńczej ekscytacji. Pan Berbelek odmawiał. Abel spytał go tylko raz; jemu też odmówił. Alitea i Klaudia usłyszawszy krótkie „nie”, obraziły się ostentacyjnie. Gdy pakowano na humije zapasy, Hieronim przekazywał Szulimie ostatnie polecenia. Słuchała w milczeniu. Na koniec podała mu rękę. Ucałował wnętrze nadgarstka, gorącą skórę nad pulsującymi żyłami.

Karawana i oddział Berbeleka wyruszyły w przeciwnych kierunkach, szybko niknąc sobie z oczu. Tuzin zwierząt i pół setki negrowych wojowników rozciągniętych w długi wąż — zmierzali prosto we wstające nad sawanną Słońce, w ten tunel gorącego światła, otwierający się na linii horyzontu. N’Zui zaczęli śpiewać, podnosząc głos zgodnie z rytmem biegu. Ihmet od razu wysforował się przed oddział, roztapiając się w Słońcu. Pan Berbelek został z tyłu, zamykając sznur wojowników i zwierząt.

Po pół godzinie pojawił się u jego boku Abel na spoconej xewrze. Na spojrzenie ojca odpowiedział szerokim uśmiechem.

— Sądzisz, że możesz mi czegokolwiek zabronić?

Pan Berbelek chlasnął go ryktą przez pierś. Abel spadł z xewry.

Pan Berbelek zatrzymał Ulgę; poczekał, aż chłopak z powrotem dosiądzie swego wierzchowca.

— A teraz będziesz słuchał moich rozkazów.

— Tak, esthlos.

W Słońce, w Słońce, w Słońce, gdy z każdą minutą rośnie upał i suche powietrze rozdrapuje gardło, z każdym oddechem bardziej ściśnięte; kiedy przychodzi wypowiedzieć zdanie, słowo, trzeba wpierw przełknąć ślinę, ale że śliny brak, sięgasz po bukłak, zanim otworzysz usta. Kaptury naciągnięte na głowy, nasadzone kapelusze, zawinięte trouffy — skądkolwiek pochodzi, błogosławiony jest cień. Cień, chłód, wilgoć, wkrótce już o niczym innym nie sposób myśleć, umysł wymyka się spod władzy woli. Nie zatrzymali się w południe, nie zatrzymają się, póki nie dotrą do celu. N’Zui biegli niezmordowanie; biali znosili to gorzej. Tobiasz zaczął polewać się wodą — gdy za kolejnym swym nawrotem ujrzał to Zajdar, skłął aristokratę w trzech językach. Kiedy po południu mijali błotnistą rzeczkę, tylko nimrod, ares i pan Berbelek nie zatrzymali się przy niej wraz z prowadzącymi humije Negrami.

O Przyklęku Słońca Zajdar przyniósł wiadomość, iż formacja skalna, którą wskazał Hamis — pochylony graniastosłup pośrodku równiny — znajduje się tuż za horyzontem. Należało poczekać do zmierzchu, by nimrod mógł zajść bliżej i rozpoznać dokładne pozycje bandy. N’Te wyznaczył wartowników i ludzi do opieki nad zwierzętami. Pan Berbelek polecił opróżnić kiszki. Żadnego ognia, oczywiście; żadnych fajek i tytońców. Sam oddalił się od kręgu wojowników. Przysiadłszy na rozgrzanym głazie, pisał w promieniach gasnącego Słońca: Jeśli wszystko ułoży się, jak dawniej się układało, jeśli morfa zgodzi się z morfą — czy będzie to stanowić dowód czegokolwiek? A jeśli poniosę klęskę — czego ona będzie dowodem? Czy naprawdę można aż tak dobrze udawać cudzą Formę? Jestem takim samym synem strategosa Hieronima Berbeleka jak Abel; i obaj pożądamy tego samego. Jeden z nas wróci z tej dżurdży zwycięzcą. Słońce zaszło, nie mógł dalej pisać. Wrócił między ludzi. Liwiusz poczęstował go rozwodnionym winem, Papugiec rzucił arfagę. W pomarańczowym świetle Księżyca wszyscy wydawali się młodsi, chudsi, ich skóra gładsza. Hieronim przyglądał się Ablowi rozmawiającemu szeptem z Zueią. A jeśli Abel zginie? Może zginąć, niezależnie od posiadanej przewagi, każda bitwa to potencjalna obustronna masakra. A przecież nie mogę mu zabronić, wystawianie się na śmiertelne niebezpieczeństwo należy do jego praw i obowiązków, to jest czas po temu, właśnie teraz, młodość. Hieronim wysysał arfagę w milczeniu.

Jak zwykle, nikt nie spostrzegł powrotu nimroda.

— Żadnych wartowników. Wszyscy pod zachodnim zboczem, trzynaścioro. Jedno ognisko. Większość zwierząt spętana, kilkaset pusów na południe. Keraunety na podorędziu, zapewne naładowane. Właśnie zaczęli jeść.

Pan Berbelek przywołał Papugca i N’Te.

— Trzy oddziały: Północ, Południe i Odwód. My podejdziemy na wprost na odległość strzału. Północ i Południe po łukach i do skały. Czekać na grzmot. Wtedy atak z obu stron. Odwód za nami. Jeśli ktoś się wyrwie, my go zdejmujemy z keraunetów. Potem wy, i do zwierząt. Nie dobijać. Wszystkie łupy wasze. Zrozumiał?

— T-tak.

— No to już!

Znowu skradali się przygięci do ziemi, rozgarniając rękoma wysokie trawy, z ciężkimi keraunetami na plecach, każdy z dwoma. Złota sawanna podchodziła prawie do samej skały, trzeba będzie strzelać na stojąco. Pan Berbelek ujrzał w mroku pierwszy błysk ogniska zbójców już po stu krokach, musieli jednak podejść znacznie bliżej, by liczyć na jaką taką celność strzałów, nawet w nakładających się anthosach nimroda i aresa. Przynajmniej dzięki tym anthosom wszyscy poruszali się bezszelestnie, nikt się nie potknął, nie kichnął, nie upuścił broni; a takie rzeczy często się zdarzają. Choć zapewne nie wojownikom N’Zui.