Gauer Szebrek chciał napisać książkę na podstawie obserwacji poczynionych podczas dżurdży — Botanika niedoskonała w świetle Afrykańskiego Skrzywienia. Pan Berbelek nie bardzo wiedział, co o nim sądzić. Gdyby Szebrek naprawdę byl szpiegiem Siedmiopalcego, jak twierdził Panatakis, postępowałby nie inaczej — maksymalnie rozbudowując swą legendę i przy byle okazji rozwodząc się o rzekomych fascynacjach naukowych.
— Dwie są główne teorie przyrodnicze próbujące opisać i zorganizować świat tego, co żyje: tak zwane zoologia i botanika doskonałe oraz niedoskonałe. Obie opierają się oczywiście na aristotelesowskich twierdzeniach o niezmienności gatunków i klasyfikacjach definicyjnych Stagiryty. Perfekcjoniści zakładają wszelako, iż dążenie do entelechii, kształtu maksymalnie wypełniającego przeznaczenie danej Substancji, dotyczy także przyrody jako takiej. A zatem, aczkolwiek gatunki, jako realizacje skończonych Form, same w sobie są niezmienne, to zmienia się liczba i rodzaj gatunków akurat zaktualizowanych, od tych mniej do coraz bardziej doskonałych. Prace teknitesów fauny i flory wspierają owe sądy, jako że istotnie morfuje się gatunki zawsze ku większej użyteczności, a nie ku bezcelowemu chaosowi, człowiek bowiem jest doskonalszy od wszystkiego, co ku sobie przyciąga. Spójrzcie na te drzewa kiełbasiane. Ongiś rozmnażały się zapylane przez nietoperze. Teraz funkcję tę przejęły ifryty, wymorfowane przecież do zupełnie czegoś innego; ale ponieważ większa doskonałość była możliwa do osiągnięcia, Forma została wypełniona. Albo spójrzcie na aloesy. W anthosie Illei przemorfowały się do odmian nie tylko leczniczych i przyjemnych dla oczu — popatrzcie na te kwiaty, czyż nie piękne? — ale także bardzo pożywnych. Naturalna teleologia wszechświata wyklucza dążenie ku chaosowi. Ale co mówią imperfekcjoniści: skoro wszystkie Formy, wszystkie gatunki są z góry określone i teknitesi po prostu przesuwają Substancję od gatunku do gatunku, spod Formy pod Formę bliższą ich anthosowi — to znaczy, że potencjalnie, niezaktualizowane, istnieć muszą także gatunki bliższe chaosowi i pustej hile. Poniekąd wynika to z samego Dowodu Samorództwa z Teofrastowego traktatu O przyczynach w świecie roślin: skoro na początku był jedynie chaos materii nieożywionej, a teraz życie istnieje bez wątpienia, to akty samorództwa zachodzić muszą: żywe rodzi się spontanicznie z martwego. Cokolwiek więc mógłby wymorfować najbardziej nawet szalony teknites — istnieje w potencji. Pytanie, czy można zaktualizować właśnie taką teleologię „skrzywioną”, zmierzającą gdzieś w bok od doskonałości, albo wręcz jej przeciw? Sofistesi z obu stronnictw powołują się na klasyczne pisma, od samego Aristotla i Teofrasta, do Florena, Provegi, Boreliusza i Ulryka Fizyka. Być może jednak jest to jedna z owych kwestii, w których Stagiryta i jego interpretatorzy nie mieli racji. Należy więc uważnie badać przyrodę. Każdą Formę roślinną i zwierzęcą przypisać pod genus proximus i określić jej differentia specifica, i zorientować ją na osi doskonałości i celu. Gdyby potwierdziły się doniesienia myśliwych i opowieści dzikusów o demorfach Skoliodoi, byłby to dowód trudny do obalenia przez perfekcjonistów.
Nic więc dziwnego, iż to właśnie Szebrek, skrupulatnie notujący wszelkie zaobserwowane aberracje natury, pierwszy znalazł ślady Krzywej morfy. Z początku rzeczy drobne: barwa liści i kory drzew masłowych, dzikie busze kawowców, kwiaty odstraszające owady, miast je przyciągać. Potem wypatrzył grupę młodych palm daktylowych, wysokich na sto pusów, które owocowały nie kiściami żółtych daktyli, lecz czarnymi gorylimi czerepami. Kilku N’Zui wspięło się i zrzuciło je Szebrekowi. Podobieństwo do małpich łbów było nie tylko zewnętrzne. Po rozłupaniu owoców ukazywały się mózgi, zatopione w brunatnej, lepkiej mazi. Babilończyk zanurzył w niej szósty palec, powąchał, dotknął czubkiem języka.
— Słodkie.
Gdy przejeżdżali przez stary las baobabowy, Gauer miał trudności ze znalezieniem podobnych fenomenów — Substancja, która już dawno osiągnęła entelechię, nie tak łatwo zmienia morfę — potem jednak wyjechali na ostatnią równinę dzielącą ich od Marabratty i tu bliskość Krzywych Krain objawiła się znacznie wyraźniej, nie tylko we florze, lecz i w faunie.
Ósmego Sextilisa upolowali pierwszego kakomorfa. Zginął on od grzmotu esthlosa Lotte. Zenon nawet nie wiedział, co ustrzelił, dopóki nie podjechał do padłej zwierzyny. N’Zui przewrócił lwicę na grzbiet. To nie była lwica, z karku zwierzęcia wyrastała żółta, mięsista bulwa gniazda os — natychmiast wyroiły się, zaatakowały Negra i xewrę. Negra, który nie zdołał uciec, kurował potem Mbula Szpon. Szebrek zdobył truchło, wypędziwszy owady z gniazda dymem. Początkowo chciał zabrać padlinę do Alexandrii (to znaczy skórę, szkielet i to gniazdo; N’Zui byli wprawieni w takim preparowaniu zwierząt), lecz podobnie jak Zenon, doszedł do wniosku, że z czasem trafią się znacznie lepsze okazy.
Rzeczywiście, nazajutrz przeczesujący ruiny Marabratty Ihmet Zajdar ustrzelił dwugłowego geparda. Kakomorf umykał wyjątkowo ociężale. Była to samica; po rozcięciu brzucha wypadły płody gepardów trzygłowych. N’Zui zinterpretowali to jako szczęśliwy omen. Rozstawiając obóz, umieścili dokoła niego nabite na paliki truchła nieurodzonych kakomorfów, na wschodzie, południu, zachodzie i północy; jedno zjedli. Mbula ostrzegał ich przed trucizną Skrzywienia; niepotrzebnie, nie pochorował się nikt.
Marabratta — tak się ponoć zwało to starożytne królestwo, istniejące tu jeszcze tysiące lat po spustynnieniu Sadary i wielkiej migracji na wschód, nad Nil i do Babilonu. Wszystko, co po królestwie pozostało, to kilka legend opartych na jeszcze starszych legendach oraz ruiny.
Dżurdża dotarła do nich 11 Sextilisa. Tu kończyła się też łatwiejsza część podróży. Ciągnięte przez chowoły wozy pojadą jeszcze kilkadziesiąt stadionów korytem Suchej Rzeki, ale potem przyjdzie skręcić na południe, wejść w dżunglę, gdzie w najlepszym razie da się odnaleźć ścieżki szerokie na pojedynczego humija. Pan Berbelek musiał podjąć decyzję, czy pozostawić wozy i część sprzętu z kilkunastoma ludźmi tutaj, w ruinach Marabratty, czy dopiero w Suchej. Wybrał ruiny — one przynajmniej dawały jaką taka osłonę, z niektórych budynków zachowała się więcej niż jedna ściana.
Rozłożyli się obozem między dwoma wielkimi, obalonymi posągami ludzikotów. Rzeźby miały w swych proporcjach coś dziwnie irytującego — Hieronim nie potrafił zdecydować, czy są to symbole zapomnianej religii, czy może realistyczne obrazy jakiejś pierwotnej, przedludzkiej Formy. Przypomniały mu się słowa aIexandryjskiego taxodermisty, szaleństwo Empedoklesa.
Nie sposób było powiedzieć, gdzie konkretnie ruiny się kończą, pochłonęła je ziemia, pokryła trawa, zarósł rzadki las. Po rozstawieniu obozu pan Berbelek wybrał się na przechadzkę. Ryktą rozgarniał wysokie źdźbła, dzikie kwiaty i kolczaste chwasty. Z zieleni wyłaniały się pogruchotane kamienne bloki wielkości elefanta. Sądząc po fundamentach, tu zwaliła się wieża o trójkątnej podstawie; tamten trójkąt wkopany w ziemię to pozostałość ocembrowania studni. Forma Marabratty opierała się najwyraźniej na liczbie trzy. Pan Berbelek zmierzył ryktą długość i szerokość kamiennych bloków — proporcja jeden do trzech.