Выбрать главу

Szelest traw. Obejrzał się.

Gauer Szebrek, w przekrzywionym kapeluszu i ze szkicownikiem pod pachą, wskoczył na zachwaszczone gruzowisko. Ukłoniwszy się w milczeniu Hieronimowi, przysiadł na szczycie, otworzył książkę, zaczął rysować. Pan Berbelek podążył za jego wzrokiem. Babilończyk najwyraźniej rysował te dwa wielkie, symetryczne filary bramy prowadzącej do jakiegoś równie monumentalnego budynku, po którym wszakże nie pozostał ślad, tam już rosły rozłożyste akacje, poczerniałe ze starości, potężne baobaby i hiewoje — brama stanowiła wejście do pogrążającego się w tłustych cieniach lasu. W Afryce wieczór i świt trwają bardzo krótko. Zaraz wszystko obróci się przeciwko światłu i brama zatrzaśnie się. Słońce już wtapiało się w horyzont za gruzami.

Pan Berbelek wspiął się na kamienie, przysiadł obok sofistesa, zajrzał mu przez ramię. Szebrek nie rysował ruin, rysował pogrążony w dżungli pałac-fortecę, wrota były zawarte, ich filary pokrywały złocone płaskorzeźby przedstawiające fantastyczne stworzenia, nad wrotami płonął wysoki ogień. Pan Berbelek wytężył wzrok. Rzeczywiście, cienie na powierzchni kolumn układały się w podejrzanie regularne wzory.

— Byłeś tu już kiedyś?

Szebrek pokręcił głową.

— Czytałeś coś o Marabratcie? — dopytywał się Hieronim. — Z jakiego języka pochodzi w ogóle ta nazwa: „Marabratta”?

— Nie ma czego czytać — odparł Babilończyk, nie przestając rysować. — Nic nie napisano. Może ja napiszę. Jeszcze nie zdecydowałem, w którą legendę uwierzyć. Kto tu mieszkał? Kto rządził tym królestwem? Co to byli za ludzie?

— A może jeszcze nie ludzie, może coś wcześniejszego — mruknął pan Berbelek. — Czy mieli swojego kratistosa, czy miasto to powstało właśnie w trypletowym anthosie ich władcy? — Wskazał ryktą trójkątną studnię, trójskrzyżowanie brukowanych ulic. — Kto wie, czy na tysiące lat przed Aristotelesem jakiś mędrzec przedaegipski nie domyślił się prawdy o naturze rzeczywistości i nie nauczył swego ludu metod manipulowania własną i cudzą Formą, rzeźbienia kerosu — a potem to wszystko zostało zapomniane, wiedza zginęła wraz ze starożytną cywilizacją…

Szebrek zerknął na pana Berbeleka, wydął policzek.

— Być może jednak przetrwały jej twory, być może to, co bierzemy za naturalny porządek rzeczy i kosmiczną teleologię życia, być może to już są dzieła takich marabrattackich teknitesów flory i fauny…? Rośliny, zwierzęta. My.

Światło uciekało spomiędzy ruin niczym morze podczas gwałtownego odpływu. Pan Berbelek prawie słyszał szum wlewających się na to miejsce czarnych fal nocy. Drzewa, krzewy, trawa, kamienie, złota sawanna na północy, las na południu, wszystko tonie. Zmienia się także barwa dźwięków, inna jest bowiem muzyka dnia, inna jest muzyka ciemności. Na gruzowisko sfrunął kolorowy ptak, rozdziawił dziób, skrzekliwy gulgot przeszył półmrok. Poza tym cisza; obóz jest zbyt daleko, nie dochodzi echo wieczornej krzątaniny, nie dochodzą śpiewy N’Zui, parsknięcia i porykiwania zwierząt. Nie ma wiatru, milczą więc również rośliny. Cisza stanowi formę wszelkich ruin, to też jest rodzaj bezruchu. Coraz ciemniej, Babilończyk przestał rysować. Zdjął kapelusz. Na niebie nad starożytnym miastem pokazały się gwiazdy i krzywa szabla Księżyca. Pan Berbelek przyjrzał się w ich blasku temu ptakowi, który zdzierał gardło trzy głazy dalej. Zamiast pazurów ptak miał małpie paluchy, z ogona wyrastał mu chwost złotej trawy, kameleonowe oczy obracały mu się na wszystkie strony, jedno niezależnie od drugiego. W pewnej chwili spojrzał na pana Berbeleka, ślepia znieruchomiały. Hieronim machnął ryktą. Gulgocząc, kakomorf wzleciał ponad ruiny.

— Dotarliśmy do granicy.

— Zacznij lepiej zapisywać swoje sny, esthlos.

* * *

Sextilis. Stanęliśmy nad Żółwia. Na południowym brzegu otwiera się królestwo Krzywej Formy. Nurt jest rwący, rzeka głęboka. Budujemy tratwy. Kakomorfia zaczyna dotykać ludzi, w nocy dwóch wojowników N’Zui zrosło się plecami, kręgosłupy jak spirale. N’Te odprawia plemienne rytuały. Postanawiam wycofać główny obóz kilkadziesiąt stadionów na północ, z powrotem w głąb dżungli, N’Zui wyrąbią ścieżkę, tu postawimy tylko posterunek przy promie. Zajdar wspiął się przed świtem na wierzchołek zdeformowanego balsamowca; mówi, że widział światła, tam w głębi Skoliodoi, Może istotnie miasto. Szulima chce pójść, zobaczyć na własne oczy. Więc oczywiście ja także; jakże mógłbym odmówić? Budujemy tratwy.

Pan Berbelek pierwszy postawił nogę na ziemi Krzywych Krain. Nie obejrzał się na tratwę, wioślarzy N’Zui, zbełtaną powierzchnię Żółwiej Rzeki, na Szulimę, Zueię, Zajdara i Szebreka przeskakujących za nim na stromy brzeg; poprawił plecak, bukłak oraz zarzucony na ramię keraunet i rozchyliwszy ryktą zarośla, wszedł w skoliotyczną dżunglę. Na podstawie nocnych obserwacji nimroda obliczono kierunek i odległość: rzekome miasto kakomorfów powinno znajdować się około osiemdziesięciu stadionów na południe od Żółwiej.

Rzeka zwała się tak, bo kiedyś istotnie roiło się w niej od żółwi błotnych; obecnie to, co wypełzało z niej na ląd, to były asymetryczne zlepy szlamu, otoczaków i zielonych mięśni skręconych z podgniłych wodorostów. Niektóre posiadały nawet skorupy — z czarnego lodu, roztapiającego się w promieniach słonecznych — oraz po kilka łap. W kanciastych łepkach obracały się żwirowe móżdżki.

Pan Berbelek wyznaczył dla wyprawy sztywne ramy czasowe: jeśli nie dotrą do celu w ciągu trzech dni, zawrócą bez względu na okoliczności. Osiemdziesiąt stadionów przez dżunglę to jest wyzwanie nawet przy płaskim kerosie. Chęć wejścia w kraj tajemniczej morfy wyrazili prawie wszyscy uczestnicy dżurdży — jedynie Weroniusze i Ap Rek nie okazali się aż tak bardzo ciekawi — ponieważ wszakże N’Te stanowczo odmówił posłania swych wojowników za rzekę, wyprawę trzeba było ograniczyć do kilkuosobowego rekonesansu. Dopiero gdy znajdą pewną i bezpieczną drogę, pomyślą o masowym przejściu. Pan Berbelek mógłby wprawdzie bezpośrednio nacisnąć na N’Zui, lecz wolał nie próbować; jakikolwiek sukces by tu odniósł, prędzej czy później zapłaciłby zań utratą części oddziału. Gra nie była warta świeczki, Negrowie już zaczęli się wytrącać, tak jak przewidziała była esthle Amitace. Jeszcze w Marabratcie kakomorfia dotknęła chowoły i humije, nie chciały jeść, ich kopyta zapuszczały korzenie w wilgotnej glebie, trzeba było wpędzać je na noc na kamienie. Rogi chowołów przez noc wygięły się w przedziwne rzeźby, Papugiec opowiadał, jak to N’Zui usiłują odczytać z ich konfiguracji przesłanie od bogów; wszak sami Negrowie zwykli morfować rogi swego bydła, ich kształt opowiadał Formę plemienia, rodu. Natomiast długa sierść humijów poczęła wypuszczać purpurowe pąki. W czasie podróży przez dżunglę ku Żółwiej rozwinęły się one w asymetryczne kwiaty. W nocy zlatywały się do nich świecące owady wydychane przez chrapiących Negrów. Jeden zakrztusił się i zmarł we śnie; Mbula Szpon rozpruł go potem, wyjął płuca — świeciły oślepiającym blaskiem, aż musieli odwracać oczy. Gauer Szebrek kupił płuca zmarłego od Tego, Który Odgryza za dwie drachmy. Białych kakomorfia na razie tak nie doświadczała, ich Forma była silniejsza — ale też większość z nich była aristokratami. Pan Berbelek bał się o Porte i Antona, i o młodych: Aliteę, Klaudię, Abla. To głównie z ich powodu kazał cofnąć obóz dżurdży znad brzegu Żółwiej. Niech sobie tymczasem zapolują w północnej dżungli, tam też obfitość wielka najrozmaitszych kakomorfów — dopiero co Liwiusz usiekł drewnianą małpę o wężowych łapach — chociaż istotnie keraunet w tym gąszczu nie na wiele się zdaje. Zajdar rozdawał chętnym myśliwym włócznie, miecze, noże. Oto jest dżurdża: twarzą w twarz z bestią, w drżeniu mięśni, z krwią na ostrzu, jej lub twoją. O ile oczywiście bestia krwawi; z małpy tylko drzazgi leciały. W plecach miała dziuplę, w tej dziupli niosła mały obsydianowy posążek, kolczaste jajo. Tobiasz schował je w swoich jukach. W nocy zniknęło, ktoś musiał ukraść.