Pan Berbelek szedł przez Skrzywioną dżunglę równym, spokojnym krokiem, patrząc pod nogi, omijając korzenie drzew i węzły lian, starając się stąpać po nagiej ziemi i kamieniach — co wszakże w dżungli jest prawie niemożliwością. Zaraz wyprzedził go nimrod: on będzie prowadził, jedyny, który nigdy nie straci orientacji. Szebrek, co prawda, zabrał ze sobą kompas. Już wkrótce bowiem niebo zostało całkowicie przesłonięte przez szczelny dach dżungli: splątane, zbite, zrośnięte korony drzew i tego, co zajęło tu miejsce drzew. Storturowany keros wykręcał wszelkie formy. Nie było już ani rośliny, ani zwierzęcia, które Hieronim mógłby wskazać i rzec z przekonaniem, że należy do takiego a takiego gatunku, że takie jest jego imię. Wraz z przekroczeniem Żółwiej Rzeki przekroczyli granice języka. Trzeba szukać przybliżeń w złożeniach, odwróceniach i kaleczeniu znanego. Na przykład: nie drzewo, lecz zdrewniały mięsień wybity spod ziemi na sześćdziesiąt pusów, wyciągnięta ku niebu kończyna pogrzebanego pod dżunglą olbrzyma. Albo: nie liana, lecz kręty płomień (a dotknięta parzy). I inna liana — napięta żyła, w której pulsuje ciemna maź. I jeszcze inna liana — warkocz ludzkich włosów, długi na stadion. Albo: ptak o sześciu skrzydłach. (Zajdar go ustrzelił. Ptak spadł; zaraz zmartwychwstał i wkopał się pod pień krokodylowego drzewa). Albo: ukorzenione głazy składające jaja. Szebrek już ani na chwilę nie zamykał swego szkicownika.
Na razie jakoś omijali ich kakomorficzni drapieżcy. Zajdar szedł na przedzie, Zueia na końcu. Byle tylko nic nie wypadło wprost z dżungli, nie skoczyło z boku, nie chwyciło za nogę, nie sięgnęło spod ziemi… No, nie myśleć o tym! Ofiarę można poznać tak samo jak niewolnika — niby niczym się nie wyróżnia, ale wystarczy spojrzeć i już wiesz: ten przegra, a ten się podda.
Szulima szła tuż za Hieronimem, zrównując się z nim, gdy dżungla na to pozwalała.
— A więc jak chciałaś: razem w głąb Skoliodoi. Uśmiechnęła się lekko.
— A ty nie?
— Chciałaś, żebym chciał.
— Biednyś. Co ja z tobą zrobiłam. A tyle atrakcji czekało na ciebie w Vodenburgu i Val du Ploi.
Roześmiał się głośno, aż obejrzał się na nich nimrod. Lecz pan Berbelek czuł, jak wraz ze śmiechem wyrzuca z siebie w tę mroczną dżunglę jakąś flegmę duszy, złą żółć, wypluwa stare strupy, zgniłą krew. Nie zwalniając marszu, przyciągnął i pocałował Szulimę. Czy teraz się opierała? Rzecz w tym, że później nie potrafił sobie nawet przypomnieć, nie zważał na to — jego była Forma. Oderwawszy się, odruchowo strącił jej z piersi piaskowego komara, który już ciął brązową skórę i sięgał krwi.
Wszyscy byli w szalwarach o wąskich nogawkach i w butach z wysokimi cholewami, jugrach lub podobnych. Już po kilku minutach pot spływał po torsach i plecach. Przyciągał on insekty Skoliodoi niczym miód pszczoły; może to zresztą były także kakomorfowane pszczoły. Zabijali je, ledwo przysiadły na skórze. Czasami ginęły od jednego klepnięcia, czasami jednak trzeba było je miażdżyć z wielkim wysiłkiem: ślimaki o motylich skrzydłach, ważki o żelaznych tułowiach, pająki o lodowych kościach. Szulima zdjęła Hieronimowi z karku czarną gąsienicę o segmentach wypełnionych aerem — szybowała w powietrzu, zwijając się w obwarzanek i rozwijając. Może i należało okryć się jakąś kurtą, grubą koszulą, lnianym chimatem — ale po prostu było zbyt gorąco, panowały zbyt wielka wilgoć i duchota.
Im dalej na południe, tym większe pomieszanie żywiołów. Wkrótce wszyscy kaszleli, wypluwając zbierający się w ustach piasek: szkliste drobiny unosiły się w powietrzu, lśniąc w półmroku — kalecząca skórę, twarda mgła. Powietrze pachniało i smakowało starą spalenizną. Pogarszała się widoczność. Woda ściekała po pniach zdemorfowanych drzew, tryskała z lian, wzbijała się z ukrytych źródeł spiralnymi wodowznosami, porywając z sobą kamienie i gałęzie, i małe zwierzęta; toczyła się także po ścieżkach wielkimi jak psy kroplami: spłaszczone kule mętnej cieczy, myszkujące po ciemnym gąszczu, to tu, to tam, odbijające się od przeszkód, wpełzające na pochyłości. Pan Berbelek przebił jedną z nich ryktą. Zasyczała i rozlała się w brudną kałużę. Była to Woda, hydor, ale nie w Formie Wody. Co się zaś tyczy Ognia, to wkrótce przekroczyli jakąś następną tajemną granicę Skoliodoi i odtąd większość dostrzeżonych zwierząt posiadała sierść złożoną z miliona maleńkich płomyków, skóry z ognia, pancerze z lawy, żarzyły się w ciemności daimonicznym blaskiem. Owe kakomorfy dostrzegali bez trudu, zwłaszcza gdy płynęły dostojnie nad ich głowami przez tę zawiesinę aeru, hydoru i ge, jaka pełniła tu rolę powietrza. Czasami któryś zrywał się do nagłego lotu, skoku, biegu — cap i dopadał ofiarę. Jedna z ofiar eksplodowała niczym mina oblężnicza, posypał się na myśliwych trupi deszcz, a struga powietrza pomiędzy kakomorficznymi drzewami zapłonęła zielono.
Wkrótce widoczność spadła do dwudziestu pusów, powietrze trzeba było gryźć, nogi grzęzły w błotnistej mazi, dżungla huczała, trzeszczała, grzmiała, klekotała, ryczała, jęczała, syczała, szlochała, chichotała, szeptała niezrozumiałe słowa. Minął ich wielki wąż utoczony z wody i ognia. Wszystko mieszało się ze wszystkim, zacierały się granice, świat obrócił się w jedną wielką kakomorfię.
— Odczyponek! — krzyknął pan Berbelek.
Usiedli na pniu miedzianej ryby. Pod koroną gazowej palmy wisiał ognisty hipopotam, z pyska kapały mu przezroczyste kamienie, musieli się przesunąć na pniu, po rozbiciu wybuchały przepalającym skórę śniegiem.
Gauer Szebrek zaczął kląć, gdy zorientował się, że nie może odjąć od dłoni rysika, rysik wrósł mu w kości, oto sofistes miał już siedem palców u prawej ręki.
— Kto jeszcze?
Szulima przeszła wzdłuż pnia. Gauer miał również coś nie tak z uszami, wylewała się z nich lepka maź. Zuei żebra wyrosły ponad skórę, symetryczne grzebienie czarnego szkła. Zajdar nie mógł zdjąć plecaka, rzemienie splątały się z mięśniami jego barków. W brodzie wyrosły mu czerwone kwiatki. Spostrzegłszy to, chciał zakląć, nie mógł, okazało się, że stracił głos. Zacharczał — z ust buchnęły mu białe pióra, kurzawa ciężkiego puchu. Obłok uniósł się zaraz w powietrze, dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści pusów; tam, na wysokościach, oddech nimroda spłonął na brzuchu hipopotama. Hipopotam ziewnął — tsztrkk! — fontanny śniegu. Amitace pochyliła się z kolei nad Berbelekiem, obróciła go, kazała podnieść ręce. Spodziewał się najgorszego, ale nie zdołała znaleźć żadnej aberracji. Pokiwała w milczeniu głową. Na koniec ekwipunek i ubranie zdjęła sama Szulima — również na razie trzymała się w Formie.
— Jak delako zaszyliśmy? — pan Berbelek zwrócił się do nimroda.
Ihmet pokazał na palcach: piętnaście.
— Piętnaście stadidiotów? To nieźle.
— No nie wiem — Szulima uniosła głowę. — Według mnie już spierzcha.
— Szyliśmy cały cień? Nieżlimowe.
Sięgnęli do plecaków po prowiant. Suszone owoce i suchary utrzymały się jakoś, lecz reszta pożywienia w większym lub mniejszym stopniu zmieniła kształt i konsystencję, po części zyskując nawet pozory życia: wędzone mięso drgało dotknięte, placki wypuściły kolczaste pędy. Przynajmniej woda w bukłakach pozostała wodą.