Выбрать главу

Żeby to milczenie było wymuszone, sztuczne, jakoś niezręczne; ale nie, należało do formy chwili, i była to dobra forma. Pan Berbelek zapamiętał delikatny szept liści aer-figowca nad głową, trzeszczenie jego korzeni, pojedyncze, głośne pierdnięcie humija, zapach ziemi, smak zimnej wilgoci, gdy zerwał i wsunął do ust złote źdźbło, monumentalną ciemność afrykańskiego nieba — i bliską obecność czekających spokojnie syna i córki, ich obecność, jak jeszcze jeden kolor, dźwięk, zapach, a przecież nie kolor, nie dźwięk i nie zapach, tym niemniej bezpośrednie doświadczenie zmysłowe: Abel, Alitea — tu i tu, pod skrzydłami mojego anthosu.

Na linii widnokręgu po lewej ręce pana Berbeleka wybuchło czerwone światło. Najpierw pozioma linia krwi, potem zaciek różu, wchodzący coraz wyżej na gwiazdoskłon i gaszący kolejne konstelacje, nareszcie pozioma fala ognia, od której cała sawanna zatrzęsła się i zachwiała, pękając z trzaskiem na dwa: jasność i cień. Nagle wszystko broczyło cieniami; myśliwi pod aer-figowcem znaleźli się w cieniu najgłębszym. Trwożliwy szum przeszedł po równinie, zerwał się wiatr, drzewa zadrżały. Z grobu podnosił się bóg. Pierwszy krok; drugi krok; trzeci krok; głowa wzniesiona. Zniknęła ostatnia gwiazda, ciemny błękit zalał niebo, ostre światło przekłuło oczy wszystkiego, co żyje i ma oczy. Wstał dzień nad Afryką.

Pan Berbelek z lornetą przy oku pochylał się do przodu między korzeniami. Abel wyciągnął do siostry rękę z butelką „gorzkiego złota”. Pokręciła głową. Ściągnęła rękawiczki, rozpięła kurtę.

Pan Berbelek odłożył lornetę i chwycił za keraunet. To był sygnał; złapali za swoje keraunety, przyklękli obok ojca.

Pojawiły się na południowym horyzoncie, odcinając się zaraz od tła jaskrawofioletową barwą. Musiały lecieć bardzo szybko, w niecałą minutę można już było rozróżnić poszczególne sylwetki. Pan Berbelek gołym okiem policzył: dwa, cztery, pięć.

— Drugi z prawej, największy — rzekł.

Wszyscy mieli strzelać do tego samego; nie było pewności, czy nawet od trzech, czy od sześciu kul padnie.

Gdy zeszły nad Żółwią, szykując się do wylądowania na północnym brzegu, w łagodnym piaszczystym zakolu — jak nitnrod zapowiedział był, że uczynią, to ich wodopój — pan Berbelek podrzucił keraunet do policzka i ścisnął spust. Grzmot. Drugi grzmot, trzeci. Sięgał już po zapasowy keraunet. Ofiara miotała się tuż nad ziemią, pozostałe cztery kakomorfy wzbiły się w panice w niebo i pomknęły z powrotem na południe. Grzmot, grzmot, grzmot. Alitea rozkaszlała się od pyrosowego dymu. Abel podał jej butelkę; teraz przyjęła. N’Zui, wrzeszcząc wniebogłosy, pędzili ku Żółwiej ze wzniesionymi tarczami i kurroi. Pan Berbelek wolnym krokim podążył ich śladem, Abel i Alitea szybko go wyprzedzili.

Negrowie tańczyli wokół ciskającego się w rzecznej płyciźnie potwora, kłując go kurroi, bijąc kurrote, odskakując i znowu przyskakując; ale on nie chciał umrzeć. Miał prawie pięćdziesiąt pusów długości, musiał ważyć ponad setkę lithosów. Głowa kobiety, tułów szakala, skrzydła nietoperza, łapy (kilkanaście łap) krokodyla, małpy, pająka, geparda, ogonnie ogon, wielka kiść paproci, na grzbiecie łańcuch kwarcowych skał, na barkach szare termitiery, we włosach liany; a wszystko to pomnożone przez dziesięć i wściekle fioletowe. Kakomorf młócił wodę tak zapamiętale, że wkrótce nikt nie pozostał suchy. Zahaczył skrzydłem jednego z wojowników, posyłając go na dwadzieścia pusów w powietrze. Otworzył gigantyczne czerwone usta i zaczął jęczeć, eeuuuiiiiii, eeuuuiiiiiiiiiiii, nie dało się tego wytrzymać, gdy obrócił się na moment tyłem, pan Berbelek skoczył i dziabnął kakomorfa chaldajskim sztyletem w jedną z tylnych łap. Bestia zapewne w ogóle tego nie poczuła. Niemniej już po kilkunastu sekundach wyraźnie zwolniła i osłabła, skrzydła opadły na powierzchnię wody, umilkła, przestała wierzgać, na koniec opuściła głowę i znieruchomiała. N’Zui wyli, bijąc rytmicznie kurroi o tarcze.

Pan Berbelek wspiął się na brzeg, zdjął przemoczoną kirouffę. Słońce przytuliło się do jego pleców, westchnął, przeciągając się.

— Przekąsiłbym coś.

Przyprowadzono zwierzęta, wbito w ziemię drzewce i postawiono prymitywny namiot. Myśliwi usiedli na perskim kobiercu. Alitea, zrzuciwszy kurtę i rozpuściwszy włosy, wyciągnęła się na boku i tak po grecku raczyła się miodowymi plackami i cukrowanymi ślibłkami. Pan Berbelek i Abel obserwowali N’Zui, próbujących coraz to nowych sposobów, by wyciągnąć na brzeg gigantyczne truchło. Kilka psich kakomorfów — skrzydła szarańczy złożone wzdłuż ubłoconych boków — przyglądało się temu z drugiego brzegu, przysiadłszy na zadach i wywiesiwszy białe jak śnieg ozory. Pan Berbelek otworzył butelkę wina. Alitea zaczęła nucić coś pod nosem, dwusylabową mamrotankę, stukając do rytmu kielichem o misę z owocami. Abel się przyłączył, kląskał językiem o podniebienie. Hieronim wyjął fajkę, nabił, zapalił. Położył się na wznak, opierając głowę o jeden z palików, cybuch spoczął na piersi, grzejąc go pod sercem. Skoliotyczny motyl wleciał w strugę fajkowego dymu, zatrzepotał panicznie wszystkimi trzema skrzydełkami i spadł martwy na kobierzec. Pan Berbelek ujął owada między dwa palce, uniósł, zmrużył oczy. Przechodząc przez te skrzydełka, światło w przedziwny sposób

— Co to jest? Ej, tato, gdzie schowałeś lornetę?

Abel wstał, przyłożył do oka podane opticum, obrócił je na zachód.

Z początku wszyscy sądzili, że to wrócił któryś z pobratymców ubitego kakomorfa, lecz kształt na niebie był żółty, nie fioletowy, i posiadał ostre, proste krawędzie. Dziesięć, piętnaście stadionów? — bez wiedzy o faktycznej wielkości stworzenia trudno było określić odległość. Co dziwne, wydawało się ono wcale nie poruszać, tkwiło w tym samym punkcie na niebie, niczym przyśrubowane do błękitu.

Nabiwszy keraunety i zwoławszy sześciu wojowników, wsiedli na xewry i ruszyli wzdłuż Żółwiej Rzeki, zgodnie z biegiem jej wód i promieni Słońca. Lorneta wróciła do pana Berbeleka i to on, gdy po kilku minutach po raz kolejny przystanęli, dostrzegł długi, prosty, sięgający ziemi ogon Kakomorfa. Lecz kilka stadionów dalej już gołym okiem było widać, iż nie jest to żaden kakomorf, nie jest to w ogóle żywa istota — lecz gigantyczny latawiec, szybujący na uwięzi znikającej za pagórkiem porośniętym gęsto palmami. Równocześnie dostrzegli między palmami sylwetki ludzi i zwierząt. Słońce mieli jeźdźcy za plecami, sami pozostali niedostrzeżeni.

Pan Berbelek rozkazał wówczas zatrzymać się, zsiadł, położył Ulgę w trawie, Abel i Alitea pociągnęli na ziemię swoje wierzchowce. Lorneta przechodziła z rąk do rąk. Kolejni bandyci? Nie wydawało się to prawdopodobne, nie tutaj, u granic Skoliodoi; no i na co byłby im ten latawiec? Najpewniej po prostu inna dżurdża. Wysłać N’Zui na zwiady? Tamci mieli swoich Negrów, akurat czarnoskórych postaci kręciło się między palmami najwięcej. Pan Berbelek widział wszakże również białych, ubranych w identyczne, ciemne spodnie i kaftany, nawet w tym upale zapięte aż po ostatni guzik wysokich kołnierzy.

Oddał lornetę Ablowi.

— Cofnijcie się dwa stadiony. Obserwujcie. Gdybym nie wrócił, jedźcie po Zajdara i esthle Amitace, zbierzcie wszystkich N’Zui.

Abel i Alitea wymienili spojrzenia.

— A jeśli —

Pan Berbelek uniósł rękę. Nic już więcej nie zostało powiedziane.

Wdział czarną kirouffę, nie zapinając jej, kaptur narzucił jednak na głowę. Szarpnął za wędzidło Ulgi, poderwał ją na nogi i wskoczył na siodło. Ruszył stępa; nie obejrzał się za siebie, by sprawdzić, czy wypełnili polecenie.