Nie odwracał wzroku od obozu pod palmami. Gdy dostrzegł w nim nagłe wzmożenie ruchu, zatrzymał xewrę. Czekał. Teoretycznie mogli go teraz zastrzelić, ale wiedział, że tego nie zrobią, zakładają bowiem, iż tylko dlatego wyjechał tak na środek międzypola niczym herold wysłany od armii do armii, że faktycznie stoi tam za nim jakaś armia, siła przynajmniej równa ich sile; taka była forma zachowania pana Berbeleka. Czekał spokojnie, od czasu do czasu poklepując Ulgę po zielonej szyi.
Dziesięć, piętnaście minut, tyle to trwało, zanim od palm wyjechał ku niemu na czerwonogrzywym siwku czarno odziany mężczyzna. Czerń do czerni — gdy spotkali się pod sięgającym zenitu Słońcem, cienie zlepiły się z miękkim mlaśnięciem. Mężczyzna miał rude włosy, gęstą brodę, szeroki nos. Jak na uczestnika dżurdży, był stanowczo zbyt blady, jakby przez cały czas krył się pod namiotem lub na wozie. Wieku średniego, wyprostowane plecy, amulet z krzyżem na piersi — kristjanin. Po morfie sądząc, urodzony w Herdonie. Nie aristokrata, lecz zdecydowanie wyższe warstwy.
Zajechał xewrę z lewej.
Pan Berbelek zrzucił kaptur.
— Esthlos Hieronim Berbelek — rzekł, unosząc na powitanie dłoń, pierścień Szarańczy błysnął w słońcu.
Herdończyk skłonił się w siodle.
— Teofil Agusto, Białe Jeruzalem, sofistes Królewskiej Akademei Nowego Rzymu.
Pan Berbelek wskazał na niebo za sofistesem.
— Wzięliśmy to za kakomorfa — powiedział, czym prędzej używając liczby mnogiej. — Dopiero co ustrzeliliśmy jednego. Czy to jest przynęta?
Agusto obejrzał się przez ramię, jakby sam zaskoczony widokiem latawca.
— Nie. Prowadzisz dżurdżę, esthlos? My nie polujemy. Jeśli, rzecz jasna, nie jest to konieczne.
— Więc?
— Ach. Chcemy zajrzeć jak najdalej w Skrzywienie. Pan Berbelek ponownie uniósł wzrok na latawiec. — Przymocowaliście do tego człowieka?
— Tak, doulosa obdarzonego wyjątkowo dobrym wzrokiem.
— I w jaki sposób przekazuje wam informacje?
— Opowie wszystko, gdy go ściągniemy. Poza tym rysuje tam teraz mapę.
— Mapa może ocaleje.
— Wszystko dokładnie opracowaliśmy, esthlos. Latawiec jest skonstruowany z drewna aerowców, może widziałeś je, krążą tu zagajnikami po równinie…
Tak.
— Więc nie potrzebuje wiatru, by się utrzymać w górze. Cała sztuka polega na uniknięciu nagłego podmuchu w momencie ściągania i wypuszczania latawca. Ale mamy wśród nas dwóch demiurgosów meteo.
— Nie prościej byłoby posłużyć się świnią powietrzną?
— Otrzymaliśmy od króla Gustawa obietnicę, że sfinansuje ubezpieczenie lub zakup aerostatu, jeśli ta ekspedycja przyniesie konkretne rezultaty. Wylądowaliśmy na Wybrzeżu Zębów dwa miesiące temu i posuwamy się na wschód wzdłuż Żółwiej Rzeki. Jeśli posiadasz jakiekolwiek informacje o ziemiach leżących na południe od rzeki i naturze ich kakomorfii, bylibyśmy niezwykle wdzięczni, esthlos, gdybyś się nimi podzielił.
— Dlaczego sami tam nie wejdziecie?
Sofistes zamrugał zdumiony.
— Raczysz żartować, esthlos.
— Czy ja żartuję?
— To jest chora kraina. Nie odważyłbym się wejść ani na kilka kroków w głąb Skrzywienia. Nawet nie nocujemy w pobliżu rzeki, wracamy co wieczór do wozów na północ.
Pan Berbelek wykonał lewą ręką gest o niejasnym znaczeniu, złapał i wypuścił powietrze.
— Jeśli jesteś wystarczająco silny… Tu zresztą jest bezpiecznie, otwarty teren, możesz szybko pokonać wiele stadionów, a i Skrzywienie nie posiada aż takiego oparcia w przyrodzie, co dalej na wschodzie, tam, w dżungli. Ale nawet w dżunglę możesz spokojnie wejść na dziesięć stadionów.
Sofistes milczał przez dłuższą chwilę.
— Wszedłeś, esthlos — szepnął wreszcie, nie patrząc na pana Berbeleka.
— Ja i inni.
— Czy ty w ogóle wiesz, co to jest?
— Wy wiecie?
— Nie. Ale obawiamy się najgorszego. Król Gustaw posłał nas, ponieważ sam kratistos Anaxegiros jest zaniepokojony.
— I to najgorsze — co to takiego?
Teofil Agusto spojrzał panu Berbelekowi prosto w oczy.
— Co sprawia, że świat jest, jaki jest? Co czyni kamienie kamieniami, wodę wodą, konia koniem, człowieka człowiekiem? Forma, Forma, która organizuje Materię do konkretnych Substancji. Gdyby nie morfa, istniałoby tylko jednorodne błoto nieurobionej hile, nieskończone bagno nieskończonego wszechświata. Gdzie wszakże zapisana jest potencja danej Substancji, zanim w ogóle stanie się ona Substancją? Co zmienić musi teknites ciała, gdy zmienia Formę łysego na Formę kędzierzawego bruneta, raz tylko objąwszy owego człowieka swym anthosem? W czym zawierają się te siły, które formują Formy? Nazywamy ów domyślny poziom rzeczywistości kerosem, woskiem, ponieważ każda morfa odciska się w nim jak pieczęć, lecz żadna na stałe i żadna nie potrafi zmienić natury samego kerosu. Co jednak by się stało, gdyby keros został zniszczony? Czy potrafisz to sobie wyobrazić, esthlos? To nie byłby nawet koniec świata; koniec świata też posiada swoją Formę. Tego w ogóle nie sposób sobie wyobrazić, bo to jest śmierć wszelkiej Formy. Czy rozumiesz, co ryzykujesz, wchodząc do Skoliodoi? Nie zdrowie, nie życie, nie ciało, nie duszę. To wszystko możesz stracić, a mimo to pozostać esthlosem Berbelekiem: chorym, martwym, bezcielesnym, bezdusznym. Lecz gdy pęknie twój keros… Nie będzie można wypowiedzieć w zgodzie z prawdą żadnego twierdzenia o Hieronimie Berbeleku, nawet tego, że nie ma już Hieronima Berbeleka.
Abel obudził się tego ranka z przeczuciem cudu wypełniającym wspomnienia późnonocnych snów. Gorąca energia płynęła jego żyłami, nie krew, lecz strumyki małych piorunów, łaskoczących od wewnątrz mięśnie i skórę. Dzisiaj poprowadzi polowanie, dzisiaj wyruszy, dzisiaj się zdecyduje!
Ogolił się pośpiesznie nad strumieniem (to właśnie w czasie dżurdży pojawił się na jego twarzy pierwszy zarost, a że żaden teknites ciała nie wymorfował mu dotąd skóry ku wiecznej gładkości, musiał szybko opanować obcą aristokratom sztukę operowania ostrą klingą na własnym gardle). Wrócił do swego namiotu i wdział skórzane szalwary, wysokie jugry, zawinął trouffę wokół głowy. Zapiął jeszcze przy pasie gocki kandżar, wziął głębszy oddech i wyszedł przed namiot.
— Papugiec!
Wiedział, że nikt go nie powstrzyma: Zajdar nie wrócił z polowania z Markiem, Justyną i Klaudią Weroniuszami, ojciec zniknął na kilka dni wraz z Szulimą, Liwiusz odsypiał nocny wypad za Żółwią. Esthlos Ap Rek i Gauer Szebrek co najwyżej pomarudzą chwilę i pokiwają ostrzegawczo palcami.
— Tuzin wojowników, trzy humije, zapasy na pięć dni, już, już, już! — warknął na Papugca, ledwo ten przybiegł od wozów.
Byle czym prędzej opuścić obóz, kalkulował sobie Abel; potem będę już jedynym białym, a ponieważ nie ma N’Te, utrzymanie posłuchu nie powinno sprawić kłopotu. Wziąć ze sobą tłumacza? Nie, umowa jest, że on zawsze zostaje w obozie; potem mogą mieć pretensje, że z mojego powodu
— A ty gdzie się znowu wybierasz?
— Alitea!
— Oj, dajże spokój, nie będziesz mi chyba robiła problemów — co, pojedziesz poskarżyć ojcu?
Ale siostra, jeszcze cała mokra po porannej kąpieli, zawinąwszy jedynie wokół bioder lekką bawełnianą burdę i wykręcając ponad ramieniem długie włosy, spoglądała na Abla w milczeniu, z ironicznym uśmiechem na ustach, lewa brew lekko uniesiona — i już wiedział, że nie złamie tej formy.
— Dobrze — westchnął. — Ale masz tylko kwadrans, pogoń Antona. Ubierasz się i wskakujesz na xewrę.