Выбрать главу

Cmoknęła go w policzek i pobiegła do swojego namiotu.

Spojrzał za nią, biegnącą — biały materiał kleił się do jej mokrych nóg, potknęła się o jakiś kamień, wymachując rękoma i krzycząc na sługę zniknęła za ścianą namiotu — i na sekundę oślepiła go wizja bliskiej przyszłości: Alitea z oczyma rozszerzonymi strachem, Alitea, której nie mogę pomóc, Alitea rozszarpana przez kakomorfa, ofiara mojej bezsilności, oto przywożę do obozu jej zmasakrowane ciało i kładę je przed ojcem. Gorąca krew uderzyła mu do głowy, musiał głową potrząsnąć, niczym ogłuszony byk. Nie, nie, nie zdarzy się. Zresztą i tak nie ma odwrotu, ona mnie nie posłucha.

O czym ja w ogóle myślę? Takie rozważania to modlitwa o klęskę.

Wyjechali o czasie, nie musiał czekać na siostrę. Obyło się bez dramatycznych zmagań woli, na jakie się w duchu gotował. Machnął ręką, wskazał kierunek — i ruszyli bez słowa. Nikt się nie dziwił, nikt o nic nie pytał; ot, kolejne polowanie. Było to oczywiście zwycięstwo największe, tryumf narzuconej formy tak bezdyskusyjny, że nawet przez nikogo nie zauważony — niemniej Abel czuł jakiś niedosyt.

Od razu skręcili ku Żółwiej, ku brodowi. Po godzinie byli już na sawannie Skoliodoi, źdźbła Skrzywionej trawy sięgały powyżej piersi xewry, N’Zui ginęli w nich prawie całkowicie.

Abel przemyślnie zabrał ze sobą bambusową ryktę — teraz trącił nią bark najbliższego Negra i wskazał na południe, unosząc lewą rękę z wyprostowanymi czterema palcami. N’Zui wymienili kilka skrzekliwych okrzyków i czwórka zwiadowców pomknęła w głąb Krzywych Krain — już po chwili dostrzegalni jedynie jako krótkie fale na powierzchni morza traw.

Alitea poprawiła kapelusz. Zmrużywszy oczy, spojrzała na niebo.

— Te chmury, które przychodzą znad Skoliodoi… Myślisz, że znowu będzie padać?

Tydzień temu spadł na północną sawannę skoliotyczny deszcz — wypłukiwał włosy ze skóry, oczy z oczodołów, kąty proste z drewnianych i kamiennych przedmiotów, biel ze wszystkiego, co białe — a Alitea i Klaudia nie zdążyły osłonić przed nim klatek z kakorneonami, w efekcie jedna trzecia pochwyconych cud-ptaków zdechła. Abel był ciekaw, jak zniósł deszcz Skrzywiony Hamis. Ojciec przekazał go herdońskim sofistesom — gdy okazało się, że kakantrop nie wraca z czasem do człowieczej Formy, nie było sensu dłużej go trzymać. Mimo wszystko Abel znajdował tę decyzję w pewnym sensie nieuczciwą — „przecież to nasz więzień!” — nie potrafił jednak wskazać, wobec kogo nieuczciwą.

— Widziałaś Zenona? Pożyczyłem mu wczoraj swoje kopie map; dzisiaj polazł gdzieś jeszcze przed świtem.

Alitea wzruszyła ramionami. Pochyliła się nad karkiem xewry, w prawej dłoni podsuwając zwierzęciu pod pysk palone miodowniki.

— A niby dlaczego miałabym wiedzieć, gdzie on się plącze?

— Ha, nie odgrywaj mi tu grzecznej dziewczynki! — zaśmiał się Abel. — Śliczny aresik po drugiej stronie Afryki, więc dalejże —

— Świnia.

— Dziwka.

— Zarzojad zasrany.

— Szlejwa.

Splunęła na niego; on strącił jej ryktą kapelusz z głowy, złapała w ostatniej chwili.

— Podsłuchałam ich — powiedziała po chwili.

— Kogo?

— Noo, ojca i Szulimę. Kiedy to… w Dzień Jowisza. Pamiętasz, tańczyli wtedy do bębnów N’Zui. No i słyszałam ich rozmowę w jej namiocie. Przeszli na ocki i nie wszystko pojęłam… Ale brzmiało to tak, jakby ona chciała go wynająć. Pytał się o cenę. Ona się śmiała, ale to było serio, wiem.

— Wynająć? Do czego?

— Jako strategosa.

Abel spojrzał na nią zdumiony.

— Coś poplątałaś. Jaką to niby armią miałby dowodzić?

— Słyszałam. — Alitea zacisnęła wargi. — I on też się o to pytał. A ona: „Największą”. I śmiała się. Ale to było serio, wiem, znam ją.

— Poplątałaś — powtórzył. — Co to znaczy „największą”? Przekomarzali się, a ty —

Ryk i rozmazana plama czerwieni, nie kształt nawet, jedynie wrażenie koloru i ruchu, Abel nie zdążył obrócić głowy — to wypadło spomiędzy złotych traw z kamiennego przyczajenia, uwolniona sprężyna, w przód i wzwyż, prosto na Aliteę — rrrraaargr! Xewra dziewczyny wierzgnęła z kwikiem, próbując zarazem odskoczyć i obrócić się do napastnika zadem — nie udało się jej, ale przynajmniej strąciła z siodła Aliteę i kakomorf spadł na pusty grzbiet wierzchowca. Teraz na ułamek sekundy zamarł, Abel skupił na nim wzrok — co to jest? co za Forma? gdzie ma głowę, gdzie tułów, z czego zbudowane? Tamten zamarł, by wczepić się mocniej w xewrę: albo już wcześniej miał te łapy, albo właśnie je wykształcił, albo miał te szpony, albo właśnie mu wyrosły, czerwone haki rogowej tkanki, trrrrrraktch! — w boki miotającej się bezsilnie i rżącej przeraźliwie xewry, pod żebra, w głąb, kolczasta czerwień miażdży kości, wnętrzności, kręgosłup wierzchowca, który pada na ziemię przełamany w pół, tryskają naokoło fontanny krwi i strzępy mięsa. Abel dostał w twarz twardą chrząstką, to dopiero go otrzeźwiło. Gdzie Alitea? Nie widział jej. Wrzasnął na N’Zui, nawet nie słowo — beztreściowy okrzyk bojowy, pusta forma agresji. Sam wyszarpnął keraunet i strzelił niemal z przyłożenia, wylot długiej lufy nie dzieliło od czerwonego kłębowiska więcej jak pół pusu. Grzmot zwrócił uwagę kakomorfa. Znowu nastąpił moment jego bezruchu, po czym — tsztrrrr, wystrzeliwują z wnętrza gładkiego kształtu czerwone stalagmity: strupygrzebienie, strupyzęby, strupyigły, strupyrogi, strupyostrza. Zaraz skoczy na mnie, pomyślał Abel, zabije. Szarpnął głową, złapał za kandżar. Nie zabije! Szacunek dla esthlosa Abla Berbeleka! Syna Hieronima! Kurroi wpadały w potwora i wypadały z niego, czerwone ciało zasklepiało się bez śladu niczym ledwie zmącona powierzchnia jeziora. Już wiem, co to za kakomorf, pomyślał Abel, wiem: Krew. Krew w Formie drapieżcy. Kakomorf ryknął po raz drugi i skoczył na Abla, dwa tuziny strupów najeżone na jednego człowieka. Abel kopnął xewrę piętami, zacisnął dłoń na łbie żelaznej kobry. Zdążył jeszcze ujrzeć powstającą za kakomorfem Aliteę i czarną strunę jej rukaty zawijającą się dwakroć wokół czerwonego cielska, tnącą powierzchnię Krwi — wzniósł kandżar, zakrzywione ostrze błysnęło w słońcu — zanim wielki rógstrup wszedł w jego ciało, tępy pal bólu, rozszarpując jelita, rozsadzając miednicę, zanim runęła na Abla rycząca Krew, ciężka masa płynnej zgnilizny — a wbić w nią kandżar, raz, raz, raz! — póki ręka posłuszna woli, póki światło w oczach, póki oddech w piersi, póki jeszcze słyszy ten ryk — rrrrraaaaaaaaaargr!

Esthlos Abel Latek padł w Skoliodoi, w Krzywych Krainach za Żółwią Rzeką, 17 Septembrisa 1194 PUR. Szesnaście lat, drugie wyzwanie. Szacunek!

Κ

Jak ojciec

18 Septembris

Wróciliśmy do obozu. Abel rozszarpany przez kakomorfa, nieprzytomny. Mbula mówi, że umrze. Alitea nie opuszcza jego namiotu. N’Zui biją w bębny, noc świateł i hałasu. Wyszedłem na sawannę. Wiem, że umrze.

19 Septembris

Nadal żyje. Mbula śpi, Alitea śpi. Siedziałem przy nim (głupota). Ma rozpruty brzuch, zmiażdżony kręgosłup, połamane nogi, poharataną twarz, lewe ramię trzyma się tylko na skórze. W tętnicach krew miast powietrza, puls mrówkowy. Dużo flegmy i czarnej żółci, źle. Trzęsą nim czwartaczki. Według Mbuli musi mieć bardzo silną morfę, skoro będąc cały czas nieprzytomny, jeszcze żyje. Byle odzyskał przytomność, byle dusza powróciła, wola naciśnie na Formę, ciało to tylko podła Materia, a demiurgos utrzyma je na powierzchni, dopóki nie dotrzemy do jakiegoś teknitesa somy. Ma bardzo silną morfę, krew aristokratów. Byk odzyskał przytomność. Co za bełkot.