19 Septembris, po południu
Alitea wypłakuje się u Szulimy. Zdaje się, że ma poczucie winy. Papugiec przesłuchał N’Zui, których Abel zabrał był na to polowanie (siedmiu przeżyło). To Alitea odciągnęła kakomorfa od Abla, cięła go tą rukatą, kakomorf był utoczony z cieczy, z krwi ofiar, którą objęła jakaś dzika Forma. Krzepł i rozpływał się, można go było co najwyżej rozchlapać, ale nie zabić. Dzieciaki nie miały szansy. Musiało się stać.
19 Septembris, noc
Więc co to właściwie jest, to Skrzywienie? Punkt pęknięcia kerosu, od którego rozchodzą się po nim rysy, rozbijające wszelką Formę, jak boją się Herdończycy? Wrócił Zajdar z Weroniuszami. Zajdar przypomniał mi o AlKabie: Czarny Kamień, Al-Hadżar Al-Aswad, to również jest martwy przedmiot, miejsce — a wpływa na wszystkie dookolne Formy. Powiadają, że spadł z nieba. Muszę pisać, nie mogę spać. Alitea siedzi przed namiotem, karmi te swoje ptaki, obraca zawzięcie kostkę pitagorejską. A jeśli i ona zginie? To jest koniec dżurdży, nie będzie więcej polowań, rozkażę powrót do Aegiptu, najszybciej, jak to możliwe. Księżyc puchnie na niebie. Nie mogę spać.
20 Septembris
Nadal żyje.
20 Septembris, południe
Nadal żyje. Mbula smakował jego krew, mówi, że to może być zakażenie, że zmieszała się z nią krew kakomorfa, krew Krwi, i teraz walczą w Ablu dwie morfy, człowiek i Skrzywienie. Nie rozumiem. Co to wszystko znaczy? Nie ma takiej medycyny. Może należałoby oddalić się od Skoliodoi, wrócić na gładki keros — ale boję się ruszać Abla.
20 Septembris, jeszcze
Szulima mnie przepraszała, następna, która sądzi, że to jej wina. Megalomania nieszczęścia, to chyba jakaś moda.
20 Septembris, północ
Obudził mnie Anton. Abel odzyskał przytomność. Stoję przed namiotem, jęki, cień Szpona. Biegnie Alitea.
21 Septembris, południe
Zasnęliśmy przy nim, Alitea z głową na mojej piersi, nie czuję lewej ręki. Mbula mówi, że będzie dobrze. N’Zui znowu hałasowali przez całą noc, Abel zasnął o świcie. Poznał nas, mówił niewyraźnie, ale nie majaczył, głowa w porządku, nie oszalał, ciało się utrzyma. Będzie dobrze.
21 Septembris, wieczór
Długa rozmowa, teraz Mbula go karmi. Coraz lepiej, wyzdrowieje. Pozostali wyszli, rozmawialiśmy w spokoju. Zaczął oczywiście od samooskarżeń. To jest zła forma, zwłaszcza teraz; przekonałem go. Jaki jest największy tryumf? Nie uciec, gdy śmierć naprzeciwko. Czasami można splunąć jej w twarz i odejść, a czasami trzeba zapłacić pełna cenę; ale nie uciekamy. W takim ogniu wypala się prawdziwa Forma. Zrozumiał to. (Teraz się zastanawiam: kłamałem? oszukiwałem? Czy istotnie Kolenica była moim największym tryumfem?) Wiedziałem, że czekał tych słów. Przecież byłem dokładnie taki jak on, młodości nie sposób do końca zapomnieć, do śmierci już tęsknimy za tą niedoskonałością, czasem wielkich potencji. Chciał mnie złapać za rękę, jeszcze nie mógł. Ściskałem mu dłoń, chyba poczuł. W ogóle nie płakał. Jest silny, tak. Mbula twierdzi, że ból musi być ogromny. Więc mówić: przyszłość, Alexandria, a niech tam, kupię im ten dom, przeprowadzę się, gdzie wyzdrowieje szybciej niż w anthosie Nabuchodonozora? Jakieś żarty nieporadne (ale jeszcze nie może się śmiać), opowieści o alexandryjskich romansach, zmyśla czy nie, co za różnica, już z nim dobrze, będzie lepiej. Jak tylko Mbula pozwoli, wracamy na północ. Najlepszego teknitesa w Aegipcie — pół roku i nie pozostanie ślad. A więc zostałem victorem kolenickim, pokonałem Czarnoksiężnika. Ha. Mam wspaniałego syna. Alitea ciągnie mnie do tańca. Ależ jestem zmęczony.
24 Septembris
Zgniłby w drodze do Alexandrii, pogrzebaliśmy go na sawannie nad Żółwią Rzeką.
III
Λ
Szulima Amitace
Krawędź tarczy słonecznej dotknęła krawędzi muru Starego Miasta. Wiktyka wyrwała się nareszcie z zatoru na Trakcie Kanopijskim i skręciła w północną przecznicę. Zatrzymała się przed frontem wąskiego budynku o zniszczonej elewacji. Pan Berbelek i Aneis Panatakis tu wysiedli; faktor skinął na wiktykarza, by jeszcze poczekał.
Zastukał energicznie w główne drzwi. Prawie natychmiast otworzyła je stara niewolnica z dwojgiem małych dzieci uczepionych spódnicy. Krzyczała w pahlavi na kogoś w głębi cienistego korytarza i Aneis musiał zwrócić jej uwagę ostrym klaśnięciem. Dopiero wtedy obejrzała się na gości, skłoniła się i otworzyła szerzej drzwi. Weszli. Niewolnica potruchtała w głąb domu, nadal krzycząc, teraz najwyraźniej kogoś wołając. Pan Berbelek spojrzał pytająco na faktora; ten czekał, machinalnie szarpiąc się za brodę. Z otwartych przejść do pomieszczeń po lewej i prawej wyglądali co jakiś czas doulosi, służący, dzieci. Zagraconym korytarzem przemaszerwał dostojnie pręgowany kot; syknąwszy na pana Berbeleka, wymknął się przez nie domknięte drzwi na ulicę.
Po schodach z półpiętra zeszła starsza Egipcjanka w czarnej chimacie i szarej spódnicy. Umazana mąką kobieta zatrzymała ją na moment, Aegipcjanka odprawiła ją potrząśnięciem głowy. Miała siwe włosy, co było w Alexandrii niezwykle rzadkie.
— Esthlos. Aneis. — Panu Berbelekowi się ukłoniła, Aneisa obdarzyła chłodnym spojrzeniem.
— To ja już pójdę — rzekł pospiesznie Panatakis i uciekł do czekającej wiktyki.
Oglądnęli się za nim, patrzyli, jak odjeżdżał. Kot tymczasem wrócił i z przeciągłym pomrukiem jął się ocierać o nogi Aegipcjanki. Gdzieś na tyłach domu gotowano miodowicę, zapach płynął wzbierającą falą, Hieronim poczuł, jak ślina napływa mu do ust. Przełknął, przełożył ryktę do lewej ręki.
— Atena Ratszut — zaczęła, opuściwszy wzrok na kota, lecz pan Berbelek przerwał jej, mówiąc cichym głosem:
— Wiem, Aneis wszystko mi opowiedział. I że była pani uczennicą Antidektesa. Mam nadzieję, że Aneis nie naciskał na panią, on nie odróżnia prośby od szantażu.
— Każda prośba jest szantażem — mruknęła w roztargnieniu, oglądając się za siebie, w półmrok domu. Płakało dziecko, ktoś grał na flecie.
Westchnąwszy, odsunęła nogą kota, poprawiła długą spódnicę.
— Właściwie powinniśmy już iść, Słońce prawie zaszło, on zaraz wstaje. Proszę.
Wyszli. Zamknęła za nimi drzwi. Pan Berbelek zawinął się szczelnie w czarną kirouffę, naciągnął kaptur. Uderzył ryktą najbliższego przechodnia, zablokował drogę następnemu — tak włączyli się w strumień pieszych płynący przez starą dzielnicę żydowską Alexandrii.
— Może jednak lepiej byłoby wziąć wiktykę. Pokręciła głową.
— Nie ma sensu, to niedaleko, przy murze nadbrzeżnym.
Przez chwilę szli w milczeniu. Liczne amulety i karmienie pamięci, jakimi była obwieszona, grzechotały i dzwoniły przy każdym kroku Ateny. Na czole miała lyngourion jakie to choroby leczy mocz rysia?
Gdy potrącił ją biegnący wbrew nurtowi ulicy brudny nagus, pan Berbelek podał jej ramię.
— Powiedział ci, że zajmowałam się filonekrą, prawda, esthlos? — mruknęła.