Pan Berbelek nie odpowiedział.
— Wiem, że straciłeś tam syna. Jeśli nosisz się z zamiarem
— Nie — warknął.
— To dobrze. To dobrze. Gdy dusza opuści ciało, można mu już tylko narzucać formy zwierzęce: je, by jeść, oddycha, by oddychać, trwa, by trwać. Z automatonami jest tak samo.
Pan Berbelek spoglądał teraz na siwą Aegipcjankę z zimnym gniewem.
— Skoro już pani poruszyła ten temat — wycedził — chciałbym usłyszeć, co pani sądzi o spekulacjach Ologa. Czytała pani wczorajszy „Geras”? Pani próbowała zbudować taki keromaton, nie ma co zaprzeczać.
— Ponad dwadzieścia lat temu.
— To nie ma znaczenia. Komuś innemu mogło się udać. I teraz mamy Skoliodoi.
Kręciła głową, amulety dzwoniły.
— Nie, nie, to niemożliwe. Nie rozumiesz, esthlos. Olog pisze głupoty. Jakże keromaton mógłby spowodować coś takiego? On posiadał tylko jedną prostą funkcję: generowania zaplanowanej aury. Taki był pomysł Vaika Axumejczyka: martwy przedmiot o żywym anthosie. Mekanizm do toczenia kerosu. Elking pisze, że księżycowi kowale aetheru potrafią wkuwać go bezpośrednio w keros. Czy nie widzisz, esthlos, że jest to przeciwieństwo nekromancji? Pomyśl o masowej produkcji keromatonów kalokagatycznych, zegarów piękna i zdrowia. — Z każdym zdaniem Atena coraz bardziej się zapalała, rumieńce pokazały się na jej twarzy, wyprostowała się, lewą dłonią zaczęła się bawić kosmykiem siwych włosów. — Nie widzisz, w każdym domu w każdym pokoju, przy każdym łóżku jeden taki keromaton, to jakby każdy miał swojego prywatnego kratistosa którego anthos mógłby dowolnie modelować, daleko silniejszy niż anthos Nabuchodonozora, dla biednych i dla bogatych, dla silnych i dla słabych, dla aristokracji i dla ludu, zdrowie, piękno, mądrość
— I dlatego mordowaliście niemowlęta. Uciekła z niej energia, zamilkła.
Kiedy po chwili odezwała się ponownie, mówiła już prawie szeptem; za to po raz pierwszy pojawił się w jej głosie ślad gorycznej złości:
— Taka jest natura rzeczywistości. Tylko głupcy gniewają się, że Słońce wschodzi na wschodzie, zachodzi na zachodzie. Skąd wziąć moc do zmiany obcej Formy, która osiągnęła już entelechię i cała jej potencja została zrealizowana? Keromaton musi czynić Substancje na nowo niespełnionymi, młodymi, podatnymi na formowanie. A co w największej części jest właśnie gorącą potencjalnością? Nasiona roślin. Jeszcze bardziej — jajka. Jeszcze bardziej — szczenięta. Jeszcze bardziej — płody zwierzęce i ludzkie, niemowlęta, dzieci doulosów. Jeszcze bardziej — dzieci aristokratów.
— Powinni byli was końmi rozerwać.
— Naprawdę sądzisz, esthlos, że Vaika wyklęto z powodu tych niemowląt, a nie dlatego, że keromaton to makina wolnej demokracji?
— Co ma polityka do sprawiedliwości? Zabijaliście.
— Ilu ludzi ty zabiłeś, esthlos? I w imię czego?
— W swoim imieniu, w swoim.
Atena zacisnęła wargi. Gdy odwracała głowę, pan Berbelek pochwycił jej ostry profil, linię twarzy podkreśloną wieczornym cieniem. Dwadzieścia lat temu — dwadzieścia lat temu była piękną kobietą, naiwni głupcy klękali przed jej formą, ciepłym dotknięciem błogosławiła młodych mekaników śmierci. Któż by się oparł namacalnej idei dobra?
Na ulicy nadbrzeżnej — to znaczy na deptaku rozciągającym się między najstarszą zabudową żydowskiej dzielnicy, murami Pierwszej Alexandrii i wymorfowanym do wysokiego klifu brzegiem morza — przeprowadzano jeszcze kilka publicznych licytacji, tłum nie rozszedł się do końca. Pan Berbelek rozbijał ryktą ciżbę, otwierając Atenie wolne przejście. Złodzieje i naganiacze omijali ich z daleka, nachalnemu ulicznikowi wybił ryktą oko. Z północnego zachodu, od Króla Burz, szedł mocny wiatr o zapachu morskiej zgnilizny, furkotały w nim szaty przechodniów, zasłony i moskitiery w otwartych oknach, płótna straganów, sztandary wywieszone na starożytnych fortyfikacjach. Przednocne lamenty mew i halbatrosów niosły się nad północną Alexandrią.
Atena Ratszut zatrzymała się przed bramą skrytego w cieniu murów, starego budynku przypominającego kwadratową basztę. Budynek w istocie był wyższy od murów, ostatnia kondygnacja wysuwała się ponad ich szczyt — ale ostatniej kondygnacji właściwie nie było widać z poziomu ulicy, baszta przewieszała się nad krawędzią klifu, wychylała nad podnoszone przez oroneiowy wiatr fale. Na pierwszy rzut oka dwa najwyższe piętra sprawiały wrażenie niedawno dobudowanych do zabytkowej konstrukcji, wyraźnie je odróżniała nabuchodonozorowa architektura.
Atena szarpnęła za dzwonek, raz i drugi. Pojawił się muskularny niewolnik. Poznał Atenę. Poprowadził ich bez słowa przez hol, po schodach i ciasnym korytarzem do bezokiennego przedsionka na trzecim piętrze — na chwilę zniknął za bordową kurtyną, by wrócić i z ukłonem wpuścić Ratszut do środka. Pan Berbelek czekał w milczeniu. Zsunął kaptur, sięgnął zawieszonego na piersi amuletu, błyszczącej rurki wypełnionej białą masą, przytknął ją na moment do nosa. Doulos stał w bezruchu, twarz miał jak ze starego mosiądzu. Pan Berbelek rozprostowywał ryktą fałdy kolorowego kobierca pod stopami. Dom był urządzony bardzo bogato, nawet lampy pyrokijne przymocowano do ścian na srebrnych rzeźbieniach.
Atena wyłoniła się zza zasłony.
— Wejdź, esthlos. Masz czas do północy. Wyświadcza mi przysługę, nie naciskaj.
Nie spojrzawszy więcej na Hieronima, ruszyła szybkim krokiem ku schodom.
Pan Berbelek odsunął ryktą suty materiał i wszedł do pokoju. Do pokoju — do wielkiej sali: pomieszczenie musiało zajmować ponad połowę tej kondygnacji, otwierało się też niską kolumnadą na taras wysuwający się nad nadmorski klif; ta część domu zbudowana została zapewne w jakiejś części z oroneigesu. Sali brakowało nie tylko jednej ściany, ale i części sufitu, żelazne stopnie prowadziły na szczyt baszty. Przez szeroki, prostokątny otwór pan Berbelek dojrzał fragment jakiejś drewnianometalowej konstrukcji, zachodzące Słońce strzelało krwawymi refleksami od wypolerowanej stali — tam właśnie krzątało się dwóch służących, czyszczących konstrukcję i manipulujących przy niewidocznych jej elementach. Dwoje innych służących, stary Aegipcjanin i młoda Negryjka, rozstawiało na wysuniętym częściowo na taras kaobabowym stole tace, misy, talerze i kielichy. Okazywało się to zadaniem skomplikowanym, jako że ów stół, skądinąd mebel wielki i masywny, zawalony był nieprawdopodobnymi ilościami papierów, pergaminów, map, szklanych i metalowych kolb, alembików, retort i flakonów, poniewierały się na nim dwa uranometry, prosta dioptria, kilka liniałów i cyrklonów, rozmaite urządzenia, których nazw pan Berbelek nie znał, a przeznaczenia ani się domyślał, nadto pożółkłe kości, kilka czaszek (nieludzkich), donica z egzotyczną rośliną, wielki lichtarz, rubiowa kostka pitagorejska, lampa oliwna, złoty posążek Apisa-Byka Przedalexandryjskiego, kałamarze, węgle, pióra, kredy, noże, igły, nożyce, faja złamana, faja niezłamana, hasziszownik, przyłożony kamieniem brudny dżulbab, pęknięty globus, lśniące lunarium, kilkadziesiąt książek i zwojów, w rogu zaś stało wirujące powoli perpetuum mobile.
— No proszę siadać, esthlos, proszę, proszę. Właśnie gotowałem się do, mhm, powiedzmy, że do wieczerzy, chętnie zjem w towarzystwie. Nawet jeśli nie jesteś głodny… proszę się częstować, proszę. Atena powiedziała mi o twoim synu, esthlos, przykre, przykre, oczywiście służę moją skromną wiedzą, jeśli ma to w jakikolwiek sposób pomóc ukoić ból, chociaż przecież nigdy nie… No ale siadajże, esthlos, nie stój tak nade mną!
Pan Berbelek usiadł w podsuniętym fotelu. Służący zdołali jakoś uprzątnąć ten koniec stołu, część wysuniętą na taras, i tu ułożyli naczynia z jedzeniem. Szybko też zastawa pojawiła się przed Hieronimem. On siedział zwrócony plecami na zachód, gospodarz — twarzą ku zsuwającemu się za starożytny mur Słońcu. Widocznie szczypiące oczy światło pozwalało mu się do reszty rozbudzić. Odkąd Antidektes zajął się astrologią, całkowicie przestawił się na nocny tryb życia.