Выбрать главу

Pan Berbelek odłożył ryktę, obmył dłonie w podsuniętej misie wody, wytarł w ręcznik. Negryjka rozlewała do szklanic mleko i rozcieńczone wino. Zapalono kadzielnicę, na taras wylała się fala kwaśno-różanego zapachu.

— Musisz wiedzieć, esthlos — ciągnął Antidektes — że przez ostatni rok nie śledziłem zbyt uważnie wieści z południa, pochłonęły mnie nieco inne zagadnienia, może bardziej oddalone od… chociaż, kto to może wiedzieć, tak naprawdę wszystkie porządki się przenikają, tylko chaos jest prawdziwie oderwany od rzeczywistości, każdy zaś Porządek musi ściśle współgrać ze wszystkimi innymi porządkami, stanowi zatem również ich odbicie, i harmonie niebieskie, chociaż obawiam się, że to już brzmi nazbyt pitagorejsko, ale harmonie niebieskie, jakkolwiek obecnie niepokojąco rozstrojone i rozbite, niosą nam informacje o najbardziej aktualnych, przyziemnych sprawach, a nie mówię tu o żadnej wschodniej magii, jeno klasycznej zofii, aczkolwiek lud przesądny nigdy nie potrafił dojrzeć różnicy i każdą siłę nazbyt wielką musiał sobie tłumaczyć tajemnymi słowy, święty bełkot miły jest uszom niewolnika, czemu nie jesz, jedz, jedz, czy wiesz na przykład, skąd w ogóle pochodzi ten termin?

Zaskoczony przerwą w słowotoku sofistesa, pan Berbelek omal się nie zakrztusił.

— Jaki?

— Magia. Magowie. Otóż, jak pisze Herodot, w krajach leżących na zachód od ziem przedalexandryjskich Persów żyło plemię Medów, z którego wyłoniła się zamknięta kasta kapłanów, kultywujących pewne specyficzne rytuały, tylko po części zoroasteryjskie. Ich to, bodaj w starym avestańskim, zwano „Magoi”. I kogo pierwszego zapisano w historii jako magów: Zoroastra, Astrampsychosa, Ostanasa, Gobriasa, Pazatesa, ich właśnie. Świętych mężów, nieuświadomionych teknitesów albo zupełnie jeszcze dzikich kratistosów, założycieli religii, mędrców. Aristoteles bardzo dokładnie wyjaśnia w Magikos, że żadna magia nie istnieje. Kimże są ci, co dzisiaj mienią się magoi i występują przed tłumami? Cwani demiurgosi, wyspecjalizowani każdy w jednej, efektownej sztuce, na przykład demiurgosi pyru ziejący ogniem, demiurgosi pędu lewitujący nad dachami, o, wielka mi magia, ale ludzie chcą wierzyć, że są cuda na tym świecie, że nie wszystko da się ogarnąć rozumem, bo tam właśnie żyje ich nadzieja, w tym rynsztoku między poznanym i niepoznawalnym, gdzie —

— Co w takim razie zabiło mojego syna?

Antidektes zamrugał, jakby dopiero teraz, gdy już całkiem zaszło za mur miejski Starej Alexandrii, oślepiło go czerwone Słońce. Odłożył krojony właśnie placek mięsny. Służący zapalali lampy pyrokijne, zapatrzył się na moment na ich pracę. Wiatr Króla Burz szeleścił pokrywającymi stół papierami, potrząsał co lżejszymi naczyniami, dzwoniły cicho, poruszał połami czarnej kirouffy Berbeleka, zielonego dżulbabu sofistesa. Gdy ciemność zapadła poza tarasem, w mieście i nad huczącym morzem, Antidektes, oświetlany wyłącznie brudnym, żółtym światłem pyrokijnym, nareszcie objawił się w oczach pana Berbeleka dokładnie takim zmęczonym, zasępionym starcem, jakiego sobie pan Berbelek był wyobraził na podstawie słów Aneisa Panatakisa. Antidektesa obejmowała morfa suchego wyniszczenia, a jeśli codziennie zwykł spożywać posiłki równie obfite, co teraz w obecności Hieronima, zaiste mocna to musiała być morfa. Wystające z szerokich rękawów dżulbabu nadgarstki składały się wyłącznie z brązowej skóry naciągniętej na ptasie kości. Pomarszczona szyja zdawała się z kolei niewiele grubsza od nadgarstka ręki pana Berbeleka. Cokolwiek trzymało Antidektesa przy życiu, z pewnością niewielką tu rolę odgrywała Materia.

— Byłem nadwornym sofistesem Hypatii przez dwadzieścia siedem lat, do dziewięćdziesiątego pierwszego — podjął na nowo, tym razem mówiąc powoli i z jakimś melancholijnym namysłem; jego wzrok krążył gdzieś ponad lewym ramieniem pana Berbeleka, z rzadka dotykając twarzy gościa. — W tym czasie na polecenie Hypatii i finansowane przez nią odbyły się cztery wyprawy do Krzywych Krain. Uczestniczyłem w dwóch z nich, trzeciej i czwartej Swoje wnioski przedstawiłem w traktacie O Skrzywieniu, który został wydrukowany przez Akademeię Muzeum i jest zresztą dostępny w Bibliotece. Przeczytałeś go, esthlos?

— Przeczytałem wszystko, co napisano o Skoliodoi.

— Taak.

— Opisałeś wiele ciekawych kakomorfii, wykreśliłeś granice i prześledziłeś historię, ale nie napisałeś, dlaczego. Nie wyjaśniłeś. Nie podałeś przyczyny.

— Jesteś pewien, że zadajesz dobre pytanie, esthlos? Czy nie powinieneś raczej pytać o Cel?

— Czyż to nie to samo?

Antidektes przechylił się na fotelu i wyciągnął rękę ponad balustradę tarasu, wskazując rozgwieżdżone niebo.

— A wyjaśnij mi to. No podaj przyczynę, esthlos. Pan Berbelek bawił się pustym kielichem.

— Twierdzisz zatem, że Skoliodoi należy do porządku świata, nie zaś łamie go? Jaka zatem jest entelechia Skrzywienia? Dokąd ono zmierza?

— A nie pytasz zarazem, esthlos, skąd przychodzi? — uśmiechnął się lekko sofistes. — Więc postaw sobie tę zagadkę: skąd my przychodzimy? Jeśli teraz istniejemy w porządku, w jakim istniejemy, a w przyszłości czeka nas tylko większa i większa doskonałość — to co było przedtem? Cofnij się — i jeszcze dalej — i jeszcze dalej. Co widzisz, oddaliwszy się tak bardzo od Celu? Skoliodoi. Oto jest Pierwszy Ogród, z którego wylęgło się wszystko, co żyje; a w jego sercu: miejsce początku, hile całkowicie oddzielona od morfy.

— Tak, wiem, wiem — rzekł pan Berbelek, obracając w dłoniach gładki kryształ. — Wszystko się wyłoniło z chaosu i tak dalej, świat i życie, szalona zoologia Empedoklesa.

— Różne są kosmogonie. Inni powiadają, że wszystko zaczyna się od przemiany Ognia w Powietrze, następnie w Wodę i Ziemię. A potem na odwrót — wszystko wraca do Ognia. Świat zatem poczyna się i kona w Ogniu, w procesie powtarzanym nieskończoną ilość razy. W którym rozkurczu płomienia my żyjemy?

— Tak czy owak, jeszcze kilkadziesiąt lat temu nic nie wyróżniało tego fragmentu Afryki. Co więc się tam stało? Cofnął się czas?

Antidektes sięgnął po fajkę, zorientował się, że jest złamana, sięgnął po drugą, zaczął szukać ziela. Pojawił się służący. Pan Berbelek odstawił kielich, czekał.

— Rozmawiałem z Rachelą — rzekł, gdy sofistes otoczył się obłokiem wonnego dymu. — Dlaczego mnie nie powiesz tego, co jej?

— Rozmawiasz z każdym, prawda? Z każdym, kto miał do czynienia ze Skrzywieniem. Wspominało mi już kilkoro znajomych… Właściwie to czekałem, aż się pojawisz u mnie. Nie podoba mi się to, esthlos. Rozumiem cię jako ojca, ale to prowadzi donikąd. Zachowujesz się, jakbyś tropił mordercę. Musisz kogoś ukarać za śmierć swego syna. Prawda? A ponieważ posiadasz tak wielką determinację i ludzie uginają się przed tobą po kolei jak trzciny na wietrze… Wyobraź sobie, że w sztormie na Morzu Śródziemnym ginie syn Nabuchodonozora i kratistos postanawia zemścić się za tę śmierć. Wzywa więc wszystkich mędrców i pyta jednego po drugim: jaka jest przyczyna? skąd się biorą burze na morzu? co je wywołuje? gdzie uderzyć? A mędrcy muszą odpowiadać, i kratistos działa na podstawie usłyszanych odpowiedzi. Dokąd by to nas zaprowadziło?

— Może nie byłoby już więcej śmiertelnych sztormów. Ha!