— Ale póki alkimicy nie dysponują samożywiołami, które mogliby tak na ślepo mieszać…
— Lecz czy muszą nimi dysponować?
— Przecież właśnie sam mówiłeś…
— Jeśli Forma jest tylko Liczbą i niczym więcej, nie trzeba cofać się do pojedynczych arche samożywiołów, wystarczy dokonać pewnych operacji na liczbach. Na tym przecież według pitagorejczyków zasadza się władza nad światem. Powiedzmy, że znalazł się jeden taki alkimik, który nie dążył do puryfikacji hile i budowy wszystkiego od podstaw, ale znalazł metodę numerologicznej rekombinacji wszechświata. A przynajmniej rekombinacji poszczególnych Substancji. Jaka jest liczba możliwych konfiguracji arche? Nieskończona. Forma nie musi tu mieć żadnego celu, wystarczy, że jest numerologicznie niesprzeczna. Ile jest takich Form? Nieskończoność — gdy tak permutuje się mekanicznie liczby, zawsze, ale to zawsze, można jeszcze coś dodać, pomnożyć. Jakie jest imię nieskończoności? Chaos.
— I za Żółwią Rzeką…
— Na odludziu. By nikt się nie zorientował.
— Ale w jaki konkretnie sposób? Co to znaczy: „rekombinacja Substancji”? Poszedł i wypowiedział Liczbę?
Antidektes pyknął z fajki, wzruszył ramionami.
— To nie ja zajmuję się pitagorejską alkimią, nie ja dokonałem odkrycia, mnie nie pytaj, esthlos. Ja ci tylko podałem wyjaśnienie. Powiedz mi szczerze, czy mój opis nie odpowiada naturze Skrzywienia? Czy nie to właśnie tam widziałeś?
— Słyszałem wiele takich opisów — rzekł pan Berbelek — i rzecz właśnie w tym, że wszystkie pasują równie dobrze, ale żadnego nie sposób potwierdzić, złapać sprawcę za rękę, ujrzeć metodę Skoliozy. Teraz chcesz, bym zaczął szukać winnego pośród Żydów.
— To ty przyszedłeś do mnie z pytaniem, esthlos.
— Bo, jak sam powiedziałeś, chodzę do wszystkich i wszystkich wysłuchuję. Zdradź mi, dlaczego nie podałeś tego wyjaśnienia w swojej pracy?
Antidektes zaśmiał się chrapliwie.
— A to dobre! Nie udawaj naiwnego, esthlos, sądzisz, że pozwoliliby to wydrukować? Od ponad tysiąca lat rządzą finansami wszystkich Hypatii, przejrzyj spis urzędników dworskich, obsadzają wszystkie ważniejsze stanowiska. Alexandria, Rzym, Izaion, Byzantion, Toloza, Korduba Chrem, posiadają wpływy we wszystkich większych miastach. Przecież to oni wywołali oba Powstania Pitagorejskie — a znajdziesz coś na ten temat w pracach historyków? Ani słowa. Jak sądzisz, dlaczego Hypatia przestała nagle finansować wyprawy do Krzywych Krain? Poczytaj Wojny Jeruzalemskie Ben Szila, esthlos. Nie bez przyczyny Ben Szila wyrzucono z akademei. A ja niby dlaczego straciłem stanowisko na dworze? Ta cała afera defraudacyjna to przykrywka. Naraziłem się im i teraz…
Jadąc do Parseidów, do pałacu Lotte przez nocną Alexandrię w skrzypiącej i trzeszczącej wiktyce, pan Berbelek zastanawiał się nad zagadką żydofobii. Istotnie, Żydzi mają się za naród wybrany i jako jedyni zachowują swą narodową Formę, nawet gdy przez pokolenia żyją pod mocnymi anthosami nieżydowskich kratistosów. Zresztą historia nie zanotowała dotąd żadnego żydowskiego kratistosa, jeśli nie liczyć owego nieszczęsnego religijnego wariata od krzyża; ale też wyjątkowo mało niewolników rodzi się wśród Żydów. Sporo jest natomiast żydowskich demiurgosów i teknitesów, zwłaszcza teknitesów somy i psyche. Żydzi stanowią trzon rządowej biurokracji we wszystkich państwach poalexandryjskich, ich też najczęściej można spotkać w bankach i kompaniach handlowych — Liczba jest mocna w żydowskiej Formie. Nie są to wszakże w żadnym razie przewagi wynoszące ich jakoś ponad inne nacje. Gdyby stąd miała brać się nienawiść, daleko bardziej znienawidzeni powinni być Grecy, Macedończycy, Rzymianie, Persowie czy nawet Herdończycy. A nie są. Przyczyna zatem musi być inna.
Po prawdzie istniała tylko jedna grupa ciesząca się podobną niechęcią, tyleż powszechną, co irracjonalną: pitagorejczycy. Ta sekta od ponad dwóch tysięcy lat, właściwi jeszcze za życia Pitagorasa, wzbudzała strach, nienawiść, pogardę, zazdrość oraz coś na kształt nabożnej czci, jaką człowiek darzy podświadomie To, Co Ukryte. Z początku działali jeszcze jako otwarte stronnictwo polityczne, ale już sam Pitagoras prowokował owe reakcje, wprowadzając skomplikowany system wtajemniczeń, nauczając zza zasłony i w masce, nakazując adeptom wieloletnie milczenie i narzucając rygor rozmaitych religijnych zakazów i zwyczajów, o których Aristotel pisze obszernie w traktacie O pitagorejczykach. Już starożytni, gdy chcieli kogoś oczernić, pisali: Podejrzewa się go o przynależność do pitagorejczyków. O ile bowiem Żydów można wskazać z twarzy i imienia, o tyle pitagorejczycy istnieją wyłącznie w podejrzeniu. Ktoś zrobi nazbyt szybką karierę, zbyt gładko wkupi się w łaski władcy, ma w interesach powodzenie nieproporcjonalne do siły swojej morfy — znać w tym rękę pitagorejczyków. Nie dalej jak dziesięć lat temu wybuchły na Sycylii wielkie zamieszki, gdy poszła między ludzi wieść, iż w jednej z tamtejszych wiosek rybackich objawił się sam Pitagoras, po raz kolejny odrodzony z łaski Hermesa. Czy zaś owa sekta nadal naprawdę istnieje i funkcjonuje, tego nie sposób stwierdzić. Nawet ci, co się otwarcie przyznają do członkostwa w niej, robią to zapewne z pragnienia uczestnictwa w legendzie, przybrania cudzej formy.
Być może więc są to po prostu dwa imiona dla uczuć równie uniwersalnych i głęboko w człowieku zakorzenionych, co gniew, radość, miłość, chciwość, podziw. Naiwny, kto wierzy w odwrócenie morfy. Tak samo w każdej większej grupie dzieci musi znaleźć się jedno, którym wszystkie inne będą pomiatać; i w każdej większej grupie mężczyzn musi znaleźć się jeden, którego wszyscy inni będą się bać. W pałacu esthle Lotte dawno już oddzwoniono trzecią wieczerzę, domownicy i goście udali się na spoczynek, paliła się zaledwie co czwarta lampa, na korytarzach panowała cisza i półmrok, pan Berbelek spotkał tylko jednego doulosa, spieszącego dokądś z naręczem prześcieradeł, bose stopy stąpały bezgłośnie po śliskiej posadzce. Korytarz w północnym skrzydle zawijał się w spiralę; gdy Hieronim mijał zamknięte drzwi sypialni Alitei, dobiegł go zza nich przytłumiony śmiech. To już blisko dwa miesiące od śmierci Abla — ale właściwie dopiero gdy z Górnego Aegiptu powrócił Dawid Monszebe, Alitea wydobyła się z tego depresyjnego cyklu huśtawki nastrojów, w jaki wpadła podczas powrotnej podróży.
Odprawiwszy Porte, zzuwszy jugry i zrzuciwszy kirouffę i szalwary, pan Berbelek skręcił do izby łaziebnej. Szulima leżała na łóżku, wyciągnięta na brzuchu czytała przy świetle olejnej lampy jakiś zwój kaligraficzny, nawet nie uniosła głowy, gdy przechodził.
— On rzeczywiście ma na nią dobry wpływ — mówił pan Berbelek podczas ablucji. — Dzisiaj rano spotkałem go na dziedzińcu
— Kto? — zawołała Szulima.
— Ten twój Monszebe! — podniósł głos Hieronim. Możesz sobie pogratulować, jakikolwiek cel masz w tej intrydze. Omalże poprosił o jej rękę…
Spotkanie wyglądało na przypadek, acz z gatunku przypadków możliwych do zaplanowania: pan Berbelek szedł do wiktyki czekającej już na frontowym podjeździe pałacu, był umówiony z Aneisem Panatakisem w Kanopis, gdzie mieli odwiedzić kristjański szpital dla pażubowców; ledwo wszakże wyszedł na schody — z cienia, zza zakrętu wyłonił się Dawid Monszebe. Uprzejme powitanie, wymiana banałów, pan Berbelek się spieszył, lecz ares konsekwentnie narzucał formę leniwej pogawędki i tak, od zdania do zdania, od wspomnienia do wspomnienia — Dawid palący tytońca, Hieronim postukujący ryktą o krawędzie kamiennych stopni — dotarli do tematów niebanalnych i rozmowy jak najbardziej serio. — Od pierwszej chwili, gdy ujrzałem twoją córkę, esthlos, owego wieczoru na przyjęciu esthle Lotty, gdy tylko ucałowałem dłoń Alitei… — Próbujesz mi powiedzieć, że się zakochałeś? — Pan Berbelek bardzo się pilnował, by się nie roześmiać. Ares zmrużył oczy, obrócił się plecami do Słońca. — Tak, chyba tak. — A mówisz mi to, ponieważ…? — Ona darzy cię wielkim respektem, esthlos. — Doprawdy? — Ja również. I nie chciałbym… Z całym szacunkiem, esthlos. — Pan Berbelek uścisnął mocno podaną rękę, nachylając się spod czarnego kaptura nad młodym Monszebem (dziwne: z przyjęcia Laetitii zapamiętał go wyższym). Dawid uśmiechnął się niepewnie. W takiej właśnie Formie się rozstali — niepewność, nieśmiałość owego uśmiechu aegipskiego aristokraty, to drgnięcie warg, gdy unosił wzrok na pana Berbeleka, oto była pieczęć jego hołdu, znak pokory. Jeszcze nie wypowiedział stosownych słów, lecz już Prosił.